Выбрать главу

Pascoe okazał się niepozornym, drobnym człowieczkiem, ubranym starannie w niebieską jedwabną koszulę, beżowy sweter, tweedowe spodnie i lśniące mokasyny. Małpie rozbiegane oczka kryły się za grubymi szkłami okularów bez oprawki, a zaczesane do góry rzadkie, ufarbowane na okropny żółtawy kolor włosy opadały na kołnierz. Mówił z akcentem określanym przez Brytyjczyków jako wykwintny i grzeszył pychą. Zatem religijnym obowiązkiem Paula było podkreślić tę przywarę i stworzyć szansę pokuty. Muszę jednak z przykrością stwierdzić, że nie wywiązał się z zadania, tylko wykorzystał tę okazję dla nas. Albo dla wyższego dobra, zależnie od punktu widzenia. Jak już mówiłem: subtelny gość z tego mojego brata.

Spotkanie odbyło się w celi, wygodnym gniazdku, które równie dobrze mogłoby się mieścić w jednym z tych obskurnych i jednocześnie przytulnych hotelików, jakie Anglicy najwyraźniej lubią. Meble były typowe, ale Pascoe przyozdobił wnętrze zdjęciami w ramkach i reprodukcjami manuskryptów. Było tam też szerokie łoże w stylu art deco, zarzucone kolorowymi poduszkami, oraz wytarty wschodni dywan, niewykluczone, że oryginalny. Więzień oparł się na stercie poduszek, my usiedliśmy na prostych krzesłach. Zaparzył nam herbatę, robiąc przy tym mnóstwo zamieszania.

Zaczęliśmy od rozmowy o starym profesorze Bulstrodzie. Pascoe słyszał o jego śmierci i spragniony był dokładniejszych informacji, których mu dostarczyliśmy, choć nie zdementowaliśmy policyjnej teorii, jakoby profesor padł ofiarą brutalnego partnera seksualnego. Potem pojawiła się kwestia, której wtedy nie zrozumiałem – pytanie, czy „wpłata została dokonana”. Paul odpowiedział, że tak, i wręczył więźniowi skrawek papieru, który tamten uważnie obejrzał i odłożył na bok. Potem rozparł się na poduszkach jak pasza, splótł swe delikatne ręce na piersi i zapatrzył się z rozmarzeniem w podwieszany dźwiękoszczelny sufit.

W końcu zaczął nam opowiadać ze szczegółami, jak dokonał przekrętu. Oświadczył, że manuskrypt Bracegirdle'a to podróbka (tu zasypał nas informacjami dotyczącymi źródła papieru, receptury inkaustu, technologii podrabiania, postarzania rękopisu itd.) i że pewna osoba, której nazwiska nie wymieni, skontaktowała się z nim, dała mu tekst i zaopatrzyła we wszystkie stosowne materiały. W więzieniu? – zapytałem. Małe piwo, odparł. W tym domu wypoczynkowym mógłbym puścić w obieg banknoty dziesięciofuntowe i nikt by się nie połapał. Ukończył robotę, przeszmuglował rękopis na zewnątrz i otrzymał zapłatę. Doradził też swemu tajemniczemu zleceniodawcy, jak dokonać przekrętu. Ważne było to, żeby działać stopniowo, poddać klienta lekkiej obróbce, tak aby był przekonany, że trafił na to sam. A więc najpierw należało za pomocą kuglarskiej sztuczki – na oczach naiwnego świadka – wydobyć manuskrypt na światło dzienne, niby to ze starej książki. A potem włączyć w to Bulstrode'a jako eksperta.

Dlaczego Bulstrode'a? Pascoe roześmiał się złośliwie. Mądrość ludowa powiada, że kto się na gorącym sparzy, ten na zimne dmucha. To bzdura, mój synu. Najlepszym klientem jest człowiek, który chce sobie powetować straty – te biedne sukinsyny nigdy się niczego nie nauczą. Przynaglany przez Paula, opowiedział, jak sprokurował rzekome szyfrowane listy (nic bardziej intrygującego od szyfrów, moi panowie, trzeba dać klientom zajęcie), z „odkryciem” nieodzownej płytki włącznie, a potem, niemal mlaskając, wyłożył, jak zaaranżować znalezienie długo ukrytego skarbu. Wdał się w mnóstwo szczegółów, których tu nie przytoczę, ale wszystko było bardzo przekonujące i niezwykle skomplikowane. Ptaszek fałszerza w obozie klienta – bo to też miało zasadnicze znaczenie, a najlepiej, żeby to była dziewczyna, cizia nie zaszkodzi, gdyby klient się wahał – miał obmyślić sposób przekazania manuskryptu w ręce niewinnego frajera. Który potem miał go sprzedać prawdziwemu klientowi durniowi z forsą. Bo trzeba tu wspomnieć, że nabrać na coś takiego można tylko analfabetę. Nie da się naprawdę podrobić sztuki Szekspira – zwykły asystent wykryje oszustwo – więc trzeba znaleźć kogoś, kto ma więcej szmalu niż rozumu, pojmujecie, a potem dokonać po kryjomu przekazania, rękopis za gotówkę i do widzenia. Ostatnim aktem było sprzątnięcie forsy pierwszemu klientowi – zgoła banalna operacja – i oto macie całą historię.

I mieliśmy ją na moim małym notebooku. Nalegał na to Paul, upewnił się nawet, czy bateria jest nowa.

Kiedy Pascoe skończył, mój brat oznajmił:

– No dobrze, zobaczmy, co pan potrafi.

Wyjął ze swej aktówki kilka arkuszy starego na pierwszy rzut oka papieru, buteleczkę sepiowego tuszu i trzy gęsie pióra. Twarz fałszerza rozjaśniła się na ten widok jak twarz kochającej matki na widok dziecka. Wstał energicznie z łoża, wziął materiały i zasiadł przy małym biurku. Obejrzał dokładnie papier pod światłem lampy, pomrukując z uznaniem. Potem otworzył buteleczkę, powąchał tusz, posmakował go i roztarł kropelkę między kciukiem i palcem wskazującym.

– Wspaniały materiał oznajmił w końcu. Papier to autentyk z siedemnastego wieku, a tusz jest z tłustej sadzy i żółci wołu. Domyślam się, że to wyciąg ze starych dokumentów?

– Oczywiście – zapewnił go Paul.

– Cudownie! Skąd pan to wziął?

– Z Biblioteki Watykańskiej powiedział Paul. Wyprzedaż kolekcji.

Pascoe wyszczerzył w uśmiechu zęby.

– No cóż, do roboty powiedział i bez dalszych komentarzy wziął się do przycinania piór, posługując się nożykiem dostarczonym również przez Paula.

Kiedy to robił, mój brat wyciągnął z aktówki coś, co rozpoznałem jako fotokopię stronicy manuskryptu Bracegirdle'a. Pascoe przygotował pióro i po wypróbowaniu go na kawałku papieru przystąpił do pracy. Usiedliśmy. Paul wyciągnął swój brewiarz i zaczął mamrotać pod nosem. Atmosfera przypominała popołudnie w benedyktyńskim skryptorium, brakowało tylko dzwonów.

– Proszę – powiedział Pascoe, podając nam kartkę. Co o tym sądzicie, panowie?

Spojrzeliśmy. Fałszerz skopiował trzykrotnie pierwsze dziesięć wersów rękopisu Bracegirdle'a; pierwsza wersja była nieco toporna, druga znacznie lepsza, trzecia, przynajmniej na moje oko, nie do odróżnienia od oryginału.

Paul też wyglądał na usatysfakcjonowanego, bo zaczął pakować do teczki wszystko, co przynieśliśmy, z kopią ćwiczebną włącznie. Kartkę ze schnącym inkaustem Pascoe odprowadzał spojrzeniem pełnym tęsknoty.

Powstrzymałem się od uwag, dopóki nie znaleźliśmy się z powrotem w mercedesie.

– Czy mógłbyś mi powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi?

– To fałszerstwo. Mówiłem ci już wcześniej, że cała ta sprawa to wyrafinowany przekręt.

– Na to wygląda. O co chodziło z tą zapłatą na samym początku rozmowy?

– Pascoe ma chłopaka i chciałby go wspomagać materialnie. Dlatego wykonał tę podróbkę i w ogóle z nami rozmawiał. Zadbałem o to, żeby ten przyjaciel otrzymał czek na okrągłą sumkę.

– Wspomagasz czyny przestępcze?

– Absolutnie nie. Pan Pascoe jest bezpieczny w więzieniu i niezdolny do popełnienia jakiegokolwiek nikczemnego czynu. Wykazuje godną pochwały troskę, żeby jego ukochany nie został zmuszony do wyjścia na ulicę jako męska prostytutka, i chciałby go wspomóc materialnie. Uważam, że to, co robię, to zwykła dobroczynność, która ma uratować człowieka przed upadkiem.

– Hipokryta z ciebie, i to doskonały, nie sądzisz?

Paul wybuchnął śmiechem.

– Daleko mi do doskonałości, Jake. Ciekawe, że ten młodzieniec, którego nasz Pascoe wspomaga, jest jednocześnie tym, przez którego zeznania wylądował w wiezieniu po aferze z Hamletem.

– A w jaki sposób ty się o tym dowiedziałeś?