– W każdym razie z taką, z jaką zostało określone w tysiąc sześćset jedenastym roku. Nie wygląda na to, aby był tu parking czy kiosk z lemoniadą, a więc
pańska studnia pozostaje pewnie nie odkryta.
Zadzwoniłem znów do Crosettiego i powiedziałem mu, co ma zrobić. Zabrało mi to trochę czasu. Ile sprytu i wysiłku poświęconego oszustwu, ilu miłych ludzi przeżyje rozczarowanie! Idealny symbol mojego życia.
20
Carolyn Rolly długo nie mogła zapanować nad płaczem, gdy dowiedziała się o wypadkach w Queens spowodowanych przez Harlana P. Oleruda. Upierała się, że chce tam zadzwonić i porozmawiać z dziećmi, lecz Crosetti jej wytłumaczył, że w Nowym Jorku jest ciemna noc, a nie wczesny ranek jak w Zurychu. Potem na jego komórkę zadzwonił człowiek z Osborne Security Service, zawiadamiając, że na miejscowym lotnisku czeka na nich samolot. Pożegnali się zatem z Amalie, z którą Carolyn nawiązała zaskakująco serdeczną więź, jeśli zważyć na różnice pochodzenia i podejście do życia. Być może, myślał Crosetti, wynika to ze wspólnoty, jaką wytwarza macierzyństwo, i z osobliwej sytuacji ich dzieci, cierpiących podobny stres. Z właściwym sobie zaciekawieniem przyglądał się obu kobietom, gdy żegnały się czule. Właściwie nie były do siebie podobne zewnętrznie, ale obie prezentowały światu tę samą niezaprzeczalną wyjątkowość. Nie mógł sobie wyobrazić, żeby cokolwiek mogło zmienić utrwalony wizerunek którejś z nich, choć Amalie była wcieloną uczciwością, a Carolyn łgała jak pies. Gdyby Carolyn była blondynką, doszedł do wniosku, mogłyby uchodzić za siostry, dobrą i złą.
Krótki lot maleńkim mocnym learjetem, pilot niekomunikatywny, ale skuteczny, lawirujący maszyną po szlakach unikanych przez linie komercyjne. W połowię lotu Rolly dodzwoniła się do dzieci, tak przynajmniej wywnioskował: nie zwierzała mu się, tylko siedziała z wilgotnymi oczami, zapatrzona w jaskrawą biel chmur. Pozwoliła się jednak trzymać za rękę.
Wylądowali na jakimś lotnisku w Midlands, którego nazwy Crosetti nawet nie zauważył. Tam czekał na nich pan Brown z agencji Osborne, ubrany w żółty kombinezon z insygniami Severn Trent Water Board. Podczas jazdy przedstawił swój plan: udać się tam od razu, przystąpić śmiało do akcji, znaleźć to, co było do znalezienia, jeśli w ogóle coś tam było, i wycofać się. Pod Londynem czekał na nich kolejny samolot, który miał ich zabrać do Nowego Jorku. Crosetti zapytał go, czy wie, czego szukają.
– Ja nie – odparł Brown. – Nie muszę wiedzieć, jestem tylko pomocnikiem. Za nami jedzie wynajęty van ze sprzętem i zespołem do jego obsługi, radar, którym można penetrować ziemię, stroje zabezpieczające przed porażeniem prądem, takie rzeczy. Jeśli jest tam studnia, znajdą ją. Mam nadzieję, że wszyscy będziemy kopać.
– Piekielnie drogie to wszystko – zauważył Crosetti.
– O tak. Ale pieniądze nie są problemem.
– I nie interesuje to pana?
– Gdybym był ciekawski, sir, dawno już bym nie żył odparł Brown. O, widać Warwick. Za chwilę zobaczymy zamek.
Ukazał się, oślepiająco biały, nad linią drzew; zawisł tam na chwilę, a potem, gdy droga opadła, znikł jak wizja z jakiejś baśni. Kiedy jechaliśmy przez pozbawione charakteru przedmieścia, ukazał się znowu z lewej strony, ogromny, górujący nad rzeką.
– To nie jest coś w rodzaju Disneylandu, mam nadzieję?
– Nie, to prawdziwy zamek – zapewnił Brown. – Choć ci od Madame Tussaud przyozdabiają go, ile wlezie. Ale w te kamienie wsiąkała prawdziwa krew. Straszne to były czasy. Niegdyś taki zamek był ostatnim słowem w technice wojskowej, mimo to…
– Więc chciałby pan żyć w tamtej epoce?
– Chwilami. Wszystko było prostsze: ktoś, powiedzmy, działał człowiekowi
na nerwy, to wkładało się blaszane ubranko i rąbało gościa na kawałki. Chyba
za chwilę będziemy na miejscu.
Zjechał na pobocze wąskiej drogi i sprawdził coś na szczegółowej mapie sztabowej, potem złożył ją i skręcił w prawo, w wąską ścieżkę biegnącą przez dębowobukowy lasek.
– W vanie są dla was kombinezony – powiedział, kiedy wysiedli. – To ważne, żeby wyglądać na prawdziwych hydraulików z firmy.
Crosetti i Rolly podeszli do tylnych drzwi furgonetki, które otworzyły się, odsłaniając wnętrze: stalowy stół, stojaki na narzędzia, długie metalowe rury, drabiny, liny, sprzęt elektroniczny i dwóch mężczyzn, którzy przedstawili się jako Nigel i Rob – Nigel o sowich oczach za okularami, Rob barczysty i szczerbaty, z opaloną i wygoloną głową. Wręczyli Crosettiemu i Rolly żółte kombinezony, a także gumiaki i kaski tego samego koloru, z zamontowanymi lampami. Crosettiego nie zaskoczyło, że ten strój idealnie na niego pasuje. Carolyn oświadczyła, że jej rzeczy także mają właściwy rozmiar.
– Osborne robi wrażenie bardzo operatywnej firmy – zauważył Crosetti. – Czy nie dziwi cię, że znają rozmiar naszego obuwia?
– Nic mnie już nie dziwi. Czym oni się zajmują?
– Nie mam pojęcia.
Dwaj mężczyźni wytoczyli z vana czterokołowy wózek ze stalowych rurek i zaprosili Crosettiego do wyładowywania ciężkiego sprzętu elektronicznego oraz akumulatorów samochodowych i układania ich na wózku.
– A tak nawiasem mówiąc, do czego to wszystko? – spytał Roba.
– To jest detektor radarowy z najwyższej półki. Przekazuje obraz z głębokości dochodzącej do dziesięciu metrów, w zależności od rodzaju podłoża. Tu nie będzie problemu. Triasowy piaskowiec.
– Chyba że natrafimy na warstwę gliny – wtrącił Nigel.
– I co wtedy?
– Wtedy jesteśmy załatwieni, kolego – odparł Rob. – Będziemy musieli przejść na rezystywność, a to zajmie nam tydzień.
– Pracujecie obaj dla Osborne'a?
– My nie – odpowiedział Nigel. – Jesteśmy z wydziału geologii uniwersytetu w Hull. Zostaliśmy przekupieni, no nie, Robbie?
– Bezwzględnie. A tak przy okazji, czego szukacie? Skarbu wikingów?
– Czegoś w tym rodzaju – odparł Crosetti. – Ale będziemy musieli was zabić, kiedy już to znajdziemy.
Roześmiali się obaj, trochę nerwowo, i rozejrzeli dokoła, szukając wzrokiem Browna, który najwyraźniej gdzieś sobie poszedł.
Rolly grzebała nieopodal w ziemi, więc Crosetti podszedł do niej, żeby zobaczyć, co robi.
– Nie musisz drapać palcami – powiedział. – Mamy przecież do dyspozycji całą tę supertechnikę.
– Spójrz, co znalazłam powiedziała i wyciągnęła rękę.
Trzymała na dłoni płaski, z grubsza trójkątny biały kamień, na którym wyżłobiono idealnie prostą podwójną linię, a pod nią coś, co przypominało płatek róży.
– Tu musiał być klasztor oznajmiła. To jest właśnie to miejsce. Ciarki mnie przechodzą.
– Mnie też. Fantastycznie wyglądasz w tym kombinezonie i kasku. Gwizdniesz na mnie, kiedy będę przechodził?
Skwitowała tę uwagę surowym spojrzeniem. Nigel i Rob zawołali ich, żeby pomogli przy wózku. Przeciągnęli go przez lasek, po wybojach i korzeniach; przodem szedł Nigel, wpatrując się w odbiornik GPS, a na końcu dreptała Rolly, z kilofami i szpadlami na ramieniu.
– No dobra, włączmy radar. Jeśli ten obraz z satelity jest właściwy, to pan GPS mówi, że to tutaj.
Stali na wąskiej polanie, grubo pokrytej złotymi bukowymi liśćmi, pomiędzy trzema starymi drzewami o szarych pniach, których rozłożyste gałęzie krzyżowały się na tle mlecznobiałego nieba. Nigel ustawił co trzeba i włączył swoje urządzenie. Zamruczało i ze szczeliny w jednej z metalowych skrzynek zaczęła się wysuwać szeroka papierowa wstęga. Geolog poprawił okulary na nosie i przyjrzał się kolorowemu wydrukowi. Wydał radosny okrzyk, a potem zawołał:
– Rany! Trafiliśmy za pierwszym razem. Tu jest jama wypełniona czymś, co