wygląda na bloki ociosanego kamienia. Bez dwóch zdań. Zerknij na to, Robbie.
Rob spojrzał i potwierdził przypuszczenie kolegi. Odgarnęli liście oraz wierzchnią warstwę ziemi i zaczęli kopać. Wkrótce odkryli pozostałości czegoś, co wyglądało jak górna krawędź studni, z masą nieregularnych białych kamieni w środku.
– Wyschnięta powiedział Crosetti.
– Owszem – przyznał Rob. – System hydrologiczny bardzo się zmienił w ciągu ostatnich czterystu lat. Ma to związek z kopaniem kanałów i zakładaniem ozdobnych stawów dla szlachty, a także z rozwojem wodociągów publicznych. Zajrzał do otworu, marszcząc czoło. Ale i tak będzie sporo roboty. Jacyś dranie napakowali tu kamieni. Jak głęboko musimy dotrzeć?
– Na jakieś osiem metrów.
– O, w mordę! – zawołał Rob. – Robota na cały pieprzony dzień.
Była to mordercza, ciężka praca, z rodzaju tych, jakie ich przodkowie wykonywali codziennie przez całe życie w nie tak bardzo odległej przeszłości, przerzucając własnymi rękami twory planety z miejsca na miejsce. W dziurze mógł się zmieścić tylko jeden człowiek i musiał albo dźwigać kamienie i ładować je do płóciennej podwieszki przyczepionej do łańcucha zwisającego ze stalowego trójnoga i bloczka zainstalowanego przez geologów na górze, albo, gdy kamień był zbyt wielki, by go udźwignąć, wywiercić otwór, zamocować śrubę oczkową i zaczepić bezpiecznie ciężar na haku. Po godzinie zaczęło padać, był to jednostajny, ziębiący kapuśniaczek z niskich chmur wystarczyło, by się ślizgać, kaleczyć boleśnie i drętwieć z zimna. Crosettiego otępiał przy tej robocie. Zapomniał o Szekspirze i jego pieprzonej sztuce. Świat skurczył się do problemu kolejnego kamienia. Każdy z trzech mężczyzn pracował po pół godziny, a potem gramolił się po aluminiowej drabince na górę, by runąć na łóżko rozstawione w vanie. Rolly znalazła kuchenkę spirytusową, gotowała na niej wodę i poiła ich mocną, słodką herbatą. W przerwach stawała na krawędzi otworu studziennego ze stalową taśmą mierniczą, opuszczała ją po wydobyciu każdej kolejnej warstwy kamieni, a potem podawała na głos głębokość pięć metrów dwadzieścia, sześć metrów osiemnaście. Żartowała
i pokrzykiwała zachęcająco, śmiejąc się w odpowiedzi na powarkiwania i przekleństwa, którymi reagowali mężczyźni na dole.
O wpół do pierwszej zrobili przerwę na lunch. Niezawodny pan Brown załadował swego landrovera mnóstwem artykułów żywnościowych; Rolly zrobiła zupę i kanapki, zaparzyła jeszcze herbaty, tym razem z dodatkiem rumu. Żeby schronić się przed deszczem, zjedli w vanie, skąd widzieli w oddali pana Browna rozmawiającego z mężczyzną w nieprzemakalnej kurtce i tweedowej czapce. Nieznajomy gestykulował, wymachując laską, i robił wrażenie zdenerwowanego. Po kilku minutach wsiadł do swojego land-rovera i odjechał. Brown wrócił przez podmokłe pole do furgonetki.
– To był facet z National Trust – wyjaśnił. – Jest wściekły. To pole znajduje się w rejestrze miejsc chronionych i nie wolno nam pod żadnym pozorem zakłócać tu spokoju. Pojechał, żeby przywieźć tu kogoś z zarządu, kto zadzwoni do tych z wodociągów i zorientuje się, że nie jesteśmy tymi, za których się podajemy. Jak głęboko się wkopaliśmy?
– Sześć metrów osiemdziesiąt dwa centymetry odparła Rolly.
– A więc mamy do pokonania trochę ponad metr, potem bierzemy skarb, o ile tam jest, i zmywamy się w pół godzinki. Koniec przerwy, panowie.
Wrócili do studni i przez dziesięć minut ryli jak opętani; w końcu mogli trochę odetchnąć, bo następną warstwę tworzyły drobne kamyczki, które z łatwością ładowało się do podwieszki. Na dole był akurat Crosetti, gdy taśma opadła mu tuż przed nosem i uderzyła o kamienie, a Rolly obwieściła:
– Osiem szesnaście.
Przykucnął i skierował światło lampy na wschodnią ścianę. Początkowo niczego nie dostrzegał, tylko niemal prostokątną cembrowinę studni. Wziął krótki łom i zaczął walić po kolei w każdy kamień; przy piątej próbie jeden z nich się poruszył. Crosetti wetknął ostry koniec pręta w szparę i nacisnął z całej siły; kamień przesunął się odrobinę. Po dwóch minutach tej mozolnej roboty udało mu się go wyjąć i zajrzeć do czeluści, z której wionęło zastarzałą wonią wilgotnej ziemi. Lampa oświetliła jakiś okrągły kształt rozmiarów puszki.
Wstrzymując oddech, Crosetti wsunął zakrzywiony koniec łomu do otworu tak daleko, jak się dało, i manewrował nim na wszystkie strony, aż poczuł, że o coś
zahaczył, po czym wyciągnął tajemniczy przedmiot: była to ołowiana tuba o długości ponad trzydziestu centymetrów i średnicy równej dłoni, zamknięta z obu końców płytkami ołowiu. Crosetti wspiął się po drabince, ściskając czule znalezisko jak ocalone dziecko.
– O to chodziło? – zapytał Rob.
– Z tego widać, jak dużo wiesz, Rob – oznajmił Nigel. – To testament króla Artura, zakonserwowany w brandy. Teraz Anglia może odzyskać dawną świetność.
Crosetti zignorował ich i poszedł do vana; Carolyn pośpieszyła za nim. Rob zamierzał im towarzyszyć, ale Brown położył mu rękę na ramieniu.
– Czas na was, panowie powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Proponuję, żebyście zdjęli te robocze ubrania i odjechali, zanim zjawi się tu policja.
– Nie możemy nawet rzucić na to okiem? zapytał Rob.
– Niestety, nie. Lepiej, żebyście nic nie wiedzieli. – Z wewnętrznej kieszeni kurtki Brown wyciągnął grubą kopertę. Miło robić z wami interes powiedział, wręczając kopertę Nigelowi.
Dwaj geolodzy odeszli potulnie, żeby pozbierać swój sprzęt.
Crosetti znalazł w furgonetce ciężkie zaciski, młotek i przecinak. Przytwierdził ołowiany walec do stalowego stołu i przeciął ołów z jednego końca. W środku znalazł ciężki rulon obwiązany czarną wstążką. Papier był niemal biały i wyglądał prawie jak nowy, nie był zrudziały ani kruchy, jak można by oczekiwać po czterystu latach. Crosetti uświadomił sobie z dreszczem, że ostatnią osobą, jaka go dotykała, był Richard Bracegirdle, a przed nim William Szekspir. Podzielił się tą myślą z Carolyn.
– Tak, teraz jesteś za pan brat z wielkim człowiekiem. Rozwiąż tę wstążkę,
na litość boską!
Rozsupłał wstążkę i rozpostarł arkusze na stole. Atrament był czarny, lekko tylko wyblakły, jak zauważył, charakter pisma nie wskazywał na Bracegirdle'a. Stronice były starannie poliniowane i zapisane w trzech równych pionowych kolumnach: imię postaci, dialog, didaskalia. Oszczędny Łabędź z Avonu wykorzystał obie strony kartki. Crosetti policzył je automatycznie: dwadzieścia jeden arkuszy w formacie folio. Na górze pierwszego było wypisane literami dostatecznie dużymi,
aby mógł je odczytać nawet przy swojej kiepskiej znajomości pisma z epoki króla Jakuba: Tragedyja Maryi królowej szkockiej.
Ręka trzymająca kartę drżała. Jak nazwała to Fanny? Najcenniejszym przedmiotem na planecie. Zwinął z powrotem kartki w rulon, włożył razem ze wstążką do tuby i schował ołowianą zaślepkę do kieszeni. Potem chwycił Rolly w objęcia, uścisnął ją z całej siły, zakręcił nią, wrzasnął jak obłąkany i przypieczętował wszystko całusem na jej ustach.
Kiedy już siedzieli w landroverze, Brown powiedział:
– Zakładam, że jest pan zadowolony? Że okrzyk, który pan wydał z siebie, był oznaką zwycięstwa, a nie szlochem klęski?
– Tak, ziściły się nasze marzenia. Domyślam się, że porzuci pan ten samochód?
– Owszem, trochę dalej – odparł Brown. – Mam kilka innych, na wypadek gdyby coś nam zagrażało.
Skręcili w wąską uliczkę i tam czekał na nich znajomy mercedes, a przynajmniej podobny do tamtego, oraz anonimowy czarny furgon Forda z dwoma mężczyznami na przednim siedzeniu. Najwyraźniej żadne zagrożenie się nie pojawiło, bo dojechali na Biggin Hill bez jakichkolwiek incydentów. W vanie było przytulnie i Crosetti, który siedział z przodu, zaczął przysypiać. Trzymał ołowiany cylinder na kolanach. Brown nie pytał o znalezisko, nie chciał też zaglądać do środka. Po prostu przekazał oboje w macierzyńskie ręce pani Parr, kobiety o miłej twarzy, ich osobistej opiekunki, po czym sam usunął się dyskretnie w anonimowość.