Выбрать главу

Pani Parr zaprowadziła ich do poczekalni dla pasażerów i przyjrzawszy się Crosettiemu, zapytała, czy nie chciałby się trochę odświeżyć, na co odparł, że chętnie wziąłby prysznic i przebrał się, jeśli to możliwe oczywiście było to możliwe, bo cóż nie jest możliwe dla pasażerów prywatnych odrzutowców? A czy dałoby się załatwić dwie duże koperty i trochę taśmy? Kiedy dostarczono mu żądane przedmioty, Crosetti udał się do męskiej toalety, zabierając swoją torbę podróżną i najcenniejszy na całej planecie manuskrypt w ołowianym etui. Zamknął się w wyłożonym niebieskimi kafelkami pomieszczeniu, wyjął rękopis sztuki, włożył go

do jednej z kopert, zakleił i przyczepił taśmą pod podszewką swej sportowej sztruksowej marynarki, którą powiesił na haku za plastikową zasłoną. Potem rozebrał się i wziął prysznic, zdumiony niewiarygodną ilością mulistego osadu, który spływał z jego ciała. Cały czas się zastanawiał, dlaczego po prostu nie zostawił tego cholernego przedmiotu Carolyn i dlaczego na dobrą sprawę ukrył go przed nią.

Bo jej nie ufasz, padła odpowiedź Racjonalnego Alberta. Ale ja ją kocham i ona mnie kocha, odparł Al Kochliwy. Powiedziała mi to. Crosetti uświadamiał sobie jednak, że tym, co go w niej pociągało, była też jej absolutna nietypowość, niepodważalny fakt, że mogła zrobić dosłownie wszystko. Nawet w tej chwili nie mógł wykluczyć, że kiedy wyjdzie z toalety, już jej nie będzie, i że nigdy więcej nie zobaczy tej dziewczyny. Owa myśl spowodowała, że zaczął szybciej doprowadzać się do porządku. Pięć minut później, wciąż wilgotny, ale w marynarce, czarnych dżinsach i flanelowej koszuli, wrócił do poczekalni z torbą (w której znajdowała się ołowiana rura Bracegirdle'a) i z kopertą, wypchaną ulotkami reklamowymi dla turystów i zaklejoną taśmą. Carolyn siedziała w poczekalni. Ona też wzięła prysznic i przebrała się, a jej mokre włosy wydawały się ciemniejsze niż zwykle.

Usiadł obok niej.

– Jeszcze jeden lot – oznajmił – i koniec tej przygody.

– Mam nadzieję – odparła. – Nienawidzę przygód. Chciałabym być gdzieś, gdzie mogłabym codziennie widzieć znajome twarze i robić mniej więcej to samo.

– Oprawiać książki.

– Tak. Wiem, że dla ciebie to nudne. Wiem, że dla ciebie poważna sztuka to robienie filmów, a oprawianie książek to coś takiego jak… czy ja wiem… robienie swetrów na drutach. Nieważne. Tak będzie wyglądać moje życie. Postanowiłam wziąć dzieci i jechać do Niemiec, gdzie zamierzam studiować introligatorstwo; nie będę robić nic innego, tylko studiować introligatorstwo i oprawiać książki. To będzie moje ekscytujące życie.

– A ja co, przyjadę cię odwiedzić latem?

Odwróciła głowę i zamachała, jakby coś odpychając.

– Nie teraz, Crosetti. Chwilowo mam… dosyć. Czy nie moglibyśmy przez kilka godzin być razem i nie układać dalekosiężnych planów?

– Jasne, Carolyn. Jak sobie życzysz – odparł i pomyślał: – To jest to, co powinno być napisane na opakowaniu, gdyby nasz związek był produktem. Nie ZAWARTOŚĆ TRUJĄCA lub ŁATWOPALNA, tylko „Jak sobie życzysz”.

Odszedł na chwilę i zadzwonił do Nowego Jorku. Mishkin wysłuchał nowin, pogratulował i powiedział, że na lotnisku będzie czekał na nich samochód.

Tym razem lecieli samolotem Citation X, mniejszym i jeszcze zgrabniejszym niż gulfstream, przystosowanym do przewożenia sześciu pasażerów, z osobnym przedziałem z tyłu, gdzie znajdowały się dwa miejsca do spania. Zobaczywszy je, Crosetti już miał zasugerować, że mogliby oboje wstąpić do klubu podniebnych kochanków, ale się powstrzymał. Wyczuwał niedobre wibracje, jakie często emanowała Carolyn Rolly. Westchnął, zapiął pasy i sięgnął po szampana. Samolot za-ryczał, wbił pasażerów w siedzenia i wystrzelił w powietrze pod ostrym kątem. Crosetti poczuł, że Najcenniejszy Przedmiot na Planecie marszczy się mu na plecach. Koperta z manuskryptem przynętą leżała na fotelu obok niego. Przejrzał jakieś czasopismo, a potem otulił się kocem aż po czubek głowy. Nie był to kocyk rozmiaru ręcznika, jakie rozdawano w komercyjnych liniach, ale gruby, porządny pled, niczym w najlepszych hotelach. Crosetti opuścił oparcie prawie poziomo i zapadł w kamienny sen.

Obudził go brzęk talerzy i sztućców i rozkoszna woń jedzenia. Stewardesa szykowała się do podania obiadu. Crosetti usiadł, podniósł oparcie i podążył wzrokiem na drugą stronę przejścia. Carolyn była w toalecie. Pomacał kopertę, którą zostawił na fotelu. Taśma była nietknięta, ale kiedy przyjrzał się bliżej, zauważył, że jeden z rogów został starannie rozcięty i zgrabnie zaklejony przez kogoś, dla kogo ani papier, ani klej nie miały sekretów. Powąchał brzeżek koperty i wyczuł nikłą woń acetonu. Wykorzystała zmywacz do paznokci, żeby rozpuścić klej, a potem zakleiła kopertę z powrotem, stwierdziwszy, że była tylko wabikiem. Zastanawiał się, co zrobiłaby z rękopisem i co sobie pomyślała, kiedy odkryła, że przygotował przynętę i zostawił ją na widoku. Kogo zamierzał oszukać, jeśli nie ją? Och, Carolyn!

Kiedy jednak wróciła, robił dobrą minę do złej gry. Zjedli obiad w napiętej, nieprzyjemnej atmosferze, po czym Carolyn wróciła na swój fotel. Crosetti obejrzał Sokoła maltańskiego, przypominając sobie coraz więcej dialogów, i gdy tak patrzył, zapragnął, żeby zapytała go, co to za film, i żeby mógł ją zaprosić do wspólnego oglądania, a wtedy przekonałby się, czy postać Brigid O'Shaughnessy poruszy jej sumienie. Obawiał się jednak, że gdyby jej to zaproponował, usłyszałby kolejną odmowę, doszedł więc do wniosku, że lepiej zostawić ją w spokoju.

No lotnisku Kennedy'ego przeszli razem przez odprawę celną i imigracyjną, a kiedy dotarli do hali przylotów, czekał tam na nich śniady mężczyzna z tablicą, na której było napisane Crosetti. Kiedy Carolyn go zobaczyła, dotknęła ramienia Crosettiego i powiedziała:

– A niech to, zapomniałam czegoś na cle.

– Czego, Carolyn? Miałaś tylko tę małą torbę.

– Czegoś, co kupiłam. Zaraz wracam.

Zniknęła w drzwiach. Crosetti podszedł do mężczyzny i przedstawił się, tamten zaś powiedział, że nazywa się Omar, że pracuje dla pana Mishkina i że szef polecił mu zawieźć pana Crosettiego i panią Rolly do swego domu. Czekali w kłębiącym się tłumie ludzi pół godziny, po czym Crosetti wrócił do terminalu, rozglądał się chwilę bez większej nadziei, aż w końcu się wycofał i odnalazł Omara. Wsiedli do samochodu i ruszyli wolno przez zatłoczone o tej porze ulice w stronę Manhattanu. Umysł Crosettiego nie pracował zbyt sprawnie: do oszołomienia spowodowanego zmianą stref czasowych doszło wyczerpanie fizyczne i emocjonalne. Mózg skurczył się do rozmiarów papki reagującej na bodźce i upłynęły dobre trzy kwadranse (limuzynę dzieliło teraz od Midtown Tunnel niespełna pół kilometra), nim Crosetti przypomniał sobie, że powinien zadzwonić do matki.

– A więc znalazłeś to, Albercie!

– Mamo, skąd…?

– Była tu twoja przyjaciółka i opowiedziała nam wszystko.

– Była?

– Tak. Przyjechała taksówką, przez dziesięć minut tuliła i ściskała dzieci, a potem odjechała. Tą samą taksówką.

– Co takiego? Nie zabrała dzieci?

– Nie, powiedziała, że musi najpierw coś załatwić, i obiecała, że przyśle po maluchy w ciągu paru dni. Albercie, te dzieciaki są naprawdę miłe, ale mam nadzieję, że nie…