– Zapisałaś numer tej taksówki? zapytał Crosetti.
– Oczywiście, że nie. A po co? Chciałbyś poprosić Patty, żeby nasłała na nią policję?
– Nie – skłamał bez przekonania.
– Owszem, chciałbyś, i powinieneś się tego wstydzić. To pachnie nagabywaniem. Dziewczyna jest czarująca, ale mogę się założyć, że chce żyć swoim życiem, a ciebie w nim nie ma.
Święta prawda, pomyślał, ale nie jest to coś, co człowiek chciałby usłyszeć od własnej matki.
Przerwał niegrzecznie rozmowę i do końca podróży usiłował już nie myśleć o Carolyn Rolly, ale mu się to nie udało.
Jeden z jego przyjaciół zrobił karierę, kręcąc reklamówki, i kupił sobie luksusowy loft w Soho. Ale daleko mu było do loftu Mishkina. Teraz Crosetti wspomniał o tym swojemu gospodarzowi.
– Chyba powinienem iść na prawo oznajmił.
– Być może – odparł Mishkin. – Ale nie sądzę, żebyś był odpowiednio wyszczekany. Wydaje mi się, że jesteś na nieszczęście twórcą, który daje utrzymanie całej armii takich jak ja. A skoro mowa o twórcach: gdzie to masz?
Crosetti zdjął marynarkę i wyciągnął kopertę. Mishkin podszedł do długiego stołu i ostrożnie porozkładał kartki w dwóch rzędach, po jedenaście w każdym.
Przez chwilę patrzyli na nie w milczeniu. W końcu Mishkin zauważył:
– To naprawdę nadzwyczajne. Wygląda tak, jakby było napisane w zeszłym tygodniu.
– Były zapieczętowane w tym pojemniku – powiedział Crosetti i wyjął ołowiany cylinder z torby. – Ten walec nie przepuszcza powietrza i jest wodoszczelny, więc papier nie uległ rozkładowi, atrament też się nie utlenił. Bracegirdle wykonał dobrą robotę.
– Fakt. Kto wie, że znalazłeś tę sztukę?
– No cóż, jest trzech ludzi w Anglii, którzy wiedzą, że coś znaleźliśmy, ale nie wiedzą co, poza tym jeszcze ja i Carolyn, moja mama i pewnie Klim.
– A gdzie jest Carolyn?
– Nie wiem. Zniknęła na lotnisku, wpadła do domu mojej matki, żeby zobaczyć się z dziećmi, i pojechała nie wiadomo gdzie.
– Chryste! Dlaczego to zrobiła?
Crosetti zaczerpnął tchu. Teraz, kiedy miał to naprawdę powiedzieć, czuł, że słowa nie chcą mu przejść przez ściśnięte gardło.
– Myślę, że pojechała do Szwanowa, żeby go poinformować o naszym odkryciu.
– Do Szwanowa? Co ona, do diabła, ma wspólnego ze Szwanowem?
Crosetti powtórzył mu w skrócie, co mówiła Carolyn w hotelu w Oksfordzie tamtej nocy, kiedy rzucała w jego okno kamykami.
Mishkin wyglądał na zaszokowanego.
– A więc chcesz powiedzieć, że była cały czas agentką Szwanowa?
– Poniekąd, choć sądzę, że Carolyn pracuje przede wszystkim na swoje konto. Ale wyczuwam też między nimi pewien związek.
– Podobny do waszego, jak przypuszczam?
– Tak. Myślałem, że jesteśmy sobie bardzo bliscy, ale kto wie? Czy masz jakieś wiadomości o swoich dzieciach?
– Nie. Dali mi numer, żebym zadzwonił, kiedy już będę miał to, czego chcą.
– I co już masz. Skontaktujesz się z nimi? Oczywiście Szwanow dowie się wszystkiego bardzo szybko, o ile już się nie dowiedział.
– Owszem, ale nie jestem pewien, czy to Szwanow uprowadził dzieci.
– A kto inny mógłby to zrobić?
– Jak już mówiłem: nie wiem, ale przez pewien czas mi się wydawało, że są w to zamieszani jeszcze inni gracze.
Mishkin sięgnął po stronę tytułową i wpatrywał się w nią przez chwilę tak, jakby umiejętność odczytania tego dziwnego odręcznego pisma mogła wraz z nim przeniknąć do jego głowy.
– Nie wyglądasz na bardzo przejętego – zauważył Crosetti.
– Ach, przejmuję się. Jestem po prostu spokojny. Spojrzał na Crosettiego. Pewnie nie uważasz mnie za dobrego ojca. Zgadzam się: nie jestem dobrym ojcem. Nie zostałem do tego przygotowany przez własnego, co, jak uważam, jest niezbędne. A jak z tobą, Crosetti? Miałeś dobrego ojca?
– O tak! Uważałem go za najwspanialszego faceta na świecie.
– Szczęściarz z ciebie. Rozumiem, że nie żyje?
– Nie żyje. Wracał samochodem z pracy i zobaczył dwóch policjantów ścigających jakiegoś śmiecia. Wysiadł z samochodu, przyłączył się do pościgu i dostał wylewu. Zmarł w drodze do szpitala. Miałem dwanaście lat.
– No tak. Cóż, chyba najwyższa pora zakończyć interesy. Nie rozmawialiśmy jeszcze o zapłacie za twój czas. Na ile go wyceniasz?
Crosetti zapragnął nagle uciec jak najdalej od tego człowieka i od całej zawiłej intrygi, którą on uosabiał. Nie mógł się powstrzymać od refleksji, że Carolyn miała rację, mówiąc o ekscytującym życiu. Właściwą kwestią filmową byłoby tu: „Nie jesteś mi nic winien”, potem należało wyjść, trzasnąwszy drzwiami. Ale w realnym życiu Crosetti powiedział tylko:
– Co powiesz na dziesięć tysięcy teraz i czterdzieści, kiedy potwierdzą autentyczność?
Mishkin skinął głową.
– Wyślę ci czek.
21
Pada teraz śnieg, mokry i ciężki, jaki zdarza się na północnym wschodzie, gdzie jest dostatecznie zimno, żeby deszcz zamieniał się w białe płatki. Znów siedzę przy klawiaturze po orzeźwiającej przejażdżce na mrozie. Wcześniej zajrzałem do hangaru i obejrzałem stary mahoniowy ślizgacz pięciometrową łódź Chris-Craft Deluxe Runabout z 1947 roku, z silnikiem o mocy dziewięćdziesięciu pięciu koni mechanicznych. Wygląda na to, że jest w doskonałym stanie. Napełniłem zbiornik paliwem z dwustupięćdziesięciolitrowej beczki za pomocą pompy ręcznej. Kluczyk był w stacyjce, przekręciłem go. Silnik zakrztusił się, ale po chwili zaryczał pięknie, napełniając hangar chmurą gryzącego błękitnego dymu. Następnie wetknąłem pistolet pod poduszkę przedniego siedzenia. Czy mam jakiś plan? Właściwie nie. Przygotowuję się na wszelkie ewentualności. Jeśli człowiek spodziewa się wizyty kilku uzbrojonych mężczyzn i sam także ma broń, może albo zacząć strzelać, jak tylko się pojawią, bo inaczej najpewniej go rozbroją, albo schować ją z nadzieją, że w razie potrzeby będzie jej mógł dobyć. Nie jestem przygotowany do wymiany ognia z nieznaną liczbą napastników. Zastanawiam się, czy śnieg pomiesza szyki moim gościom.
A wracając do tej relacji (a spodziewam się, że zmierza ona do zakończenia, w miarę jak czas przeszły śpieszy na spotkanie czasowi teraźniejszemu): po mojej rozmowie z Crosettim w Zurychu kilka dni upłynęło na oczekiwaniu. Był to okres martwoty, nie miałem się czym zająć. Naprawdę nie pamiętam, co robiłem oprócz tego, że dzwoniłem do Amalie kilka razy dziennie, aby zapewnić ją, że wszystko idzie dobrze, i dowiedzieć się przy okazji, czy miała telefon od porywaczy. Owszem, miała. Co rano przychodziło emailem nagranie wideo, ukazujące najwyraźniej odprężonych Niko i Imogen, przy czym moja córka uśmiechała się, jakby szykowała jakąś niespodziankę. Za każdym razem trzymali aktualną gazetę, a komunikat, który oboje wygłaszali, brzmiał zawsze tak samo: „Cześć, mamo, jesteśmy zdrowi, nie martw się, do szybkiego zobaczenia”. Ściemnienie. Żadnych ostrzeżeń, żadnych gróźb, żadnych wskazówek co do tego, gdzie byli przetrzymywani i przez kogo. Poza tym nie mieliśmy z Amalie o czym rozmawiać i myślę, że oboje z ulgą odkładaliśmy słuchawki.
Potem ten telefon od Crosettiego, że znaleźli to, czego szukali, i kolejny dzień czekania. Zostawiłem co najmniej sześć wiadomości mojemu bratu i siostrze. Siostra nie odpowiadała, lecz brat zatelefonował tej samej nocy.
Zapytałem go, skąd dzwoni; odpowiedział, że jest w Zurychu z Amalie, i zaznajomił mnie z nowymi szczegółami swojego planu. Powiedział, że rano dostanę pocztą lotniczą paczkę i że będzie w niej to, czego potrzebuję, a ja zapytałem go jeszcze raz, czy zidentyfikował innych uczestników tej gry, tych, którzy stali za Szwanowem. Odparł, że nie, ale ma przeczucie, że byli oni powiązani z ludźmi, którzy dokonali największych przekrętów na europejskim rynku dzieł sztuki. Nie chodziło o takich, którzy kradli, żeby sprzedać lub wymusić okup, ale o takich, którzy dostarczali bardzo bogatym, niemoralnym ludziom obrazy Tycjana lub Rembrandta, by ci mogli je potem kontemplować w zaciszu domowym. Odrzekłem, że moim zdaniem tacy ludzie zostali stworzeni przez autorów marnych powieści sensacyjnych, a on zapewnił mnie, że jednak istnieją, że w aferę zaangażowane były z całą pewnością złowrogie siły i że jego plan był jedynym sposobem, jaki zdołał wymyślić, aby wyzwolić nas z ich szponów. Czułem, że coś przede mną ukrywa, ale nie umiałem skłonić go do tego, by się odkrył. Może to sprawa mojego wrodzonego paranoicznego respektu dla rodziny.