Выбрать главу

sprzętów z lat pięćdziesiątych, a także dwie łazienki. Mickey zainstalował na podeście na zewnątrz podgrzewany brodzik, ale teraz nie ma w nim wody. Odnoszę wrażenie, że nie korzysta zbyt często z domu, choć jako dziecko spędzał w nim z rodziną każde lato. Kiedy obaj byliśmy młodymi ogierami, przywoziliśmy tu dziewczyny na romantyczne weekendy.

Wracając do mojej historii: jak już mówiłem, profesor Bulstrode wręczył mi grubą kopertę oklejoną taśmą. Zapytałem go, co jest w środku, odpowiedział, że rękopis z 1642 roku. Czy to jest właśnie Dzieło? zapytałem. Nie, broń Boże. Było to wyłącznie świadectwo, że Dzieło istnieje, elaborat Bracegirdle'a. I sam w sobie nie ma wartości? Raczej nie, choć jest interesujący z czysto naukowych względów, powiedział, zdradzając oznaki jeszcze większej nerwowości i podkreślając absolutną konieczność zachowania zawartości pakietu w ścisłej tajemnicy. Właśnie dlatego przedsięwziął takie środki ostrożności. Zapewniłem go, że koperta będzie absolutnie bezpieczna, poza zasięgiem wścibskich oczu. Słysząc to, odrobinę się odprężył, ja zaś połączyłem się z panią Maldonado i poprosiłem o standardowy formularz pełnomocnictwa i pokwitowanie stosownej wpłaty. Czekając na papiery, usiłowałem wciągnąć profesora Bulstrode'a do swobodnej rozmowy. Nie udało się. Bez przerwy wlepiał wzrok w oklejoną kopertę, jakby skrywała bombę, i miałem wrażenie, że nie może się doczekać, kiedy odsunie od siebie to zagrożenie. W końcu zapytałem, czy sporządził kopię dokumentu, na co odpowiedział, że nie, ze względów bezpieczeństwa, po czym wymógł na mnie uroczyste przyrzeczenie, że i ja jej nie sporządzę. W tym momencie zacząłem tracić cierpliwość i powiedziałem mu, że w takiej atmosferze tajności czuję się nieswojo. Prawnika angażuje się po to, wyjaśniłem, żeby mieć kogoś, komu można zaufać; rozumiem, że jest skrępowany, ale to z kolei krępuje mnie jako jego przedstawiciela. Wiem na podstawie doświadczenia, dodałem, że ludzie zachowują się tak wobec swych doradców wtedy, gdy próbują coś zataić. Może więc będzie lepiej dla obu stron, jeśli oddam mu czek, bez urazy itd.

Na te słowa zaczął się znów pocić obficie i jeszcze bardziej poczerwieniał. Zapewnił mnie, że nie chce z tego robić tajemnicy i że w całej sprawie nie ma niczego choćby w najmniejszym stopniu nielegalnego czy podejrzanego. Ale w kwestiach

akademickich, które dotyczą cennych materiałów historycznych, pewna powściągliwość jest czymś naturalnym. Jeśli poczułem się urażony, prosi mnie pokornie o wybaczenie. W tym momencie pojawiła się pani Maldonado i położyła na biurku umowę. Nie zadałem sobie trudu, by po nią sięgnąć. Kiedy sekretarka wyszła, powiedziałem, że chyba zaszło jakieś nieporozumienie. Chciałbym tylko, żeby mi zaufał. Odparł, że ufa. Poprosiłem, by powiedział mi jeszcze raz, kim był Bracegirdle, co jest w kopercie i czym jest Dzieło, do którego prowadziła zawarta w papierach informacja. Opowiedział więc całą historię.

Natrafił na manuskrypt podczas badań nad pewnymi kierunkami w filozofii renesansu. Rękopis składał się z dwudziestu sześciu arkuszy in folio, gęsto zapisanych, z datą 1642. Richard Bracegirdle nie był nikim szczególnym, prostym żołnierzem, który zmarł wkrótce po bitwie pod Edgehill podczas angielskiej wojny domowej. Większa część tej pisaniny nie przedstawiała sobą niczego ciekawego. Były jednak w tych listach pewne wzmianki, że Bracegirdle'a zatrudniono w celu przewiezienia majątku pewnego szlachcica, lorda Dunbartona. Zarówno on, jak i Bracegirdle walczyli w tej wojnie po stronie Parlamentu, a siedziba Dunbartona znajdowała się lub wkrótce miała się znaleźć na obszarze kontrolowanym przez rojalistów. Lord obawiał się konfiskaty swoich kosztowności i dokumentów z potwierdzonym tytułem własności, zaangażował więc Bracegirdle'a, by ten przewiózł to wszystko, z najcenniejszymi białymi krukami z biblioteki lorda włącznie, do jego londyńskiego domu. Tymczasem jednak siły rojalistów natarły na Londyn, odcinając posłańcowi drogę. Bracegirdle zakopał więc skarby i powiadomił Dunbartona listownie, gdzie ukrył drogocenny ładunek.

A więc ukryty skarb, powiedziałem z rezerwą i zapytałem go, co to ma wspólnego z własnością intelektualną. Chodzi o bibliotekę, powiedział, o bibliotekę.

Spytałem, czy wie konkretnie, co w niej było.

Nie odpowiedział. Zamiast tego zapytał mnie, czy wiem, co to jest Kodeks z Leicester. Tak się składało, że wiedziałem. Jedną z dziedzin rozwijających się na marginesie prawa autorskiego jest digitalizacja książek, rękopisów i dzieł sztuki oraz związanych z tym przeniesień praw i wznawianych negocjacji. Głównym graczem na tym polu jest miliarder William Gates, a prawnicy od własności intelektualnej starają się trzymać rękę na pulsie i orientować w jego rozległej działalności. Powiedziałem Bulstrode'owi, że o ile wiem, to właśnie Gates nabył mniej

więcej dziesięć lat temu Kodeks z Leicester, czyli jeden z rękopisów Leonarda, za sumę trzydziestu milionów dolarów.

I tu Bulstrode nie wytrzymał: wyrzucił z siebie, że Dunbarton był w posiadaniu rękopisu Szekspira. Czy wyobraża pan sobie, jaką to ma wartość? Cała powściągliwość profesora zniknęła i jego łagodne oczy zapłonęły dziwnym blaskiem, zaczęły wprost wychodzić z orbit. Skinąłem więc przyjaźnie głową i powiedziałem, że musi to być warte majątek; jednocześnie poczułem, że zaczyna mnie ogarniać ten dławiący niepokój, jakiego doznawałem zawsze w obecności pomyleńców. Nie jest mi on, niestety, obcy, bo my, specjaliści w zakresie praw autorskich, aż nadto dobrze znamy ten typ ludzi. Żaden przebój wylansowany przez show-biznes, żadna podbijająca świat książka o cudownej diecie, żaden dochodowy produkt ludzkiej wyobraźni nie może się obyć bez sunącej za nim zgrai naciągaczy wszelkiej maści, ściskających w dłoniach zatłuszczone papierowe teczki z dowodami, że to oni pierwsi wpadli na taki to a taki pomysł. I nie chcą nawet słyszeć, że nie można zastrzec prawa wyłączności do abstrakcyjnej idei, do samego pomysłu. Nie chcą słyszeć, że idee są jak woda, powietrze czy węgiel, powszechnie dostępne, i że jedyną rzeczą, jaką można objąć prawem autorskim i na tej podstawie wydusić z niej forsę, jest określony zestaw słów, nut lub składników chemicznych. Przyznaję, że nie miałem wcześniej do czynienia z typem od Tajemniczych Dokumentów, ale oto teraz siedział taki przede mną. Pamiętam, że zastanawiałem się, czy aby czek tego nieszczęsnego drania ma pokrycie.

Spodziewałem się więc gwałtownych oznak obłędu: wybuchu gorączkowego entuzjazmu dla doniosłości zaginionego rękopisu, domniemań, jak wielką może się on okazać sensacją, i zapewnień, jak bliski jest on, Bulstrode, znalezienia klucza do sekretnego kodu, który pozwoli dotrzeć do niecodziennego znaleziska. Ale ku memu zaskoczeniu profesor, zdradziwszy mi ową rewelację, najwyraźniej oklapł. Pomyślałem sobie, że pewnie żałuje swej wylewności i tego, że nieopatrznie wciągnął w swoją paranoję także mnie, jeszcze jednego potencjalnego złodzieja drogocennego manuskryptu.