Выбрать главу

Następnego dnia przyszła kurierem paczka od Paula, a nieco później zadzwonił z lotniska Omar i zawiadomił mnie, że Crosetti wysiadł z samolotu. Po godzinie zjawił się w moim lofcie i wręczył mi kopertę. Oczywiście poinstruowałem wcześniej Omara, który był uzbrojony, żeby pilnował tego człowieka jak oka w głowie, ale mimo wszystko… Nie jestem pewien, czy sam potrafiłbym to zrobić, to znaczy oddać komuś rzecz wartą w jego przekonaniu co najmniej dziesiątki milionów, o nieustalonej własności, tylko po to, aby ratować dwoje dzieci, które ledwie znał. Przyzwoity człowiek, to jasne, i wyrzut sumienia dla wszystkich ludzi mojego pokroju; sądzę, że źle to o mnie świadczy, iż nie mogłem go polubić. Jak wielu mu podobnych miał też w sobie coś z frajera – ta Carolyn Rolly musiała mu dać nieźle do wiwatu i wcale nie zaskoczyła mnie wiadomość, że była, i to od dawna, agentką Szwanowa. Miałem ochotę zapytać Crosettiego, czy słyszał coś o Mirandzie, ale uznałem, że im mniej ludzi będzie wiedzieć o moim niesłabnącym zainteresowaniu jej osobą, tym lepiej. On również dał mi wyraźnie do zrozumienia, jakie żywi względem mnie uczucia, i szybko sfinalizowaliśmy interes.

Wkrótce po jego wyjściu zadzwonił telefon był to Szwanow. Pogratulował mi odnalezienia wielkiego skarbu kultury światowej i zapowiedział, że zjawi się niebawem, aby go ode mnie odebrać. Zapytałem go o swoje uprowadzone dzieci. Najpierw długa cisza, a potem:

– Jake, wciąż oskarżasz mnie o uprowadzanie ludzi z twojego otoczenia, a ja powiedziałem ci uczciwie, że nie robię takich rzeczy. To zaczyna być nudne, wiesz?

– Niemniej jednak sam rozumiesz, Osip, że nie będę mógł ci oddać rękopisu, skoro porywacze żądają go w zamian za uwolnienie dzieci. Jeśli sam ich nie przetrzymujesz.

– Wierz mi, Jake, żal mi ciebie i z radością bym ci pomógł w każdy możliwy sposób, ale to nie ma nic wspólnego z naszymi interesami. Rękopis został zlokalizowany dzięki informacjom pochodzącym od profesora Bulstrode'a, a te informacje są moją własnością, zatem i manuskrypt należy do mnie.

– Myślę, że miałbyś wielkie trudności, by dowieść tego przed sądem.

Kolejna długa pauza, a potem, głosem cichszym o kilka decybeli, padło pytanie:

– Zamierzasz mnie pozwać, Jake? – Tu rozległ się ponury śmiech. – Może to ja powinienem pozwać ciebie.

– Cóż, mamy w tym kraju rządy prawa, a przynajmniej mieliśmy. W odróżnieniu od twojej ojczyzny. Tak czy inaczej nie…

– Posłuchaj mnie, Jake: zrobisz to. Dasz mi ten rękopis.

– Bo co? Uciekniesz się do skutecznej perswazji?

– Nie – powiedział Szwanow tak cicho, że musiałem wytężyć słuch. – Wierzę, że załatwimy to metodą pokojową.

Po tej niezadowalającej rozmowie nie bardzo wiedziałem, co mam dalej robić. Myślę, że w pewien sposób cofnąłem się do dni, które nastąpiły po samobójstwie matki, kiedy byłem zupełnie sam; główna różnica polegała na tym, że teraz miałem mnóstwo pieniędzy. Mówi się, że miłość pomaga przetrwać czas bez pieniędzy lepiej, niż pieniądze pomagają przetrwać czas bez miłości, ale, jak się przekonałem, jest to tylko częściowo prawda. Poprosiłem Omara, żeby przyszedł ze swoim małym pistoletem maszynowym, i postawiłem go na straży manuskryptu. Omar uwielbia takie sytuacje i zna mnóstwo chwytów taktycznych, które pozwalają ocenić, jak różni uczestnicy spisku się ujawniają, i potrafi przekazać te spostrzeżenia za pomocą dyskretnych sygnałów. Potem poszedłem na spacer, zamierzałem też wstąpić na drinka i lunch do baru na Broadwayu, do którego często zaglądam. Samotna przechadzka zawsze przejaśnia mi w głowie.

Chociaż dolna część Manhattanu stała się ostatnio gwarnym zbiorowiskiem butików, można jeszcze, zwłaszcza w dzień powszedni i przy kiepskiej pogodzie, przejść się samotnie po ulicach. Poszedłem na wschód i zmierzałem w stronę Franklin, kiedy minęła mnie jedna z tych okropnych długich białych limuzyn z przyciemnionymi szybami. Parę metrów dalej podjechała do krawężnika i zatrzymała się tuż obok. Drzwi otworzyły się z impetem i z cadillaca wysiadł rosły mężczyzna, który z kolei otworzył drzwi z tyłu, po czym zaprosił mnie do środka. Chciałem go obejść, ale przesuwając się nieznacznie, zagrodził mi drogę, wyciągnął z bocznej kieszeni skórzanego szoferskiego płaszcza półautomatyczną dwudziestkę dwójkę i wykonał bardziej zdecydowany ruch. Mój brat mówi, że należy zawsze uważać na ludzi, którzy noszą pistolety tego typu, ponieważ ta mała

broń jest także reklamą możliwości jej posiadacza; może on strzelić bardzo celnie, na przykład w oko, jeśli zajdzie taka potrzeba, może ci też odstrzelić duży palec u nogi, jeśli nie zrobisz tego, co każe. Mężczyzna miał inteligentną twarz i wyglądał jak nieco znudzony, lecz sprawny odźwierny. Miał też duże i bezlitosne piwne oczy foki. Od razu wyczułem, że mam do czynienia z bandziorem wyższej kategorii niż dotąd. Wsiadłem do samochodu.

Limuzyny tego typu mogą być różnie wyposażone, ale ta odznaczała się typowym układem wnętrza. Było tam oczywiście siedzenie kierowcy, a za nim dwie zwykłe ławeczki dla mniej ważnych pasażerów; siedzieli na nich dwaj opaleni, starannie ostrzyżeni osobnicy z typowym gangsterskim wyrazem zarozumiałej złośliwości na twarzach. Z tyłu, gdzie zamontowano drzwi tylko od strony chodnika, znajdowało się coś w rodzaju półokrągłej, obitej skórą kanapy, z barkiem, aparaturą stereo i telewizorem, usytuowanymi tak, aby ważna figura miała wszystko pod ręką. Wsiadłem ten z pistoletem wsunął się za mną i znalazłem się naprzeciwko ważnej figury.

– Gdzie one są? – spytałem.

– Piękne przywitanie z rodzonym ojcem powiedział. – Gdzie one są? A może „jak się masz, tato, miło cię widzieć”?

– Uprowadziłeś moje dzieci, swoje własne wnuki, i oczekujesz synowskiej serdeczności?

Skrzywił się z niesmakiem i wykonał dobrze mi znany lekceważący gest.

– O jakim uprowadzeniu mówisz? Jestem ich dziadkiem, czy nie mogę zabrać wnuków na małą wycieczkę?

– Nie mówiąc słowa rodzicom?

– Wysyłałem matce codziennie nagranie wideo. Widziałeś dzieci? Wyglądały, kurwa, na uprowadzone? Wierz mi, to najpiękniejsze dni w ich życiu.

Ach, wszystko powróciło w ułamku sekundy; siedziałem z rozdziawioną gębą, sfrustrowany, tak jak mi się zdarzało, gdy byłem chłopcem i słuchałem jego argumentów i usprawiedliwień, które z taką łatwością przedstawiał. Sama struktura rzeczywistości ustępowała przed tym potokiem słów i zawsze kończyło się na tym, że to my, jego żona i dzieci, byliśmy w błędzie. Przyzwoici ludzie mają prawo uważać mnie na podstawie tych zapisków za pozbawionego sumienia, samolubnego

sukinsyna, ale w tej chwili przede mną siedział mój mistrz. Pod tym względem nie byłem godny wiązać mu butów. Życie egoisty doskonałego wyraźnie mu jednak służyło; mając osiemdziesiątkę, wyglądał o dziesięć lat młodziej. Miał implanty, naciągniętą skórę wokół oczu i tę sztuczną opaleniznę, jaką widuje się u bogatych starych facetów. Robił wrażenie dostatecznie silnego, żeby przeżyć jeszcze co najmniej dziesięć kolejnych lat w absolutnym zepsuciu.