Выбрать главу

Podpisaliśmy papiery i mój rozmówca wyszedł. Poprosiłem panią M., żeby udała się czym prędzej na dół i złożyła czek oraz kopertę w naszym sejfie, sam zaś choć burczało mi w brzuchu, który domagał się lunchu zasiadłem do komputera,

wpisałem w wyszukiwarce nazwisko Andrew Bulstrode i dowiedziałem się o doktorze B. więcej zaskakujących rzeczy, niż mogłem się spodziewać. Otóż przed pięcioma laty ten przeciętny na pozór akademik, który wykładał literaturę angielską w Oksfordzie i uchodził za eksperta od licznych wydań Szekspira, padł ofiarą człowieka, który okazał się jednym z największych współczesnych fałszerzy. Leonard Hastings Pascoe to nazwisko, które nawet ja bez trudu sobie przypomniałem. Jego specjalnością stały się starodruki inkunabuły i manuskrypty kojarzone z wybitnymi autorami; był w tym istotnie bardzo biegły. Twierdził, że odkrył kolejne „złe quarto” Hamleta, czyli coś w rodzaju produktu wczesnego piractwa literackiego wersję sztuki złożoną przez drukarzy z tego, co zapamiętali aktorzy, i z tego, co im samym udało się zachować z oryginalnego zapisu, a następnie opublikowaną w takiej postaci bez zezwolenia autora.

Uznano to za niewątpliwie wielkie odkrycie, bo (jak wynikało z artykułów w Internecie) historia kolejnych wydań Hamleta była szalenie skomplikowana. Istnieje Pierwsze Quarto (złe) i Drugie Quarto (dobre, czyli autoryzowane przez Szekspira) oraz wersja, jaką znamy dzisiaj, to znaczy zamieszczona w Pierwszym Folio, które Heminges i Condell, przyjaciele i teatralni wspólnicy autora, skompletowali po jego śmierci. Rzekome nowe złe quarto zawierało wiele intrygujących różnic w stosunku do wersji autoryzowanej i nasuwało podejrzenie ingerencji w proces twórczy. Nosiło datę 1602, czyli miałoby się ukazać wkrótce po zarejestrowaniu Hamleta, a na rok przed publikacją Pierwszego Quarto. Wersja ta sprowokowała interesujące pytania: czy różnice były tylko zwykłymi błędami przy przepisywaniu, czy też oznaczały, że autor zmienił tekst już po wystawieniu sztuki? Było to pytanie z rodzaju tych, które wywołują wśród uczonych zbiorowy orgazm. Patriota Pascoe dał najpierw szansę British Museum, ono zaś rzuciło się na sensacyjne znalezisko, godząc się zapłacić, ile zażądał, pod warunkiem że wybitny znawca Andrew Bulstrode potwierdzi jego autentyczność.

Co też profesor uczynił. Pascoe użył prawdziwego XVII-wiecznego papieru i inkaustu z żółci wołu, sporządzonego według oryginalnej starej receptury (uzyskał go metodą ekstrakcji chemicznej ze starych dokumentów i dzięki temu atrament przeszedł pomyślnie wszelkie testy), krój czcionki natomiast został starannie skopiowany z jednego ze złych quarto z Biblioteki Folgera. Muzeum kupiło egzemplarz

za osiemset pięćdziesiąt tysięcy funtów. Oczywiście pierwszy dorwał się do niego Bulstrode i w pół roku wysmażył autorytatywną ekspertyzę, dowodząc, że jego zdaniem autor gruntownie przerobił słynną sztukę i że tak zwane Quarto Pascoe było w rzeczywistości ważnym ogniwem pomiędzy różnymi pierwowzorami Hamleta, które Szekspir wykorzystał jako teksty źródłowe. Sensacja w świecie nauki!

I rzecz cała weszłaby do kanonu krytycznoliterackiego, gdyby L.H. Pascoe nie gustował w zachwycających młodych chłopcach o rozmarzonych oczach i pełnych wargach i gdyby nie obiecał jednemu z nich podróży na Lazurowe Wybrzeże i nowych strojów. Niedotrzymanie obietnicy sprawiło bowiem, że młody człowiek zakablował swego sponsora. Policja zrobiła nalot na pewną fabryczkę w Ealing i znalazła ręczną prasę, papier i atrament oraz podrobionego Hamleta, wciąż tkwiącego w formach. A stało się to jakieś półtora roku po zakupieniu go przez muzeum.

Uzyskane pieniądze zostały w większości przepuszczone na wystawne i rozpustne życie. Tabloidy żerowały na tej historii, rezerwując najbardziej zabójczy jad dla pechowego eksperta. W to właśnie bagienko wdepnął mój stary kumpel Mickey Haas, który bronił swego kolegi na łamach poważnej prasy, tłumacząc, że naukowiec popełnił błąd, jaki mógł popełnić każdy ekspert na świecie, także on sam. I w nadziei, że po pewnym czasie burza w Anglii przycichnie, załatwił Bulstrode'owi wykłady na Uniwersytecie Columbia. A teraz najwyraźniej ktoś inny podsunął profesorkowi kolejny dokument, co wydało mi się co najmniej dziwne, jako że był on ostatnią osobą, która mogłaby zaprezentować światu ważny rękopis, jak również ostatnią, która chciałaby to zrobić. Ale już dawno straciłem przekonanie, że doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. Gdybym sam umiał uczyć się na błędach, byłbym zapewne wciąż szczęśliwym mężem.

A może profesor załamał się pod wpływem stresu. Uczonym też odbija, być może nawet częściej niż innym, choć ze względu na charakter ich zawodu rzadziej się o tym mówi. Na wszelki wypadek poszukałem w Internecie lorda Dunbartona i ku swemu zdziwieniu stwierdziłem, że nie jest on wytworem wyobraźni. Henry Reith (1570-1655), drugi baron Dunbarton, był purytańskim szlachcicem. Jego

ojciec, pierwszy lord Dunbarton, zdobył ostrogi jako jeden ze sługusów króla Henryka VIII – „gości”, jak ich nazywano – którzy wyrzucali mnichów i mniszki z klasztorów, dbając o to, żeby siły protestanckiej reformacji nie przeoczyły żadnego nadającego się do splądrowania majątku kościelnego w Anglii. W nagrodę dostał tytuł i posiadłość Darden Hall w Warwickshire. Jego syn został przedstawiony na dworze pod koniec panowania Elżbiety, otrzymał tytuł lorda Burghley i zaangażował się w działalność szpiegowską: tropił jezuitów, demaskując ich podstępne knowania przeciw królowej i późniejszemu królowi Jakubowi. Za panowania Karola I, świetnie wyczuwając, podobnie jak ojciec, z kim warto trzymać, był zagorzałym zwolennikiem obozu parlamentarzystów, choć robił też wrażenie szczerego purytańskiego fanatyka, jako że w Warwickshire energicznie ścigał rekuzantów. Podczas krótkiej kampanii zakończonej bitwą pod Edgehill Darden Hall zostało zajęte przez wojska rojalistów. Ani słowa o bibliotekach, Bracegirdle'u czy zaginionych dziełach Szekspira. Pomyślałem, że aby poznać całą historię nieszczęsnego szekspirologa, powinienem zadzwonić do Mickeya Haasa. Co też uczyniłem, lecz uzyskałem jedynie informację, że doktor Haas jest na konferencji w Austin i wróci dopiero na początku przyszłego tygodnia. Poszedłem więc na lunch.

Tu zaglądam do swojego terminarza. Pani Maldonado notuje oczywiście moje spotkania i co poniedziałek dostaję od niej kartkę z planem na cały tydzień, lecz ja przepisuję to wszystko do oprawionego w skórę notesika z cienkimi niebieskawymi kartkami, który noszę w kieszonce koszuli. Nie można mnie właściwie nazwać roztargnionym, zdarza mi się jednak zasiedzieć w bibliotece lub zagadać przez telefon i jeśli nie zerknę co jakiś czas do notesu, bywa, że zapominam o umówionym spotkaniu. Dzięki tym zapiskom wiem, że z doktorem B. spotkałem się jedenastego października, i kiedy zaglądam do nich teraz, dowiaduję się również, że tego samego dnia, kiedy poznałem Bulstrode'a, wyszedłem wcześniej z pracy, żeby odebrać Imogen i Nicka ze szkoły i wziąć ich na obiad, a potem do kina. Środowe popołudnie to czas spotkania z dziećmi; widuję się też z nimi co drugi weekend i spędzamy razem dwa tygodnie latem.

Imogen, moja córka, skończyła trzynaście lat. Ma jasne włosy i szare oczy i jest tak podobna do matki, że mogłaby być jej klonem, a nie owocem tradycyjnego

poczęcia. To, nawiasem mówiąc, wydaje się osobliwością naszej rodziny. Geny rodu Mishkinów nie współpracują i nie współgrają dobrze z innymi. Albo całkowicie dominują, albo zirytowane ustępują pola. Ja jestem wierną kopią ojca, żydowskim opakowaniem, podczas gdy mój brat i siostra to jasnowłose smukłe typy z plakatów werbujących do Hitlerjugend. Mój syn Nicholas, jedenastolatek, to absurdalna pomniejszona replika Jake'a. Kiedy zalecałem się do Amalie, siostra zwróciła mi uwagę, że wygląda ona zupełnie jak młodsza wersja naszej mamy. Nie mogę powiedzieć, żebym to dostrzegł, choć koloryt i rysy są ogólnie podobne. Niemieckie, by tak rzec. Gdy wuj Paul i ciotka Miri wychodzą z Imogen na spacer, wszyscy biorą ją za ich córkę, a kiedy idę z nią ja, przygodny przechodzień patrzy na mnie spode łba jak na pedofila.