Выбрать главу

Pod względem charakteru Imogen w odróżnieniu od swej matki jest klasycznym okazem narcyzmu; wszyscy inni istnieją tylko po to, żeby ją adorować, i biada temu, kto tego nie robi! Jest sportsmenką – utalentowaną pływaczką i chce zostać aktorką, co zresztą popieram, bo uważam, że nie nadaje się do niczego innego. Żywię przekonanie, że tę skłonność do aktorstwa odziedziczyła po mnie. Kiedy chodziłem do liceum na Brooklynie, nauczyciel powiedział mi, że mam dobry głos i że powinienem spróbować sił w dramacie, co też zrobiłem. Dostałem rolę Tielegina w Wujaszku Wani, małą, ale, jak wszystkie role u Czechowa, zapadającą w pamięć. Przypuszczam, że teraz już nie wystawiają Czechowa w brooklyńskich liceach, ale wtedy wystawiali, organizowali też wiele imprez, które w dzisiejszej epoce szmalu byłyby nie do pomyślenia. Tielegina nazywają w sztuce „Andrut”, bo ma dziobatą twarz, a moja, gdy miałem szesnaście lat, była prawdziwą katastrofą. Za swoją popisową kwestię uważałem: „Szczęście moje uciekło, ale duma została”. Oczywiście zakochałem się w Glorii Gottleib, która grała Sonię i która nie dostrzegała mojego istnienia; ciekawe było to, że nawet poza sceną i później, kiedy już daliśmy trzy przedstawienia w pachnącej pomarańczami sali, wciąż czułem się Tieleginem i wydawało mi się cudowne to, że wymyślona postać, stworzona przez dawno nieżyjącego autora, może w pewnym sensie wypierać moją własną osobowość.

Muszę tu wspomnieć, że zanim pojawiłem się w tej sztuce, byłem figurą dość żałosną, zbyt nijaką, by stać się choćby obiektem kpin. Stosunkowo łatwo jest

zniknąć w wielkiej miejskiej szkole, ale ja miałem specjalne powody, aby wtopić się w tło, stać się jedną z brązowych płytek, którymi były wyłożone ściany. W szkole, gdzie swoistą arystokrację stanowili intelektualiści i prawie wyłącznie Żydzi, byłem katolikiem z żydowskim nazwiskiem i z dziadkiem nazistą, a do tego „Izzy Buchalter”, jako człowiek często oskarżany, ale nigdy nie skazany, nie był w tym czasie postacią nieznaną brukowcom. Żyłem w ciągłym strachu, że ktoś (na przykład Gloria Gottleib) coś skojarzy. Na domiar złego mój brat Paul, o dwa lata ode mnie starszy, był znanym bandziorem. Manifestował to jak mieli w zwyczaju ówcześni chuligani nosząc czarną skórzaną kurtkę z podniesionym kołnierzem i czesząc się w kaczy kuper. Wolałem pozostawać kimś całkowicie anonimowym, niż cieszyć się sławą brata Pauliego Mishkina. W pewnym sensie ta otaczająca go groźna aura chroniła mnie przed agresją i prześladowaniami, które w przeciwnym wypadku byłyby moim udziałem. Paul upierał się, że jeśli mam oberwać, co zdarzało się całkiem często, to mogę oberwać tylko od niego. W najgorszej bójce, jaką zapamiętałem z okresu dorastania, sprawił łomot dwóm gościom ze znanego gangu ulicznego, którzy dopadli mnie w drodze do szkoły i ukradli mi kieszonkowe. Mój brat posługiwał się wtedy cegłą.

Ach, te obsesyjne obrazy! Wcale nie chciałem o tym pisać, choć może jest rzeczą istotną, że po tej właśnie bójce, za którą Paula wyrzucono ze szkoły, zacząłem ćwiczyć podnoszenie ciężarów. Doszedłem do wniosku, że muszę się od niego uniezależnić, a poza tym pomyślałem, że jeśli stanę się gościem, to będę mógł uniknąć bójek. Bardzo się myliłem.

W każdym razie po Wujaszku Wani zrobiłem z siebie okropnego dupka, pozostając do pewnego stopnia w skórze granej postaci: nosiłem staroświecką brokatową kamizelkę, którą znalazłem w sklepie ze starzyzną, mówiłem z lekkim akcentem, udając, że szukam angielskiego słowa, i bełkocząc coś w języku, który w moim mniemaniu brzmiał jak rosyjski. Zyskałem sobie pewną popularność, jak to się zdarza niektórym zabawnym świrom, i zaczęto mnie zapraszać na wystrzałowe imprezy, organizowane przez popularne w szkole żydowskie dziewczyny. Kolejną sztuką, jaką wystawiliśmy, był Romeo i Julia; zagrałem Merkucja. Identyfikacja z tą postacią była czymś o wiele lepszym niż utożsamianie się z Tieleginem, bo wygłaszanie błyskotliwych nonsensów, przybieranie ekstrawaganckich póz i absurdalna

śmierć wydają się młodym ludziom czymś szalenie atrakcyjnym; nie jest też specjalnie trudno przemawiać efektownymi i potoczystymi jambami. Dla nastolatka grającego Merkucja najtrudniejsze jest wypowiadanie bez chichotów dwuznacznego monologu w czwartej scenie pierwszego aktu; może to nawet być trudniejsze niż zagranie przekonująco Romea. A co do Julii… właściwie, mówiąc językiem prawniczym, powiedziałbym, że słynna inwencja Szekspira nie przejawia się bynajmniej w konstruowaniu intrygi. Wszystkie jego sztuki, z wyjątkiem dwóch, są zerżnięte, czasem bezczelnie, z innych źródeł. Miał szczęście, że w tamtych czasach nie znano pojęcia prawa autorskiego. Chodzimy na jego sztuki dla języka, tak jak chodzimy do opery dla muzyki; i tu, i tam intryga jest sprawą drugorzędną, właściwie trywialną, ale i współcześni autora również to wyczuwali nie miał on sobie równych w uchwyceniu samej istoty życia i przeniesieniu jej na scenę. Takim wyczynem jest druga scena w drugim akcie. Mówię o scenie balkonowej nie o jej początku, który potrafią zacytować wszyscy, ale o jej końcu i stworzonym przez autora obrazie oszalałego z miłości dziecka. Kiedy gra dorosła aktorka powiedzmy Claire Bloom wygląda to, niestety, absurdalnie, lecz szesnastolatki mogą w takie role tchnąć życie, zwłaszcza gdy jedno z nich jest zakochane, tak jak ja byłem. Pamiętam wyraźnie tę chwilę, kiedy patrząc, jak panna Gottleib odwleka chwilę pożegnania, myślałem sobie, że to jest życie dla mnie, że moim przeznaczeniem jest otworzyć się na ludzki geniusz, pozwolić mu, by mną zawładnął, uwolnić się od swojego żałosnego ja.

Był to mój przedostatni rok w liceum rok, który wyznaczał początek długiego zmierzchu mafii w Nowym Jorku. W tamtych czasach, zanim jeszcze Joe Valachi złamał honorowy kodeks milczenia, najlepszym sposobem na to, by wpakować jakąś grubą rybę mafijną za kratki, było przyłapać ją na przestępstwach podatkowych. I mój ojciec znalazł się w końcu na celowniku. Postawili mu mnóstwo zarzutów i wywierali nań presję, żeby zeznawał przeciw swoim pracodawcom. Gdyby się tak nie śpieszyli i pogadali wpierw z jego rodziną, zorientowaliby się, że nie jest mięczakiem. Przez cały okres prób do R i J okręgowy Sąd Federalny w Nowym Jorku rozpatrywał sprawę ojca. Choć nasze życie domowe nigdy nie było sielanką, tamte dni wspominam jako szczególnie ponure.

Tu pozwolę sobie napomknąć o rodzinnym dramacie. Między Izzym i Ermentrude od początku szło na noże, przynajmniej w sensie metaforycznym, choć sądzę, że oni sami uważali, iż są kochającym się małżeństwem, jeśli za takie można uznać stadło, w którym trwa bezustanna walka o podporządkowanie sobie ukochanego współmałżonka. Widzę wciąż oczami wyobraźni taką oto scenę: wieczór, my, chłopcy, jesteśmy jeszcze mali, ja mam może osiem lat, Paul dziesięć, Miriam sześć. Odrobiliśmy już lekcje, które skrupulatnie sprawdziła Obersturmbahnfuhrer Mutti. Powietrze jest gęste od zapachów ciężkiej teutońskiej kuchni. Wciąż trwa okres Alles in Ordnung, nasza mama nie odkryła jeszcze Tej Kurwy, jego kochanki, za sprawą której straci na pewien czas ochotę do życia. Patrzymy pewnie w czarno-biały telewizor z maleńkim ekranem, może się kłócimy, który program oglądać. W okolicach szóstej rośnie napięcie. Zjawi się czy nie? Będzie w dobrym nastroju czy w kiepskim? Jest wpół do siódmej, Mutti trzaska garnkami i szufladami, burcząc coś po niemiecku. Nasłuchujemy brzęknięcia butelki o kieliszek. Siódma. Swąd przypalonej potrawy, wysychających drogich protein, parujących jarzyn, które zamieniają się w niejadalną packę. Umieramy z głodu, ale żadne nie ma odwagi wejść do kuchni.