Za dziesięć ósma otwierają się drzwi. Serce w nas zamiera, kiedy widzimy jego twarz. Nie ma dziś obdarowywania prezencikami, nie ma wesołych pohukiwań, drobniaków dla chłopców, piruetów z córeczką w ramionach. Nie, dziś idziemy prosto do stołu i spaprany obiad ląduje z plaśnięciem na talerzach. Ojciec mówi: „Nie będę jadł tego gówna”, i zaczyna się pyskówka, obustronna, po angielsku i w prostej niemczyźnie, tak że nawet jeśli nie rozumiemy dokładnie, o czym mowa, wyczuwamy wyraźnie agresję. Zaczynają fruwać talerze i sztućce, Miriam chowa się pod stół, a za nią ja, tuląc do piersi jej zapłakaną twarzyczkę. Paul pozostaje wyprostowany na krześle; widzę z dołu bladą twarz, pobielałe kłykcie palców zaciśniętych na stołowym nożu. Awantura przybiera na sile, kończąc się zwykle „pieprzoną nazistką” z jednej strony i „żydowską świnią” z drugiej; potem on daje jej w twarz i wychodzi. Trzask! Gramolimy się spod stołu, matka każe nam usiąść prosto i wymieść do czysta niejadalną breję, a tymczasem opowiada nam, jak wyglądał „phawdziwy głód w Niemcach” po wojnie, więc musimy zjeść wszystko.
Nie dlatego jednak zmuszamy się do przełknięcia jedzenia, ale dlatego, że nic innego nie możemy dla niej zrobić.
Kiedy jednak ojciec staje przed sądem, sytuacja się zmienia; teraz króluje cisza. Mutti stawia odgrzane jedzenie z puszki na stole i wycofuje się do swojej sypialni, skąd docierają dźwięki niemieckiej klasyki: Beethoven, Bruckner, Wagner.
Matka zaczęła więcej pić, a kiedy sobie podchmieliła, podkręcała gramofon. Ojciec mógł wtedy wywalić kopniakiem drzwi albo potłuc płyty, albo po prostu wyjść i nie wracać przez kilka dni. Paul też rzadko bywał w domu. Po ukończeniu (z trudem) szkoły zaczął się włóczyć ze swoim gangiem, który (jak się wkrótce dowiedzieliśmy) zdał wtedy ważny egzamin, przechodząc od drobnych kradzieży do napadu z bronią w ręku.
W ten sposób obowiązek prowadzenia domu spadł na mnie. Musiałem się też zająć Miriam, już czternastoletnią. Miri rozkwitała; jej urodziwa twarz, którą zachowa do późnych lat, działała jak niewykrywalny przez radar bombowiec, przenikający w głąb terytorium wroga, w tym przypadku na obszar męskiego libido. Nie starałem się jej nawet kontrolować, wiedząc, że to daremne, ale mogłem przynajmniej zadbać o to, żeby miała co jeść i w co się ubrać. Udawało nam się też z Paulem (tak przynajmniej sądzę) zniechęcać do niej skutecznie facetów powyżej trzydziestki. Pewnego ranka, tuż przed Świętem Dziękczynienia, tato nie stawił się w sądzie ani nie wrócił do domu. Obawialiśmy się oczywiście najgorszego: jego kumple z mafii mogli przestać wierzyć w to, że będzie milczał (bo było oczywiste, że jeśli nie pójdzie na współpracę, grozi mu najwyższy wymiar kary), i postanowili zapobiec większej wsypie. Pamiętam, że oczami wyobraźni widziałem ojca wepchniętego do obciążonej blaszanej beczki lub spoczywającego pod asfaltem autostrady, i próbowałem wzbudzić w sobie uczucie smutku i bezradności.
A jednak przeżył. Po kilku tygodniach gazety doniosły, że widziano go w Tel Awiwie. Nie wpłacił ani grosza kaucji i poszedł w ślady swego mentora, Meyera Lanskyego, chroniąc się na komfortowym wygnaniu. Żadnej kartki do nas, żadnego telefonu. Potem dowiedziałem się, że zmienił nazwisko na bardziej hebrajskie, do czego zachęciły go władze, choć myślę, że w tej nacji niemało jest Mishkinów. Wszystko to działo się w czasach, kiedy medialna paranoja nie stała się
jeszcze normą. W naszym domu pojawiło się tylko kilku dziennikarzy i Paulie z kumplami dali im straszny wycisk – porozwalali aparaty fotograficzne i tak dalej. Wtedy można było tłuc pismaków ile wlezie, nie obawiając się, że będzie to utrwalone na wideo, co moim zdaniem sprzyjało większemu ucywilizowaniu prasy. Żeby zdobyć pieniądze na astronomiczną kaucję, ojciec zastawił dom wraz z wyposażeniem trwałym i czmychnął z całą gotówką, jaką miał, zostaliśmy więc praktycznie bez środków do życia. Po pewnym czasie pojawili się komornicy, zajęli volkswagena taty i wręczyli nam nakaz eksmisji.
Tu wydarzył się mały cud. Pewnego sobotniego poranka obudziły mnie odgłosy intensywnego pakowania i głośne dźwięki Parsifala. Mutti znów objęła dowodzenie, znów wydawała komendy. Zapędziła nas do roboty razem z dwoma mówiącymi po niemiecku osobnikami, których nigdy przedtem nie widziałem, prawdopodobnie ukrywającymi się zbrodniarzami wojennymi. Znów mieliśmy Ratyzbonę 1945 roku, Hitler nie żył, nadchodzili Czerwoni i należało na nowo ułożyć sobie na gruzach życie. Wiedziałem, że w 1941 roku ukraińskie wsie radośnie witały wkraczające wojska hitlerowskie, i teraz my, dzieciaki, znaleźliśmy się w takiej samej sytuacji – wszystko wydawało się lepsze od tego, czego właśnie doświadczyliśmy, a kojarzący się z matką faszyzm był dla nas przynajmniej czymś znajomym. Niemcy mieli ciężarówkę, która przewiozła nas wraz z dobytkiem z naszego wygodnego mieszkania na Flatbush do zagraconego dwupokojowego mieszkanka w bloku komunalnym na krańcach Queens.
A zatem nasze życie toczyło się dalej bez ojca. Pieniądze zarabiane przez matkę w izbie przyjęć szpitala King's County ledwie wystarczały na bieliznę i Bratwurst. Dokonaliśmy wyborów życiowych, jakie naszym zdaniem najbardziej wkurzyłyby ojca: Paul został raczej głupim niż mądrym przestępcą, Miri, mówiąc wprost, dziwką, ja zaś wzorowym uczniem. W krótkim czasie Paula przyskrzynili za napad na magazyn z alkoholem i kazali mu wypić piwo, którego sobie nawarzył, Miri uciekła z jakimś playboyem, ja natomiast ukończyłem szkołę z wyróżnieniem i zacząłem studia na Uniwersytecie Columbia, gdzie spotkałem Mickeya Haasa. Mam nadzieję, że to stosunkowo pełny obraz.
Zacząłem jednak tę przydługą dygresję od opisywania swoich dzieci i teraz widzę, że nie powiedziałem jeszcze niczego o synu Nicholasie – czyli, jak go nazywamy,
Niko. Byliśmy bardzo długo przekonani, że coś z nim jest nie tak, że jest to dziecko dotknięte jakąś formą autyzmu lub innym z wielu syndromów odkrytych ostatnio tylko po to, by otworzyć nowe rynki dla koncernów farmaceutycznych. Ponieważ nie zaczął chodzić ani mówić w stosownym czasie, nalegałem, żeby odwiedzać z nim różnych specjalistów, choć jego matka utrzymywała, że wszystko jest w porządku. Z czasem okazało się, że miała rację. Zaczął mówić w wieku czterech lat, od razu pełnymi zdaniami, i mniej więcej w tym samym czasie zademonstrował nam umiejętność czytania. Jest czymś w rodzaju cudownego dziecka, ale nie bardzo wiadomo, w jakiej dziedzinie. Przyznaję teraz ze wstydem, że w jego obecności zawsze czułem się trochę nieswojo. Kiedy miał sześć lat, jeszcze zanim nasz dom zaczął się rozpadać, zachodził często do pokoiku, który był moim gabinetem, i wpatrywał się we mnie bez słowa, nie odpowiadając, gdy pytałem, czego chce. W końcu zacząłem ignorować jego obecność, a przynajmniej usiłowałem to robić. Miałem czasem wrażenie, że potrafi przeniknąć mnie wzrokiem, dotrzeć do moich najtajniejszych myśli i pragnień i że on jeden z całej rodziny wie, jak gruntownie jestem sparszywiały.
Uczęszcza na Copley Academy z Imogen i ma indywidualny tok studiów w zakresie matematyki i informatyki, w których to dziedzinach wykazuje wybitne uzdolnienia. Czuję w tym palec „Izzyego Buchaltera”, palec ponadpokoleniowy, którego dotknięcie najwidoczniej mnie ominęło, bo ja nigdy nie miałem z matematyki oceny wyższej niż dostateczna, nawet przy tak skromnych wymaganiach, jakie stawiała szkoła średnia. Niko jest solidnym, poważnym chłopcem i zaczyna przypominać swojego dziadka te same czarne, czujne, nieprzeniknione oczy, duży nos, szerokie usta, gęste, kędzierzawe włosy. O ile wiem, nigdy niczego się ode mnie nie nauczył. Ostatnią próbę podjąłem na basenie, kiedy usiłowałem mu pokazać, jak się pływa. Nie tylko nic nie wskórałem, ale na dodatek moje wysiłki wywołały u niego atak histerii tak intensywny i długotrwały, że nikt już nie próbował go więcej uczyć. W wodzie Niko natychmiast idzie na dno jak kamień. Na lądzie, jak przypuszczam, jest całkiem szczęśliwy; Copley to miejsce, w którym człowiek, o ile nie ma destrukcyjnej natury, żyje w spokoju. Nie podają tam do wiadomości ocen i każą sobie płacić dwadzieścia osiem i pół tysiąca rocznie. Nie skąpię, bo dobrze zarabiam. Moja stawka to przeciętnie siedemset pięćdziesiąt za