godzinę, rocznie zaś mam tych godzin grubo ponad dwa tysiące. Możecie sobie policzyć. Nie mam kosztownych pasji (a właściwie tylko jedną), nie lubię podróżować i nie uznaję ekstrawagancji. Kupiłem loft w Tribece, zanim ceny oszalały. Amalie również wiedzie proste życie i nieźle zarabia, chociaż gdyby dać jej wolną rękę, rozdałaby wszystko biednym i cierpiącym i żyłaby z dziećmi pod mostem, a nie w eleganckim apartamentowcu z piaskowca na Siedemdziesiątej Szóstej Wschodniej.
Kocham swoje dzieci tak jak wszystko, czyli, można powiedzieć, nie za mocno. Potrafię grać rolę dobrego ojca, jak kiedyś odgrywałem dobrego syna, brata, przyjaciela i tak dalej. Oszukać ludzi jest łatwiej, niż myślicie, i zanim poznałem Amalie, sądziłem, że wszyscy są tacy jak ja, że bierze się scenariusz z etykietką „kultura” i gra się jak w teatrze i że nie ma właściwie różnicy między Jakiem Mishkinem grającym Merkucja a Jakiem Mishkinem grającym Jake'a Mishkina, tyle że rola Merkucja została lepiej napisana.
Dlatego, nawiasem mówiąc, nie zostałem w końcu aktorem zawodowym. Powiedziałem sobie, że rezygnuję z teatru (ileż w tym obrzydliwego użalania się nad sobą!), bo muszę mieć pewne źródło dochodów, żeby utrzymać rodzinę, ale w rzeczywistości stało się tak dlatego, że kiedy już raz wszedłem w pewną rolę, nie mogłem z niej wyjść. To, co było sympatycznym wybrykiem w liceum, z upływem lat stało się śmiesznym dziwactwem, a potem w ogóle przestało być zabawne. Ujrzałem siebie samego, jak spędzam życie w zamkniętej na klucz izolatce, nie mogąc wyjść z roli Makbeta lub Torvalda Helmera. Albo Estragona. Było też coś, sam nie wiem co, zdecydowanie toksycznego w ludziach teatru, a może tylko tak mi się wydawało, dość, że się wystraszyłem. Zapisałem się więc na studia przygotowawcze na prawo i nie miałem powodów do narzekania. Do teatru nie chodzę.
Dopiłem po przerwie kawę i zjadłem pączka. Kupiłem ich dwadzieścia parę w sklepie w Saranac Lake i przez pewien czas żywiłem się wyłącznie nimi i kawą. Dom jest dobrze zaopatrzony w konserwy i podstawowe produkty, niektóre mocno przeterminowane, mam też do dyspozycji zamrażalnik pełen ryb i dziczyzny. Mickey powiedział, że mogę siedzieć tu w nieskończoność, choć dodał, że w razie
ataku nuklearnego będę musiał znieść obecność jego i tej z jego trzech żon, którą zdecyduje się przywieźć. Ponad czterdzieści kilometrów stąd jest miasteczko New Weimar, ale jeszcze tam nie byłem. Uznałem, że lepiej, aby nikt z miejscowych nie wiedział, że tu mieszkam. Dom stoi na uboczu, przy końcu długiej piaszczystej drogi, która odbija od szerszej drogi szutrowej, ta zaś na zachód od Saranac Lake odchodzi od szosy stanowej prowadzącej do autostrady numer 30. Izolacja jednakże jest czysto fizyczna, bo przed paroma laty Mickey zainstalował talerz satelitarny, można tu więc odbierać dwieście programów, a co ważniejsze – mam też dostęp do szerokopasmowego Internetu. Dobrze mieć świadomość, że za naciśnięciem guzika mogę wysłać to, co piszę, całemu światu. Może to być w pewnej chwili kartą przetargową w negocjacjach z kim, na razie nie wiem. Czytając to powtórnie, widzę, że kompletnie spieprzyłem linię narracyjną. Byłoby chyba lepiej, gdybym po prostu spisał historię swojego życia, leżąc jak Bracegirdle na łożu śmierci, a nie rozwodził się nad prawdopodobieństwem gwałtownego końca w niezbyt odległym czasie. Śmierć, jak przypuszczam, sprzyja skupieniu myśli, o ile ktoś jeszcze może wtedy myśleć. Problem w tym, że zacząłem od opowiadania prostej historii, jaką można znaleźć w tanich dreszczowcach: elektronicznej wersji ostatnich słów konającego, zagadkowych bazgrołów na ścianie, napisu krwią „szmaragdy są w p [dalej nieczytelne]” lub „To nie był Har” – z czego rodzi się fabuła. Ale mam wrażenie, że moje życie wymieszało się z opowiadaniem, tak jak u Bracegirdle'a:
… choć Bóg nie powołał mnie w szeregi wielkich, to jednak jestem mężczyzną, nie zaś chłystkiem, i moja historia będzie miała wielkie znaczenie choćby dla mojego syna, który musi wyrosnąć na mężczyznę, nie mając wzoru choć tak marnego, za jaki ja mógłbym mu stanąć.
Tako rzecze Bracegirdle i tak mówię ja.
Podejmując więc opowieść: z zapisków w moim notesie wynika, że dwa następne dni minęły bez znaczących incydentów, podobnie jak cały weekend; są tylko czyste kartki, jeśli nie liczyć samotnego słowa „Ingrid”, które oznacza, że musiałem się wybrać do Tarrytown.
No nie, obrażam tu bardzo miłą kobietę, z zawodu choreografa, którą poznałem na gali firmy muzycznej i która skapitulowała wobec mojej kurtuazji, życzliwości, hojności i tak dalej. Nie ona pierwsza i zapewne nie ostatnia popełniła ten błąd. Trudno powiedzieć, co się dzieje z dzisiejszymi mężczyznami, ale wyspa Manhattan wydaje się roić od atrakcyjnych, seksownych kobiet z klasą, w wieku od trzydziestu do pięćdziesięciu lat, zarówno mężatek, jak i samotnych, które nie wierzą, aby ktoś zechciał się z nimi przespać. Robię co w mojej mocy, ale to przygnębiająca sprawa. Pozwólcie, że nie będę się w to teraz zagłębiał.
W tamten poniedziałek mieliśmy rano rutynowe zebranie wspólników, a potem, tak jak zwykle, wezwałem swojego kierowcę i kazałem się zawieźć do siłowni. Napisałem wcześniej, że wiodę proste życie, nie mam kosztownego hobby i tak dalej, ale posiadanie osobistego kierowcy pewnie uznacie za ekstrawagancję. Razem z samochodem kosztuje mnie to prawie pięćdziesiąt tysięcy rocznie, z drugiej jednak strony większa część tej sumy jest wliczana w koszty firmy. Między moim domem a kancelarią nie ma dobrego, szybkiego, bezpośredniego połączenia, a do normalnej taksówki jakoś nie mogę się przyzwyczaić, tak mi się przynajmniej wydaje. Mój samochód to lincoln, granatowy, dla odróżnienia od wszystkich czarnych. Kierowca, który jeździ ze mną prawie sześć lat, ma na imię Omar. Jest Palestyńczykiem i tak jak ja ciężarowcem. Kiedy się poznaliśmy, jeździł taksówką i obaj byliśmy zgodni co do tego, że zwykłe taksówki nie są dla takich jak my, czyli ani dla mnie jako pasażera, ani dla niego jako kierowcy; stąd decyzja, żeby wynająć lincolna i zatrudnić Omara. Jest fantastycznym kierowcą, jeździ szybko i zarazem bezpiecznie, nie pije i utrzymuje samochód w idealnym stanie. Jedyną jego wadą (o ile można tak to nazwać) jest to, że gdy nadchodzi pora modlitwy, uważa za swój obowiązek zatrzymać się, wyciągnąć z bagażnika dywanik i klęknąć na nim na chodniku. Ale podczas jazdy ze mną zdarzyło mu się to zaledwie parę razy.
Ja sam nie jestem pobożny, choć nie mogę też uznać się za ateistę. Ani za agnostyka, którą to postawę uważam za absurdalną i tchórzliwą. Myślę, że jestem wciąż katolikiem, choć niepraktykującym. Niczym piekielne demony wierzę i dygoczę. Jeśli ludzie o to pytają, wyjaśniam, że stanowisko watykańskiej hierarchii w pewnych sprawach jest dla mnie nie do przyjęcia, co wygląda tak, jakbym uważał, że Kościół nie jest wystarczająco dobry dla tak wspaniałej istoty jak Jake