Mishkin, ale to nieprawda. Zarzuciłem praktyki religijne, żeby być szatanem w stosunkach z kobietami. Tak, to moje jedyne kosztowne hobby.
Wróćmy do poniedziałku. Byłem w siłowni przy Ósmej Alei pod numerem 51. Część lokalu to wyłożona dywanem strefa Nautilusa dla miejscowych, ale salka dla ciężarowców jest doskonale wyposażona. A to stąd, że właściciel, Arkady Demiczewski, reprezentował kiedyś Związek Radziecki w podnoszeniu ciężarów. Jeśli się go poprosi, udziela fachowych rad i ma prawdziwą rosyjską banię z masażystą. Ta część siłowni pachnie rózgami, potem i parą. Arkady mawia, że wielcy ciężarowcy dźwigają raczej głową niż ciałem, i przekonałem się, że to prawda. Wydaje się niemożliwe, żeby człowiek, choćby najlepiej umięśniony, podniósł ćwierć tony, a jednak takie rzeczy zdarzają się regularnie. Jak już wspomniałem, mnie samemu udało się tego dokonać. Wszystko polega na koncentracji i kto wie pewnie na jakiejś dziwnej formie telekinezy. Spędzenie w środku dnia godziny na podnoszeniu ciężarów to dla mnie cudowny relaks. Kiedy poćwiczę i posiedzę w łaźni parowej, niemal zapominam, że jestem prawnikiem.
W każdym razie skończyłem właśnie serię ćwiczeń na ławce, wyciskając pod okiem Omara stutrzydziestosześciokilogramową sztangę. Kiedy w strefie Nautilusa napełniałem wodą butelkę, zobaczyłem wchodzących do siłowni dwóch mężczyzn. Zaczęli rozmawiać w recepcji z Eugenią, córką Arkadego, i zauważyłem, że dziewczyna wskazuje na mnie. Podeszli, pokazali swoje odznaki i przedstawili się jako policyjni detektywi, Michael Murray i Larry Fernandez. Za sprawą seriali policyjnych jesteśmy wszyscy świetnie przygotowani do przesłuchań, widzieliśmy to milion razy, więc kiedy coś takiego przytrafia się nam w życiu, doznajemy dziwnego zawodu. Moi policjanci wyglądali jak faceci, którzy właśnie odpadli z castingu do takiego serialu: jeden zwykły nowojorczyk średniego wzrostu o semickich rysach, drugi równie przeciętny Latynos. Murray był trochę tęższy od tych pokazywanych w telewizji, a Fernandez miał marne uzębienie. Trudno mi było zachować powagę, kiedy zapytali mnie, czy znam Andrew Bulstrode'a, bo wyobraziłem sobie, że odgrywamy swoje role na małym ekranie. Wyczuwałem też, że oni myślą to samo i że wręcz nauczyli się odpowiedniego zachowania na serialach Nowojorscy gliniarze oraz Prawo i porządek.
Wyjaśniłem, że Bulstrode był moim klientem, oni zaś zapytali, kiedy widziałem się z nim ostatni raz, na co odparłem, że nasze pierwsze spotkanie było zarazem spotkaniem jedynym. Potem zapytali, czy może wiem, z jakiego powodu ktoś chciałby mu zrobić krzywdę. Odpowiedziałem, że nie wiem, ale zastrzegłem, że nie znam go aż tak dobrze, i zapytałem, dlaczego przesłuchują w tej sprawie akurat mnie. Odrzekli, że w jego pokoju hotelowym, który Uniwersytet Columbia wynajmował mu na Broadwayu, znaleźli umowę. Zapytałem z kolei, czy już mu się coś stało. Odpowiedzieli, że w niedzielę wieczorem ktoś złożył mu wizytę w hotelu, przywiązał go do krzesła i torturował tak długo, aż zamęczył na śmierć. Spytali jeszcze, co robiłem w niedzielę w nocy, a ja powiedziałem im o Ingrid.
Zamęczony na śmierć. Nie zdradzili mi żadnych szczegółów, a ja się więcej nie dopytywałem. Pamiętam, że byłem zaszokowany, ale co dziwne – niezbyt zaskoczony. Nie powiedziałem policjantom o kopercie, którą mi zostawił, bo uznałem, że nic im do tego, przynajmniej dopóki ja sam nie przestudiuję rękopisu.
List Bracegirdle'a (3)
Zaczęliśmy przeto i odkryłem, że mam głowę do tych rzeczy ~ liczby trzymały się jej tak mocno, jak łacina nigdy jej się utrzymać nie mogła. Nauczyłem się, ile jest dwakroć dwa, dwakroć trzy i aż do szesnaście po szesnastokroć, i on objaśniał, a ja wbijałem sobie do głowy, jak rachować, używając tylko ołówka i kawałka papieru. I także było dzielenie, na przykład jeśli ktoś chce spakować 2300 dzbanków po 12 w skrzynce, ile musi zrobić skrzynek i ile zostanie w ostatniej – wszystko obliczone bez liczydeł. Dał mi poza tym książkę, która była dla mnie cudem, „DISME albo Sztuka dziesiątek” pióra Holendra Simona Stevina, i choć trudno Ci będzie pojąć, Nan, to jednak Ci powiem, że Disme jest rodzajem arytmetyki składającej się ze znaków i cyfr, za pomocą których pewien numer jest opisany i dzięki którym także wszelkie obrachunki, jakie towarzyszą ludzkim sprawom, są podane w całkowitych liczbach bez ułamków. Kiedy wykazałem, że jestem w tym mistrzem, pozwolił mi zajrzeć do swojego Euklida, świeżo zangielszczonego przez Hillingsleya, burmistrza Londynu. Którą to księgę pożerałem jak wygłodzony albo jak ktoś, kto nagle się uwolnił z żelaznych oków. Kromie tego nauczył mnie sztuki posługiwania się kwadrantem i innymi filozoficznymi wynalazkami, których, jak mniemam, nigdy dotąd nie widziano na Fish Street, i nauczył mnie kreślić w skali mapy na podstawie pomiarów robionych kwadrantem i łańcuchem mierniczym, a także elementów obliczeń astronomicznych, takich jak szerokość geograficzna według słońca i rozmaitych gwiazd, mnie, który gdy zaczynałem, to klnę się, nie odróżniałem szerokości geograficznej od sera. A zatem wielka to była rzecz dla mnie, którego miano za osła w szkole.
„Wszystko to wydarzyło się, gdym liczył dwanaście roków, ale mój ojciec, widząc to, zarzucił nam, że się lenimy, i powiedział: Nie dość, żeś sam próżniak,
ale jeszcze do próżniactwa mojego rachmistrza nakłaniasz? Ale pan Wenke zachował się jak mężczyzna i powiedział: Sir, ten tu wasz syn jest tak biegły w matematyce, że drugiego takiego nie znam, w parę miesięcy nauczył się prawie wszystkiego, czego sam mogłem go nauczyć, i w krótkim czasie mnie prześcignie. A on, to jest mój ojciec, odrzekł: A jak ta matematyka sprzeda mi więcej żelaza? A pan Wenke na to: To, czegom nauczył tego chłopca, przyśpieszy wielce rachowanie, a do mnie rzekł: Pokaż ojcu swemu swoje arytmetyczne talenty.
Wziąłem przeto ołówek i kawałek papieru z kasy i chcąc się popisać, pomnożyłem dwie siedmiocyfrowe liczby przez siebie. Ojciec spojrzał i rzekł: Ba, to tylko zwykłe bazgroły. Ne, sir, powiedział pan Wenke, obliczył to dobrze. A ojciec zapytał: Skąd pan to wiesz? Bo zajęłoby to godzinę albo i więcej obliczyć to na liczydłach. A więc każdy obstawał przy swoim, u ojca tkwiło ponadto w głowie, że było w tej metodzie coś papistycznego, skoro przyszła ona być może z Italii albo innych krain pozostających pod wpływami tej wszetecznicy Romy.
Nazajutrz zarządził, że nie będę się więcej uczył od pana Wenke, a zamiast tego zostanę odlewnikiem. Zobaczymy czy będziesz sobie tak samo radził z surówką, jak sobie radzisz z gotówką, powiedział i zaśmiewał się ze swojego żartu. Tak więc wśród łez mojej drogiej matki, i ja też płakałem gorzko, odesłano mnie do moich kuzynów Bracegirdle'ów do Titchfield. Tego wieczoru, kiedy wyjeżdżałem, pan Wenke odszukał mnie i wcisnął mi ukradkiem dziesięć pierwszych książek Euklida, mówiąc, że on sam zna je na pamięć: Mogę kupić u Paula, jeśli zajdzie potrzeba, a ty zrób z nich dobry użytek. Opuściłem przeto dom rodzinny.
U moich kuzynów w Titchfield było zgoła inaczej niż w domu rachunkowym przy Fish Street, bo odlewanie żelaza tak się różni od sprzedawania wyrobów jak zarzynanie wołów od podawania na stół pasztetu; chcę przez to powiedzieć, że praca jest brudna, znojna i okrutna.
7i
Mój kuzyn Matthew, tamtejszy majster, był twardy jak materiał, w którym pracował. Patrząc na mnie z góry, bo jest wielki jak niedźwiedź, powiedział: Jaka z ciebie mizerota, ale my cię tu zahartujemy albo zabijemy, nim rok upłynie, zobaczymy, co będzie, zaśmiał się. Ale choć harowałem jak niewolnik i spałem jak suseł na słomie z innymi czeladnikami, to jeszcze nie było najgorsze w moim nowym losie, bo byłem dobrze wychowany nigdy nie przeklinałem w domu i wżdy posłuszny ani też nie obracałem się między grzesznikami zgoła. Ale teraz zdało mi się, że jestem wśród samych diabłów. Mój majster, choć wyznawał prawdziwą wiarę, był strasznym hipokrytą, bardzo trzeźwym w kościele przy niedzieli, ale kiedy indziej hulaką i awanturnikiem, rozbijał się w miasteczku i pił i bił żonę i sługi i karmił nas czeladników, podle w naszej psiarni. A sami czeladnicy klnę się na Boga, byli jak dzikie bestie, bili się bez przerwy i kradli i pili, kiedy udało im się zwędzić piwsko. Rzucili się na mnie od samego początku jak kruki na ścierwo z powodu moich manier i tego, że byłem krewnym majstra, i uprzykrzali mi życie, co znosiłem, jak mogłem, płacząc tylko po kryjomu i modląc się o to, abym został uwolniony, albo przez śmierć, albo inne zmiłowanie, wszystko mi było jedno. Ale niedawno jeden z nich, nazwiskiem Jack Carey, głośny i gburowaty, wypatrzył mojego Euklida, wyrwał mi go z ręki i wyszydził mnie, żem uczony gryzipiórek, i zamachnął się, żeby wrzucić książkę w ogień, na com skoczył jak sam diabeł, schwyciłem pręt i wyrżnąłem go w łeb, tak że wypuścił książkę i padł bez ducha, i trzech musiało mnie trzymać albo zrobiłbym mu większą krzywdę lubo nawet go zamordował, tak mnie gniew zaślepił, co niech mi Bóg wybaczy. Ale od tej pory łacniej mi było żyć pośród nich.