4
Płacz trwał mniej więcej pięć minut i skończył się serią głębokich, urywanych szlochów. Crosetti kilka razy zapytał Carolyn, co się stało, ale nie otrzymał odpowiedzi; kiedy tylko spazmy zamarły, odsunęła się od niego i zniknęła za łazienkowym przepierzeniem. Usłyszał szum wody, odgłos kroków, rozkoszne szelesty, jakie towarzyszą rozbieraniu. Wkłada coś wygodniejszego, pomyślał z niezwykłym dla siebie pełnym napięcia oczekiwaniem.
Kiedy jednak wyszła, stwierdził, że ma na sobie szary kombinezon mechanika, włosy związała ciasno niebieską przepaską, a twarz wyszorowała tak, że zniknął nawet ten lekki cień makijażu, jaki nakładała na co dzień. Nie pozostał też żaden ślad niedawnego wybuchu. Wyglądała jak więźniarka albo zakonnica.
– Już lepiej? – zapytał, gdy przechodziła obok niego.
Nie odpowiedziała. W milczeniu zaczęła przekładać ręczniki w wilgotnych księgach. Podszedł do niej i pomógł wyciągać namokły papier z trzeciego tomu. Po dłuższej chwili zagadnął:
– No i co powiesz?
Znów żadnej odpowiedzi.
– Carolyn?
– Co?
– Może porozmawiamy o tym, co się stało?
– To znaczy?
– To znaczy o tym ataku histerii.
– Nie nazwałabym tego atakiem histerii. Kiedy wypiję, zawsze chce mi się trochę płakać.
– Trochę?
Popatrzył jej w oczy, a ona odwzajemniła spojrzenie. Oprócz lekkiego zaczerwienienia powiek nic nie wskazywało, że choćby na chwilę przestała być opanowaną Carolyn Rolly.
– Przepraszam za kłopot. I naprawdę wolałabym o tej sprawie nie rozmawiać – powiedziała spokojnie, po czym wróciła do pracy.
Musiał się tym zadowolić. Najwyraźniej nie było sposobu, by przekroczyć barierę intymności: żadnego dzielenia się mrocznymi tajemnicami, żadnego fizycznego kontaktu. Pracowali w milczeniu. Crosetti sprzątnął skąpe resztki kolacji i zużyte ręczniki papierowe. Rolly siedziała na stołku i posługując się swoim średniowiecznym zestawem narzędzi, dokonywała tajemniczych operacji na zniszczonych książkach.
Nie wiedząc, co robić, Crosetti wrócił do prawie już suchego rękopisu. Rozłożył kartki na kuchennym blacie i na stoliku, wziął lupę ze stołu Rolly i na chybił trafił zaczął oglądać stronice. Niektóre litery były łatwe do rozpoznania samogłoski przypominały współczesne, a krótkie znajome słowa, jak ten czy do, dawały się bez trudu odczytać. Ale odcyfrowanie całości było całkiem inną sprawą. Wiele słów wyglądało na zwykłe esy floresy, było też sporo niemożliwych do rozpoznania liter, które czyniły nieczytelnym ponad połowę tekstu. Poza tym kilkanaście stron robiło wrażenie napisanych w jakimś obcym języku, ale Crosetti nie był pewien, czy nie jest to tylko kwestia ortografii. Czy rzeczywiście widział słowo hrtxd? Albo yfdpg?
Postanowił zignorować tekst i skoncentrować się na jakości i rodzaju samego papieru. Wszystkie czterdzieści osiem kart miało format folio i można je było podzielić na trzy rodzaje. Do pierwszego należało osiemnaście kart dobrego
gatunkowo, cienkiego papieru, zapisanych gęsto i równo, lecz z wieloma skreślonymi słowami i całymi wierszami, przy czym skreślenia były głębokie, poziome i pionowe. Druga część składała się z dwudziestu sześciu arkuszy grubszego papieru, zapisanych po obu stronach; tu pismo było większe i bardziej niechlujne, upstrzone gęsto kleksami. Mimo to można było rozpoznać przynajmniej tak oceniało to niedoświadczone oko Crosettiego że wyszło spod tej samej ręki co pierwszych osiemnaście stronic. Każda kartka tej drugiej grupy była równo podziurkowana wzdłuż boku, jakby została wyrwana z jakiejś książki. Inną osobliwością tego zestawu było to, że tekst został najwyraźniej nadpisany na wyblakłych sepiowych kolumnach cyfr. Crosettiemu przyszło do głowy słowo „palimpsest”, dostarczając mu mglistej satysfakcji, choć zdawał sobie sprawę, że nie jest to przykład prawdziwego palimpsestu, tylko raczej arkusze pergaminu, z których zeskrobano pierwotny tekst, aby zastąpić go nowym. Nie ulegało jednak wątpliwości, że tych kilkanaście kartek wykorzystywano wielokrotnie. Pozostałe cztery miały naniesione ołówkiem poprawki, papier wyraźnie różnił się gatunkowo i był zapisany inną ręką. Crosetti obejrzał pojedyncze kartki z każdej grupy pod światło i jego przypuszczenie się potwierdziło: występowały na nich trzy różne znaki wodne. Na osiemnastu kartach dobrego gatunkowo papieru była trąbka pocztyliona oraz litery „A” i „M”, na dwudziestu sześciu dziurkowanych jakiś herb, a na ostatnich czterech korona.
W jaki jednak sposób cały ten komplet posłużył w połowie XVIII wieku jako wyściółka do okładek Churchilla? Crosetti próbował sobie wyobrazić sztukę oprawy książek w tamtych czasach. Na stole introligatora leżała pewnie bela papieru, a sam stół prawdopodobnie nie różnił się zasadniczo od tego, na którym pracowała teraz Rolly; jej smukła, bezbronna szyja jaśniała w świetle przegubowej lampy, kontrastując z ciemną materią szala. Stół, w odróżnieniu od pokrytych okleiną palet, musiał być z mocnego angielskiego dębu, pokiereszowanego i poplamionego. Siedzący przy stole introligator sięgał do ryzy, wyciągał z niej kolejne arkusze, okrawał je ostrym nożem, przykładając stalowy liniał, i układał starannie na blacie.
Pewnie czysty przypadek zrządził, że w tym egzemplarzu Podróży znalazło się tak dużo kartek, które wyszły spod jednej ręki, pomyślał Crosetti. Ale po zastanowieniu uznał, że jednak nie. Wyobraził sobie wdowę lub spadkobierców, którzy
postanawiają zrobić porządek z papierami po zmarłym właśnie starcu. Układają to w tobołkach na progu i posyłają najmłodszego chłopca, żeby sprowadził handlarza starym papierem; ten przychodzi, proponuje cenę i wszystko zabiera. No, teraz te stare zakurzone papierzyska znalazły się we właściwym miejscu, mówi żona jednego ze spadkobierców. Handlarz zaś wrzuca stertę papieru do swojej skrzyni i wkrótce dostaje zamówienie z londyńskiej introligatorni, od stałego klienta, powiedzmy, na belę makulatury. A ponieważ stronice z poprawkami naniesionymi ołówkiem nie zostały napisane tą samą ręką, można wysnuć wniosek, że introligator przypadkowo dołączył do papierów sprzedanych przez schludną spadkobierczynię jakiś leżący luzem rękopis z korektą autorską. Tak właśnie mogło się stać, spekuluje Crosetti i ta myśl napełnia go radością: on nie pragnie miscellaneów, tylko odkrycia. Choć na razie wpatrywanie się przez lupę i opór czarnobrązowych zakrętasów, które nie chcą ujawnić swego znaczenia, przyprawiają go tylko o ból głowy.