Выбрать главу

Była to istotnie męczarnia. Jak to ujęto w przedmowie do D i K-S: „Gotycka kursywa, od XV do XVII wieku w Anglii i w całej Europie, należy do najtrudniejszych do odczytania ze wszystkich rodzajów pisma badanych przez paleografów”. Crosetti dowiedział się, że współcześni Elżbiety i Jakuba I nie uwzględniali różnicy między niu, uiv oraz i ij, nie stawiali też kropek nad i. S występowało w dwóch różnych postaciach, a r w czterech, dziwne łączniki wiązały też h, s i t z innymi literami, zniekształcając je. Interpunkcja i ortografia traktowane były swobodnie, a dla oszczędzenia drogiego pergaminu stosowano dziesiątki niezrozumiałych skrótów, które pozostały w powszechnym użyciu nawet wtedy, gdy pojawił się papier. Mimo to Crosetti z wielką determinacją wziął się do ćwiczeń zamieszczonych w podręczniku, zaczynając od tekstu sir Nicholasa Bacona z 1559 roku. Zanim doszedł do trzeciego wiersza, konfrontując prawie każde słowo ze słowniczkiem, było już dobrze po północy. Rolly wciąż pracowała i pomyślał, że gdyby pozwolił choć na chwilę odpocząć oczom i wyprostował grzbiet, nabrałby sił. Zdjął buty i położył się na brzegu palety.

Nagle zaświdrował mu w uszach dziwny terkot. Usiadł z głośnym przekleństwem i zaczął grzebać w pościeli, aż znalazł źródło hałasu staroświecki budzik z rodzaju tych, jakie widuje się w kreskówkach, z podwójnym dzwonkiem, przyciskiem od góry i okrągłą białą tarczą. Carolyn okleiła dzwonki taśmą, tak że nawet gdy dzwonił, i tak jej nie budził – typowe prowizoryczne rozwiązanie. Crosetti wyłączył go i zauważył, że do budzika przyczepiona jest wstążką karteczka:

Twoja kolej; odwaliłam dwie ostatnie zmiany.

Było to wypisane czarnym atramentem, wytworną kursywą, na kawałku grubego, starego papieru. Nagła złość Crosettiego natychmiast wyparowała. Przyjrzał się z uwagą oddychającej głęboko postaci leżącej obok niego w łóżku. Zobaczył burzę włosów na poduszce, ucho, wypukłość pokrytego meszkiem policzka. Ostrożnie się nad nią nachylił i przysunął do niej twarz. Wziął głęboki wdech i poczuł zapach mydła, jakiś szampon, nutę kleju i starej skóry, a pod tym wszystkim coś bardziej osobistego: eau de filie. Crosettiemu nieobce były uroki kobiet;

specjalizował się raczej w tych dziewczynach, które wolały miłych chłopców, niż w tych (liczniejszych, jak wynikało z jego doświadczeń), które preferowały inny typ mężczyzn. Nie był też nawet pewien, czy jakoś szczególnie podoba mu się ta właśnie kobieta. Nie, tak naprawdę był przekonany, że nie, a jednocześnie pomyślał, że nigdy w życiu nic go tak nie pobudziło erotycznie jak to absurdalne obwąchiwanie twarzy Carolyn Rolly.

Reakcja niepojęta, ale musiał się z nią pogodzić. Zajrzał pod kołdrę i stwierdził, że dziewczyna ma na sobie czarny podkoszulek. Dostrzegał małe, napinające materiał wypukłości kręgosłupa. Poniżej niewyraźna biel. Nie mógł się opanować: wyciągnął rękę i dotknął jej. Kiedy musnął biodro grzbietem dłoni i poczuł napiętą gładką tkaninę, przez ramię przebiegł mu impuls podobny do elektrycznego. Carolyn poruszyła się i coś wymamrotała.

Błyskawicznie wyskoczył z łóżka i stał przez chwilę, czując dziwne skurcze; nogi mu się trzęsły (czy to możliwe?), penis nabrzmiał. Jasna cholera, powtórzył w myślach kilka razy, a potem: Nie, to nieprawda. Pomaszerował do zlewu i zwilżył twarz zimną wodą. Żałował, że nie może wziąć prysznica; nie było tu też wanny. W jego wyobraźni pojawiła się nagle wizja lokatorki poddasza stojącej nago na ręczniku i obmywającej ciało ciepłą gąbką. Siłą woli wyparł ten obraz ze świadomości i zaczął zmieniać ręczniki w książkach.

Wreszcie stwierdził, że ma kilka godzin do zabicia przed następną zmianą, zaplanowaną na piątą rano. Przez chwilę rozważał, czy nie poszperać w rzeczach Rolly, nie przejrzeć jej bielizny, lekarstw, papierów. Pozwolił tym wyobrażeniom rozgrywać się przez chwilę na ekranie wewnętrznego telewizora, po czym odrzucił pomysł. Nie chodziło o to, by zagłębiać się jeszcze bardziej w tę atmosferę niesamowitości, w tajemnice, które dopiero mógł odkryć, lecz o to, by zakończyć to idiotyczne przedsięwzięcie i uciec. Tak dojrzały Crosetti pouczał Szalonego Ala, który marzył o tym, by dać z powrotem nura pod kołdrę i ściągnąć Carolyn Rolly majtki, przynajmniej na tyle, aby udało się dopiąć swego.

Zamiast tego jednak przeszukał kuchnię i znalazł w szafce (zmajstrowanej z wszechobecnych palet) paczkę herbatników i puszkę orzechowej kawy rozpuszczalnej. Widywał taką na stoiskach w supermarkecie i zawsze się zastanawiał, kto kupuje to paskudztwo. Teraz już wiedział. Zagotował wodę w rondelku, rozpuścił

kawę i wypił wstrętną ciecz, gdyż potrzebował kofeiny. Zjadł też wszystkie ciasteczka: były zwietrzałe i przypominały w smaku gips. Sądząc po zawartości spiżarni, Rolly zdecydowanie wolała polować na żywe ofiary.

Z żołądkiem zapchanym kawą i słodką przekąską Crosetti nastawił budzik na piątą i znów zaczął przyglądać się starym papierom. Wystarczyło niespełna pół godziny, aby doszedł do wniosku, że albo zwariował, albo osiemnaście kartek z trąbką pocztyliona było zapisanych w jakimś nieznanym mu języku lub jakimś kodem… nie, nie kodem, szyfrem. No, no, to mogło być interesujące. Cztery karty z koroną, zapisane innym, bardziej czytelnym pismem, wyglądały na jakąś religijną tyradę:

Ludzkie łzy padają na ziemię, ale łzy boskie zbierają siew bukłaku. Nie sądźcie, że te święte łzy są daremne. Albo grzech w nich utonie, albo dusza spłonie w ogniu piekielnym.

Zastanowił się, jakimi łzami płakała Rolly, i odłożył te stronice na bok. Bardziej interesowało go dwadzieścia sześć z herbami, zapisanych identycznym charakterem jak te wykaligrafowane w dziwnym języku. W ciągu paru minut jego ciekawość została nagrodzona odkryciem, że jest to jednak angielski. Wychwytywał znajome krótkie słowa – od, i, jest oraz podobne i po chwili odnalazł początek manuskryptu, a przynajmniej takie odniósł wrażenie. W górnym prawym rogu widniała nad tekstem data, 25 oktobra A.D. 1642 i nazwa miejscowości, Baubnmy. Nie, to nie mogło być tak, może to jednak walijski albo… znów przyjrzał się uważnie tekstowi i nagle coś zaskoczyło: zrozumiał, że chodzi o Banbury. Poczuł dziwny dreszczyk, bliski temu przyjemnemu doznaniu, jakie odczuwał, gdy dobrze szedł mu montaż filmu i z surowego materiału wyłaniał się stopniowo sens. Był to, jak szybko odkrył, list człowieka nazwiskiem Richard Bracegirdle do żony Nan, i to nie zwykły list, tylko pożegnalny, i… Crosetti wiedział, że istnieje słowo na określenie tego rodzaju epistoły, ale nie mógł go sobie przypomnieć. Bracegirdle został prawdopodobnie śmiertelnie ranny w walce, choć na razie nie sposób było się zorientować, o jaką bitwę chodziło, kto walczył z kim i w jakiej wojnie. Jak wielu Amerykanów Crosetti miał bardzo ogólne pojęcie o historii Europy. Co się działo

w 1642 roku? Sprawdziłby to natychmiast, tyle że komputer z dostępem do szerokopasmowego Internetu był kolejną rzeczą, jakiej Rolly nie miała. Skończył czytać pierwszą stronę i sięgnął po następną; widniał na niej podpis, najwyraźniej więc musiała zamykać list. Mimo to zaczął ją czytać, bo strony nie były ponumerowane i nie dało się ich uporządkować bez uprzedniego przeczytania. A więc brnął przez tekst, linijka po linijce, z coraz większą łatwością rozszyfrowując pismo Bracegirdle'a. I w końcu nadeszła chwila, gdy uprzytomnił sobie, że czyta tekst coraz swobodniej i że dawno poległy żołnierz jest dla niego tak samo żywy jak pierwszy lepszy korespondent z czatu. Podniecenie rosło, odczuł z intensywnością szoku cały romantyzm, jaki towarzyszy paleografowi dokonującemu wielkiego odkrycia. Nikt inny tego nie wie! Żadna istota ludzka nie czytała tego od ponad trzystu pięćdziesięciu lat, być może w ogóle nie czytał tego nikt oprócz Bracegirdle'a i jego żony. Miał wrażenie, że patrzy przez okno wielkiego apartamentowca i podpatruje intymne życie obcych ludzi.