– Niestety, nie mam śmietanki. Ani mleka.
– Nie szkodzi powiedział. Przepraszam, że cię wystraszyłem, kiedy zadzwonił budzik. Wyglądałaś, jakbyś chciała wyskoczyć ze skóry.
Puste spojrzenie, lekkie wzruszenie ramion. Otworzyła jeden z tomów Podróży i pomacała papier.
– Ta już jest dobra. Prawie sucha.
– A co zrobisz z tymi zmarszczkami?
– Wyprasuję albo podgrzeję. Ten gatunek papieru ze szmat jest jak materiał. Jeśli będzie trzeba, wyprasuję brzegi kartka po kartce, a potem przytnę i pozłocę od nowa. Odwróciła się do niego z uśmiechem. Dziękuję za pomoc. Przepraszam, że byłam niemiła. Nie jestem zbyt towarzyska.
– Przespałaś się ze mną na pierwszej randce. Nazwałbym to bardzo towarzyskim gestem – powiedział i natychmiast tego pożałował, bo uśmiech zniknął z jej twarzy, a w jego miejsce pojawiła się czujność, której towarzyszyło wymowne parsknięcie.
W charakterystyczny dla siebie sposób zignorowała jego niefortunny żart, obwieszczając, jakie ma na ten dzień plany. Musiała wyjść, kupić skórę na okładki i załatwić odtworzenie wzorzystych wyklejek; w Nowym Jorku istniały specjalne pracownie, które zajmowały się takimi rzeczami.
– Chcesz, żebym poszedł z tobą? – zapytał, kiedy skończyła.
– Myślę, że nie musisz. To bardzo męczące. I mnóstwo łażenia.
– Lubię łazić.
– Nie, dziękuję. Muszę to zrobić sama. I chciałabym wyjść już teraz.
– Wyrzucasz mnie?
– Nie nazwałabym tego w ten sposób. Jestem pewna, że masz różne sprawy do załatwienia…
– Nic bardziej pilnego niż włóczenie się za tobą, dźwiganie paczek i nadzieja na choćby mały uśmiech.
To było celne. Należało kuć żelazo, póki gorące.
– Nie jesteś ciekawa, co jest w tych rękopisach, które znaleźliśmy w oprawie?
– Co mianowicie?
– No cóż, przede wszystkim napisał to człowiek, który znał Williama Szekspira.
Zrobiło to na niej wrażenie, choć reakcja nie była dokładnie taka, jakiej by sobie życzył: po prostu Carolyn otworzyła szeroko oczy i przewróciła nimi z niedowierzaniem.
– Wydaje mi się to mało prawdopodobne.
– Chodź, to ci pokażę powiedział i zaprowadził ją do stolika, gdzie leżał stos kartek. Wskazał jej kluczowe partie tekstu i wyjaśnił, że część jest zaszyfrowana. Przyjrzała się tekstowi przez szkło powiększające, bez pośpiechu. Usiadł obok niej i chłonął zapach jej włosów. Nie pocałował jej w kark, choć musiał zaciskać zęby, żeby się powstrzymać.
– Nie widzę tu nic takiego. Shakespeare było dość pospolitym nazwiskiem w pewnych regionach Anglii i mogło przybrać formę Shawford albo Sharpspur, ale nie Shaxpure.
– Ach, daj spokój! – zawołał. – Sharpspur, który pisał sztuki? Dla króla? I który był podejrzany o papizm i na tyle ważny, żeby zajęły się nim tajne służby?
– Szekspir był papistą.
– Mógł być. Widziałem na PBS program, w którym mówili, że według wszelkiego prawdopodobieństwa krył się z tym, a przynajmniej został wychowany jako katolik.
– Aha. A więc na podstawie… jak długiego?… dwugodzinnego obcowania z tekstem z epoki Jakuba I i jego interpretacji oraz jednego programu telewizyjnego twierdzisz, że dokonałeś wielkiego odkrycia w dziedzinie literatury?
– A zaszyfrowane listy?
– To prawdopodobnie niderlandzki.
– Pieprzyć niderlandzki! To jest szyfr.
– Ach, więc jesteś też ekspertem od szyfrów? Z czasów Jakuba I?
– No dobra! Jedną z najlepszych przyjaciółek mojej matki jest Fanny Dubrowicz, szefowa działu manuskryptów i archiwaliów w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Pokażę jej to.
Mówiąc to, zauważył, że Rolly zaczerpnęła raptownie powietrza, a twarz w okolicach nozdrzy lekko jej pobielała, co wskazywało… no właśnie, na co? Czyżby coś knuła? Dostrzegł podobną reakcję już wcześniej, kiedy przyłapał ją na przekręcie z książkami; teraz znów to samo.
Wzruszyła ramionami.
– Rób sobie, co chcesz, ale to raczej niemożliwe, żebyś znalazł światowej klasy eksperta od pisma z epoki Jakuba I w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Dziewięćdziesiąt procent ich zbiorów to materiały amerykańskie, głównie rękopisy amerykańskich pisarzy i dokumenty prominentnych rodów.
– Wygląda na to, że wiesz wszystko, Carolyn… Pewnie ja jestem po prostu wielkim dupkiem, który teraz… – zaczął ostentacyjnie zbierać kartki rękopisu – przestanie ci truć głowę i zaniesie swoje nędzne znalezisko do swojego kiepskiego eksperta, ten zaś stwierdzi z pewnością, że jest to list jakiegoś siedemnastowiecznego nieboraka skarżącego się na podagrę.
Podszedł do jej warsztatu, wziął papier, w który poprzedniego dnia owinięte były Podróże, i zaczął pakować rękopisy. Jego gwałtowne, niezdarne ruchy zdradzały irytację.
– Ach, nie… – powiedziała za jego plecami nienaturalnie wysokim głosem. -
Przepraszam cię, naprawdę nie umiem się zachować. Tak strasznie się podnieciłeś tym manuskryptem, że po prostu…
Odwrócił się w jej stronę. Usta Carolyn wykrzywiły się w zabawny sposób na kształt odwróconej litery „U”, dziwnie przypominając te nieczytelne i tak bardzo mylące zakrętasy w starym rękopisie. Wyglądało to na kolejny atak płaczu. Ale Rolly ciągnęła tym samym zdławionym głosem:
– Z nikim się nie widuję. To nie jest życie. Od lat jedyną osobą, z jaką rozmawiam, jest Sidney, a on chce być dla mnie tylko mentorem, to znaczy głównie mnie obmacuje…
– Sidney cię obmacuje?
– Ach, jest nieszkodliwy, choć sam uważa się za wielkiego uwodziciela. Zabiera mnie na drogie lunche i ściska pod stołem za kolano, a czasem w księgarni po udanej transakcji łapie mnie za tyłek i trzyma trochę za długo albo całuje niby to po ojcowsku w usta. To ostatni facet w Nowym Jorku, który nie używa żadnego odświeżacza oddechu. Taka jest skala mojego kurewstwa. Potrzebuję pracy i muszę jeść. Jesteś jedynym człowiekiem, któremu to mówię. Co ty wiesz o moim życiu! Nie mam przyjaciół, pieniędzy, własnego kąta…
– Przecież mieszkasz tutaj.
– Nielegalnie, jak się domyśliłeś. W tym budynku nie wolno mieszkać.
Kiedyś trzymali tu DDT i dom jest kompletnie skażony. Właściciel myśli, że tylko tu pracuję. On też lubi mnie obmacywać. Jesteś pierwszą osobą w moim wieku, która mnie odwiedziła od… od lat.
I która także marzy, żeby cię obmacać, pomyślał Crosetti, ale powiedział tylko:
– Boże, jakie to smutne…
– Tak, to naprawdę żałosne. Zachowałeś się przyzwoicie, a ja potraktowałam cię jak śmiecia. To typowe! Gdybyś był draniem, pewnie pełzałabym u twoich stóp.
– Mogę spróbować być draniem, Carolyn, i napisać podanie do Słynnej Szkoły Sukinsynów z prośbą o przyjęcie na kurs.
Spojrzała na niego i w końcu się roześmiała. Był to szczekliwy dźwięk, urywany, podobny do łkania.
– Ale teraz mnie nienawidzisz, co?
– Wcale nie – powiedział Crosetti, starając się, aby zabrzmiało to jak najszczerzej.
Ciekawiło go, dlaczego tak się izolowała. Nie była otyła, miała zgrabną figurę, wyglądała całkiem nieźle, „odznaczała się”, jak zauważyła jego matka. Nie istniał żaden powód, dla którego ktoś taki jak ona miałby się kryć w tym wielkim mieście. I choć nie była klasyczną pięknością, uważał ją za… jak to się mówi? Za ponętną kobietę. Kiedy miała opanowaną twarz, jak teraz, kiedy się nie krzywiła ani nie było na niej przerażającej pustki.