Выбрать главу

Tu zapytałem ich, czemu nie posłużą się metodą trójkątów i sinusów, i tu zdumieli się, bo nigdy o czymś takim nie słyszeli. Nakreśliłem im przeto mały rysunek, pokazując, jak posługiwać się kwadrantem, węgielnicą, przymiarem jardowym, żeby określić odległość od jednego punktu do drugiego, bardzo odległego. Musieli zobaczyć i wypróbować tę metodę bez zwłoki, więc przygotowałem wszystko i spróbowałem określić odległość do dalekiego drzewa i potem zmierzyliśmy ją krokami i byli bardzo ukontentowani tym, jak się to zgadzało z moimi obliczeniami. Potem Thomas Keane, człek wielkiego serca, poklepał mnie po ramieniu, mówiąc: Chłopcze, zrobię z ciebie prawdziwego kanoniera. Jeśli cię zmęczy odlewanie harmat, możesz iść ze mną jako pomocnik ogniomistrza, matrosse, na wojnę i i strzelać do Ispanów, bo matrosse jest wielką pomocą dla ogniomistrza. Ja zaś podziękowałem mu grzecznie, ale powiedziałem, że na razie nie myślę o wojnie – oto jak nieznane są nam zamiary i dzieła Pańskie.

5

Kiedy dwaj detektywi wyszli, nie pognałem natychmiast z powrotem do pracy. Dokończyłem rutynowe ćwiczenia na siłowni, potem wziąłem prysznic i parówkę. Jadąc samochodem, nie wdałem się w ożywioną rozmowę z Omarem. Mój kierowca niemal obsesyjnie przeżywa nasze zaangażowanie w Iraku i w ogóle martwią go stosunki między jego przybraną ojczyzną a światem islamskim. Po Jedenastym Września nie doświadczył w tym mieście niczego przyjemnego. Tego konkretnego poranka, gdy radio wyszemrało już jak zwykle złe wiadomości i Omar wygłosił stosowny komentarz, jedyną potwornością, jaka zaprzątała mi głowę, był ponury los mojego ostatniego klienta, Bulstrode'a. Czy to możliwe, że znalazł dokument, który mógł zaprowadzić do bezcennego manuskryptu? I czy zabito go dlatego, że chciano się dowiedzieć, gdzie rzeczony dokument się znajduje? Przyszła mi do głowy jeszcze mniej przyjemna myśclass="underline" tortury oznaczały, że komuś bardzo zależało na wydobyciu od niego informacji, a jakiej informacji mógł im udzielić oprócz podania nazwiska osoby, której powierzył swój rękopis, czyli mojego? Nie znałem właściwie tego człowieka, ale ani przez chwilę nie zakładałem, że poddany torturom byłby w stanie wytrzymać i nie zdradzić miejsca, w którym znajduje się gruba koperta.

I znów, tak jak przy rozmowie z gliniarzami, mam poczucie nierealności, jakbym wchodził w formy wytworzone przez literacką fikcję. Wkrótce po skończeniu studiów, kiedy trwał jeszcze nabór do wojska, nie będąc typem buntownika, poddałem się temu, co nieuniknione, i stawiłem na ochotnika (jak sądzę, jeden jedyny z całego roku) przed komisją poborową. Przydzielili mnie do oddziału medycznego, nie do piechoty, i wylądowałem w 12 Szpitalu Ewakuacyjnym w Cu Chi w Wietnamie Południowym. W przeciwieństwie do mojego dziadka esesmana byłem absolutnie niewyróżniającym się żołnierzem – jak to się wówczas mówiło, dekownikiem albo cykorem – ale udało mi się zobaczyć spektakularny wybuch składu amunicji trafionego rakietą nieprzyjaciela i do dziś pamiętam, że świadkowie, aby jakoś „uprawomocnić” to przeżycie, wciąż powtarzali: „To było całkiem jak w filmie”. Tak więc, choć życie jest na ogół mało porywające, kiedy znajdziemy się w sytuacji z rodzaju tych, jakie uwielbiają autorzy thrillerów, nie potrafimy jej autentycznie przeżyć, bo nasza wyobraźnia została całkowicie opanowana przez stereotypy z literatury popularnej. I efektem jest coś na kształt tępego oszołomienia, poczucie, że cokolwiek to było, nie mogło się zdarzyć naprawdę. Myślimy dokładnie tak: To mi się nie może przydarzyć.

Po powrocie do pracy odczekałem, aż pani Maldonado odejdzie od biurka, i wziąłem z jej schowka klucz od sejfu. Wyjąłem kopertę Bulstrode'a i zabrałem ją do swojego gabinetu. Gdy oddawałem klucz, pani Maldonado spojrzała na mnie pytająco, ale nie miałem ochoty niczego wyjaśniać, a ona też się nie dopytywała. Powiedziałem jej, żeby mi nie przeszkadzano, i zamknąłem za sobą drzwi na klucz.

Nie jestem znawcą, lecz papiery z koperty sprawiały wrażenie naprawdę starych. Oczywiście podróbka tak właśnie powinna wyglądać, ale najwyraźniej ktoś był przekonany o ich wartości, skoro Bulstrode'a torturowano, aby ustalić miejsce ich przechowywania. W kopercie znajdowały się dwa oddzielne komplety papierów, oba najwyraźniej po angielsku, chociaż pismo, z wyjątkiem najkrótszych słów, nie było łatwe do odczytania. Jedna kartka była poznaczona czymś, co wyglądało na miękki ołówek.

Podarłem starą kopertę na kawałki, włożyłem papiery do nowej i odniosłem ją do banku. Potem przez resztę popołudnia pracowałem.

Następnego dnia, jak mówi mi mój notes, zjadłem lunch z Mickeyem Haasem. Spotykamy się, a raczej spotykaliśmy, na ogół raz w miesiącu; dzwoni przeważnie on i tak też było tym razem. Zasugerował „Sorrentino” w pobliżu mojego domu, a ja powiedziałem, że wyślę po niego Omara. Tak zwykle się dzieje, kiedy Mickey przyjeżdża na Manhattan. „Sorrentino” jest jedną z wielu identycznych, stylizowanych na włoskie restauracji, którymi upstrzone są boczne uliczki wschodniego Manhattanu i które żyją z tego, że serwują za odpowiednio słone ceny posiłki takim facetom jak ja. Każdy zamożniejszy mieszkaniec molocha, jakim jest biurowa strefa Manhattanu, ma swoje ulubione „Sorrentino”; bywalcy czują się tam jak u siebie, lecz są przy tym uwolnieni od domowego stresu. Wszystkie te przybytki pachną identycznie, we wszystkich funkcjonuje jakiś maitre, który zna człowieka i wie, jakie są jego ulubione potrawy i napoje. W każdym też w porze lunchu znajdą się co najmniej dwie interesujące kobiety, na których samotny klient w średnim wieku może zawiesić wzrok i poćwiczyć wyobraźnię.

Marco maitre, który dobrze mnie zna – posadził mnie jak zwykle przy stoliku w głębi po prawej i przyniósł mi, z własnej inicjatywy, butelkę swojego prywatnego rosso di montalcino, butelkę san pellegrino i talerz bruschette z anchois na przekąskę. Zdążyłem wypić mniej więcej pół kieliszka doskonałego wina, gdy do restauracji wkroczył Mickey. Z biegiem lat nabrał ciała, podobnie jak ja, choć obawiam się, że w jego wypadku jest to wyłącznie tkanka tłuszczowa. Podbródek ma podwójny, podczas gdy mój zachowuje pierwotną linię. Jego włosy, w odróżnieniu od moich, są jednak nadal gęste i kręcone, poza tym trzyma fason. Przypominam sobie, że kiedyś był nienaturalnie chudy, a może należałoby powiedzieć – wynędzniały. Skórę pod oczami ma jakby spękaną, oczy przekrwione i zmęczone. Nie ma tików, ale coś z nim jest nie tak. Znałem tego człowieka od lat i widziałem, że nie czuje się najlepiej.

Przywitaliśmy się, usiadł i nalał sobie wina. Połowę od razu wypił jednym haustem. Zapytałem, czy coś się stało. Popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. Stało? Właśnie zamordowano mojego kolegę, powiedział, i zapytał, czy naprawdę o tym nie słyszałem. Odpowiedziałem, że owszem.

Przeczytawszy ostatnie zdania, postanowiłem, że od tej chwili będę wplatał w tok opowiadania dialogi, jak to teraz bezkarnie robią dziennikarze, bo opisywanie

swoimi słowami tego, co mówią ludzie, to istna męka. Gość, który wynalazł pauzę czy cudzysłów, nie był głupi. Gdyby jeszcze zastrzegł sobie prawo wyłączności do niego! A zatem: