– Kiedy się o tym dowiedziałeś? – zapytałem.
– Zadzwoniła do mnie do Austin sekretarka odparł. Właśnie wygłosiłem referat na porannej sesji i miałem oczywiście wyłączoną komórkę, a kiedy tylko ją włączyłem, przyszła wiadomość od Karen. Wróciłem pierwszym samolotem. Opróżnił kieliszek i nalał sobie drugi. Mógłbyś mi załatwić porządnego drinka? Wpadnę przez to wszystko w alkoholizm.
Przywołałem Paula, naszego kelnera, przybiegł natychmiast. Mickey zamówił gimlet.
– Kiedy wróciłem, zastałem kompletny chaos. Na uniwersytecie wrzało, szef
mojego wydziału, ten dupek, sugerował, że to w pewnym sensie moja wina, bo
zaangażowałem kogoś o tak wątpliwej reputacji.
– A to prawda?
Mickey poczerwieniał.
– Rzecz w tym, że to był także jeden z największych szekspirologów w swoim pokoleniu. A jego jedyną zbrodnią było to, że dał się nabrać oszustowi, co mogło się przecież zdarzyć każdemu z tych, którzy go teraz oskarżają, z moim pieprzonym szefem włącznie. Znasz tę historię?
Zapewniłem go, że przestudiowałem cały dostępny materiał w sieci.
– Tak, pieprzona katastrofa. Ale nie to interesowało policję. Mieli czelność sugerować, że prowadził… jak oni to nazwali… nieuregulowany tryb życia. Przez co rozumieli, że był gejem i że ten fakt miał jakoby coś wspólnego z jego śmiercią.
Dopił swój gimlet. Natychmiast zjawił się Paul, pytając, czy chce powtórzyć zamówienie, i prezentując jednocześnie menu rozmiarów billboardu z metra. Mickey spojrzał na kartę bez zainteresowania, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest rzeczywiście wzburzony; w normalnej sytuacji uwielbia jeść i lubi mówić o jedzeniu, gotować i rozpamiętywać rozkosze stołu.
– Na co masz ochotę? – zapytał.
– Co mi polecasz, Paul? – zwróciłem się do kelnera. Od lat nie zamawiałem tu niczego z karty.
– Carciofi allagiudia, gnocchi alia romana, osso buco. Osso buco jest dziś bardzo dobre.
Mickey oddał menu.
– Wezmę to samo.
Kiedy odszedł Paul, podjął przerwany wątek.
– Mają swoją teorię, że był zamieszany w ciemne sprawki. Policyjna wyobraźnia, rozumiesz? Widzą, że to Angol i gej; jakiś chłopiec, którego wziął sobie na noc, związał go i sprawy wymknęły się spod kontroli.
– A to niemożliwe?
– Wszystko jest możliwe, ale ja akurat wiem, że Andy pozostawał w wieloletnim dyskretnym związku z kolegą, wykładowcą z Oksfordu. Jego gusta były inne.
– Mogły się zmienić. Nigdy nie wiadomo.
– Ale nie w tym wypadku, Jake. Znałem tego człowieka od ponad dwudziestu lat. Pociągnął łyk drugiego drinka. To tak, jakby podejrzewać ciebie, że uganiasz się za chłopcami.
– Albo ciebie – powiedziałem i wybuchnęliśmy śmiechem.
– Mój Boże, nie powinniśmy się śmiać. Biedaczysko! Dobrze tylko, cholera, że kiedy to się stało, byłem tysiące kilometrów stąd. Gliniarze przyglądali mi się podejrzliwie, próbowali wywęszyć jakieś oznaki nietypowych upodobań.
– A ci gliniarze to Murray i Fernandez?
Spojrzał na mnie zaskoczony i uśmiech zniknął mu z twarzy.
– Tak, a skąd wiesz?
– Do mnie też przyszli, żeby sprawdzić, czy czegoś nie wiem.
– Dlaczego do ciebie?
– Bo był moim klientem. Odwiedził mnie i opowiedział historyjkę o jakimś odnalezionym rękopisie. Myślałem, że to ty go przysłałeś.
Mickey patrzył na mnie z rozdziawionymi ustami. Zjawił się Paul i postawił na stole nasze żydowskie karczochy. Kiedy zostaliśmy sami, Mickey nachylił się do mnie i powiedział:
– Ja go nie przysyłałem. Nie, zaraz, pytał mnie kiedyś, czy nie znam jakiegoś prawnika, specjalisty od własności intelektualnej, i powiedziałem mu, że mój najlepszy przyjaciel się tym zajmuje. I wymieniłem twoje nazwisko. Spytałem, o co chodzi, a on odparł, że natrafił na pewien manuskrypt, który nadawałby się do opublikowania, i że chce wiedzieć, jaki jest status prawny tego znaleziska. Rzeczywiście przyszedł do ciebie?
– Tak. – Skinąłem głową. – Oświadczył, że ma manuskrypt, który zawiera informacje na temat nieznanego rękopisu Szekspira.
Zacząłem mu relacjonować swoją rozmowę z Bulstrode'em, ale Mickey połknął połówkę karczochowego serca, zakasłał gwałtownie i przepłukał gardło łykiem san pellegrino, nim przemówił.
– Nie, nie, miał rękopis, w którym była wzmianka o Szekspirze. Tak przynajmniej twierdził. Nigdy nie widziałem samego rękopisu. Przez tę historię z Pascoe miał paranoiczny uraz. Już po całej aferze wybrał się do Anglii to było zeszłego lata – a kiedy wrócił… jak by to powiedzieć… nie był sobą. Nerwowy. Rozdrażniony. Nie chciał rozmawiać o tym, co ma, mówił tylko tyle, że natrafił na wzmiankę o Szekspirze w autentycznym manuskrypcie z epoki. Zresztą nie powiedział mi, gdzie go znalazł. Jestem pewien, że to jakaś sensacja.
– Uważasz, że już sama wzmianka o Szekspirze wystarcza, żeby uznać jakiś rękopis za wartościowy?
– Wartościowy? Chryste, oczywiście! Kosmicznie doniosły. O epokowym znaczeniu. Zdawało mi się, że tłumaczyłem ci to setki razy, ale widocznie za mało.
– Więc wytłumacz jeszcze raz.
Mickey odchrząknął i podniósł widelec jak wskaźnik.
– Okay. Oprócz swego dzieła, największego literackiego osiągnięcia w historii ludzkości, William Szekspir nie pozostawił po sobie praktycznie żadnego materialnego śladu. To, co wiemy o nim na pewno, dałoby się spisać na kartce rozmiarów karty kredytowej. Urodził się, został ochrzczony, ożenił się, miał troje dzieci, sporządził testament, podpisał kilka aktów prawnych, ułożył epitafium
i umarł. Pomijając te dokumenty i grób, jedynym fizycznym śladem jego istnienia jest wątpliwa próbka pisma na rękopisie sztuki Sir Tomasz Morus. Nie ma ani jednego listu, inskrypcji, żadnych informacji w książkach z tamtych czasów. Okay,
ten facet był luminarzem londyńskiego teatru przez prawie dwadzieścia lat, a więc zachowało się mnóstwo wzmianek o nim, ale to słaba pożywka dla badaczy. Pierwsza wzmianka to atak na kogoś, kogo nazywa się „Shake-scene”, pióra dupka nazwiskiem Robert Greene i przeprosiny za wydrukowanie tego tekstu, podpisane przez niejakiego Chettle'a. Francis Mere napisał książkę Palladis Tamia, Wit's Treasury, słusznie zapomnianą, lecz napomykającą o Szekspirze jako najlepszym dramaturgu angielskim. Wspomina też o nim William Camden, rektor Westminster School, i Webster w przedmowie do Białej diablicy, jest też wzmianka u Beaumonta w jego Rycerzu Ognistego Pieprzu. No i jest jeszcze mnóstwo dokumentów prawnych: pozwów, umów dzierżawnych oraz różnych odwołań od orzeczeń sądu. I oczywiście podstawa: Pierwsze Folio. Towarzysze doceniali Szekspira na tyle, aby po jego śmierci opublikować wszystkie sztuki w jednym tomie i nazwać go ich autorem. I to właściwie tyle: kilkadziesiąt wzmianek i odniesień jego współczesnych. Na tym fundamencie zbudowano całą przeogromną dziedzinę nauki, przekopując sztuki i wiersze w poszukiwaniu aluzji do samego twórcy. Te dociekania to oczywiście tylko spekulacje, po prostu niczego nie wiemy na pewno. Przyprawia nas to o obłęd, bo ten człowiek jest nieuchwytną mgłą. Innymi słowy, nie mamy żadnych konkretów.
– To zamierzchłe czasy.
– Tak, ale wiemy masę rzeczy o Leonardzie, żeby przywołać pierwszy z brzegu przykład, a on żył o jedno stulecie wcześniej. Na zasadzie porównania – tylko jednego mamy autentyczny list Edmunda Spensera do Waltera Raleigh, objaśniający niektóre alegorie z Królowej wróżek. Wiemy bardzo wiele o Benie Jonsonie. Michał Anioł – zachowało się prawie pięćset jego listów, zeszytów, pieprzonych przepisów kulinarnych. A Szekspir, największy pisarz wszechczasów, poza tym ważny przedsiębiorca teatralny, nie pozostawił po sobie ani jednego listu. Problem w tym, że ta próżnia wsysa wszelkie fałszerstwa. W osiemnastym i dziewiętnastym wieku istniał ogromny szekspirowski przemysł fałszerski. Nawet dzisiaj zdarzają się oszustwa, na czymś takim wpadł Bulstrode. Nie licząc kwestii autorstwa: nie mamy po nim nic oprócz samego dzieła, a zatem autorem musi być ktoś inny – Southampton, Bacon, istoty pozaziemskie… Nie potrafię nawet wyrazić, jak silne jest pragnienie, by znaleźć coś konkretnego o tym sukinsynu.