Jeśli Bulstrode rzeczywiście natknął się na manuskrypt z epoki, w którym wspomina się o Szekspirze, a który zwłaszcza zawiera jakieś istotne informacje no, to coś takiego mogłoby całkowicie go zrehabilitować jako szekspirologa.
Kiedy Mickey mówi o swojej pracy, młodnieje o dwadzieścia lat i przypomina mi bardziej niż zwykle chłopaka, którego poznałem w tamtym parszywym mieszkaniu na Sto Trzynastej Ulicy. Wyznam, że nie mogę sobie wyobrazić takiej transformacji w swoim własnym przypadku, gdybym, powiedzmy, zaczął rozprawiać o zawiłościach ustawy zabraniającej tworzenia i rozpowszechniania technologii, które mogą posłużyć do naruszenia mechanizmów ograniczających możliwość kopiowania cyfrowego. On kocha swój zawód i za to go podziwiam. I, jak przypuszczam, trochę mu zazdroszczę. Ale teraz, kiedy wymienił nazwisko Bulstrode'a, spochmurniał. A może oczy mu zwilgotniały? Trudno było to dostrzec w tym przyjaznym półmroku restauracji.
– Cóż ciągnął. Oczywiście teraz to już niemożliwe. Ale dałbym wiele, żeby móc zajrzeć do tych papierów. Bóg jeden wie, co się z nimi stało.
Wydało mi się w tym momencie, że spojrzał na mnie odrobinę podejrzliwie. Wszyscy porządni prawnicy są dyskretni i śmierć klienta bynajmniej nie rozwiązuje im języka, ale w porównaniu z nami, specjalistami od prawa autorskiego, nawet tamci są po prostu nieodpowiedzialnymi paplami. A więc nie złapałem przynęty, o ile jakąś zarzucał, tylko zapytałem:
– Czy coś się stało?
– Oprócz tego, że zabili Bulstrode'a? To dla ciebie za mało?
– Wyglądasz, stary, jakby gnębiło cię coś jeszcze. Zauważyłem to już parę razy. Nie jesteś przypadkiem chory?
– Nie, jeśli nie liczyć tego, że utyłem jak wieprz i nie ćwiczę, jestem zdrowy jak koń. Tętnice jak postronki, jak mówi mój lekarz. Nie, to, co widzisz, to zewnętrzne objawy kryzysu na rynku walut.
Tu muszę wyjaśnić, że Mickey i ja mamy różne podejście do kwestii inwestycji. Moja lokata to fundusz otwarty, powstały w 1927 roku inwestycyjny fundusz powierniczy, który nie daje nigdy więcej ani mniej niż 7 procent per annum. Mickey nazywa to nieodpowiedzialnym konserwatyzmem, a przynajmniej nazywał, kiedy parę lat temu rynek rozkwitał. On sam jest zwolennikiem funduszu bezpiecznego
i kiedyś raczył mnie opowieściami o swoich fantastycznych zyskach. Teraz już tego nie robi.
– No, zawsze masz jeszcze fabrykę tych suwaków przemysłowych – zauważyłem, na co parsknął śmiechem.
– Tak, gdybym nie musiał tego dzielić z dwoma tuzinami kuzynów. Moja rodzina cierpi na nadmiar spadkobierców.
Wyczułem, że nie chce drążyć tego tematu, więc powiedziałem:
– A skoro już o tym mowa: nie wiesz, czy zmarły profesor ma jakichś spadkobierców? Zakładam, że nie miał dzieci.
– Jest siostrzenica, Madeleine czy jakoś tak. Miał jej zdjęcie na biurku. Córka jego zmarłej siostry, nie widział poza nią świata. Myślę, że odziedziczy wszystko, co posiadał. Albo też jego długoletni przyjaciel.
– Zawiadomili ją?
– Tak. Przyjeżdża w tym tygodniu.
– Z Anglii?
– Nie, z Toronto. Siostra wyemigrowała przed laty, wyszła za mąż za Kanadyjczyka, mieli jedno dziecko. Ach, oto nasze gnocchi. Wiesz, wydaje mi się, że odzyskuję apetyt.
Kiedy zaczęliśmy pałaszować rozpływające się w ustach kluseczki, zapytałem:
– A więc właściwie rękopis nie prowadzi ani o krok dalej? Nie jest wskazówką, która wiodłaby do czegoś istotniejszego?
Mickey odpowiedział z pełnymi ustami:
– Istotniejszego niż wzmianka współczesnych o Szekspirze? Nie wyobrażam sobie, o co mogłoby chodzić. Powiedział ci?
– Zasugerował, że w manuskrypcie jest mowa o innym manuskrypcie, autorstwa samego Szekspira.
– Ach, tak? Moim zdaniem to czysta fantazja. Jak już mówiłem, Andrew pragnął za wszelką cenę powrócić do gry. Trudno się dziwić. Kiedy zostanie odczytany testament i ta… jak jej tam, Madeleine, będzie ogłoszona dziedziczką, przyjrzymy się temu i zobaczymy, co to warte. Chociaż, biorąc pod uwagę pragnienie tego człowieka, by za wszelką cenę odbudować swą karierę, sądzę, że niewiele.
Nie mówiliśmy już podczas lunchu (w którego trakcie Mickey rzeczywiście odzyskał apetyt i zaczął żartować na temat paskudztwa, jakie musieli jeść w Teksasie) ani o profesorze, ani o jego tajemniczym manuskrypcie, ani o jeszcze bardziej tajemniczym zgonie.
O ile, oczywiście, dobrze pamiętam, jako że powyższa relacja jest całkowicie sfabrykowana. Owszem, jadłem takie potrawy i piłem takie wino w tej właśnie restauracji, możliwe, że w towarzystwie Mickeya Haasa, i istnieje pewien Marco i pewien Paul, ale nie mogę zaręczyć, że jedliśmy właśnie te potrawy tamtego dnia przed wieloma miesiącami. Z trudem sobie przypominam, co jadłem na lunch w zeszły wtorek, nikt nie pamięta takich rzeczy. Zebrałem parę faktów dotyczących Szekspira, ale czy przy tej okazji, czy później, nie mogę zaręczyć. Pamiętam, że Mickey był rozstrojony i że to wtedy dowiedziałem się o istnieniu tej młodej kobiety. Zresztą Mirandy, nie Madeleine. To, co piszę, jest fikcją, ale już w trakcie pisania staje się prawdą, bo w rzeczywistości nie mamy prawdziwych wspomnień. Wszystko wymyślamy. Proust wymyślał, Boswell wymyślał, to samo Pepys… Właściwie żywię dużo współczucia dla tej rosnącej liczby osób, często szacownych, które zostają przyłapane na zmyśleniach. To znaczy, że nie studiowałem medycyny na Harvardzie? Nie spółkowałem z tą kobietą…? Nie jest to sprawa upadku moralności (bo sądzę, że nigdy nie istniała prawda oparta na pamięci), tylko raczej triumf własności intelektualnej, tej nawałnicy wymyślonych rzeczywistości sztucznych bytów, spreparowanych komputerowo zdjęć, pisanych przez „murzynów” powieści, grających z playbacku zespołów rockowych, sfabrykowanych reality show, amerykańskiej polityki zagranicznej – nawałnicy, przez którą brniemy dzień po dniu. Każdy, poczynając od prezydenta, jest teraz powieściopisarzem.
Myślę, że o zapoczątkowanie tej tendencji możemy oskarżać Szekspira, bo stworzył on postacie prawdziwsze niż ludzie, których znamy. Dick Bracegirdle to rozumiał i dlatego postanowił zniszczyć Williama i jego dzieło. Na Columbii słuchałem wykładów z historii średniowiecznej Anglii Haas pamięta je także, bo mi je polecił prowadzonych przez człowieka nazwiskiem Charlton. I choć wymazałem z pamięci Domesday Book, a także wszystkich królów i królowe, dobrze pamiętam jego podejście do historii. Mówił, że są jej trzy rodzaje. Pierwszy to, co się naprawdę
wydarzyło i co bezpowrotnie przepadło. Drugi to, co większość ludzi uważa za wydarzenia historyczne i co przy pewnym wysiłku możemy odtworzyć. Trzeci – to taki jej obraz, jakiego życzyliby sobie w przyszłości ówcześni ludzie władzy, i to jest właśnie dziewięćdziesiąt procent historii utrwalonej w książkach.
(Tak czy inaczej, czytając powtórnie scenę w restauracji, stwierdzam, że jestem z niej absurdalnie zadowolony. Tak, w ten sposób mogło to wyglądać. Odtworzyłem styl mówienia Mickeya i mam nadzieję, że ci, którzy go znają, stwierdzą, że nieźle mi się to udało. Dostrzegam też, że rzeczywistość dopasowała się zgrabnie do fikcji, którą stworzyłem, i jestem absolutnie pewien, że gdyby Mickey to przeczytał, powiedziałby: „Owszem, tak to zapamiętałem”. A zatem, pisząc, posługuję się tym drugim rodzajem historii. Myślę, że podobnie jak Bracegirdle, choć on był człowiekiem uczciwym, a ja taki nie jestem).