Tu muszę nadmienić, że wkrótce po tym wydarzeniu wstąpiłem do jednego ze sklepów elektronicznych przy Szóstej Alei, żeby kupić baterię do telefonu komórkowego, i z powodów, których sobie nie przypominam… nie, właściwie to pamiętam. Jak już mówiłem, mam umysł bardziej chaotyczny, niżbym sobie życzył, i zwykle, kiedy akurat coś przyjdzie mi do głowy, robię przypadkowe notatki o tym i owym, zapełniając nimi końcowe stronice wspomnianego notesu. Niestety, czasem stwierdzam, że nie mogę odczytać tego, co zapisałem; typowa notatka to „zob. art. o kod. hnrym”. Ale gdy wszedłem do sklepu, mój wzrok padł na uruchamiany głosem dyktafon Sanyo 32; pomyślałem, że byłby dobrym rozwiązaniem mojego problemu, i kupiłem go za siedemdziesiąt dwa dolary. Ma rozmiary komórki i nagrywa dwie godziny w trybie wysokiej wierności zapisu. Jak tylko dokonałem tego zakupu, dwie godziny z mojego życia zostały zapisane do późniejszego odsłuchania. Okazały się bezcenne dla moich bieżących prób pisarskich.
Po lunchu odwiozłem Mickeya lincolnem. Wypił sam prawie całe wino i kilka gimletów, więc był nieźle wstawiony. Kiedy Mickey wprawi się w taki stan, nieodmiennie opowiada o swoich trzech żonach. Pierwsza pani H., Louise, była jego miłością z college'u, rosłą blondynką z dobrej nowoangielskiej rodziny. Ofiarowywała mu swe wdzięki pod balkonem akademika oplecionym festonami bluszczu,
z której to kryjówki w tamtych czasach korzystaliśmy wszyscy, oraz w warunkach nieco bardziej intymnych – w naszym mieszkaniu na Sto Trzynastej. Zaczęła darzyć Mickeya względami na trzecim roku, kiedy dostała od niego pierścionek, co było jeszcze jedną wesołą tradycją tamtych lat. Pamiętam weekendowe poranki w mieszkaniu: Mickey w swoim kasztanowym welurowym płaszczu kąpielowym (czy w szlafroku, jak go nazywał) parzył z namaszczeniem kawę w ekspresie, a Louise wpływała niczym łabędź do kuchni, lekko speszona moim widokiem, ale zawsze z klasą. Zwykle pojawiała się wtedy w czarnych rajstopach i w jednej z eleganckich koszul Mickeya, czyli w stroju, który od tamtych czasów uważam za szalenie erotyczny. (Rajstopy uchodziły wtedy za bieliznę; nigdy nie oswoiłem się z widokiem dziewczyn biegających po mieście w rajstopach i prezentujących światu swe wdzięki – i zawsze odczuwałem wibracje w mosznie). Nie nosiła też stanika, bo wcześnie przyjęła ten styl, zresztą miała śliczne, spiczaste i podskakujące cycuszki.
Założeniem tych poranków było to, że Mickey jest wielkim ogierem z kochanką, a ja biednym, lecz uczciwym, seksualnie upośledzonym uczniakiem, i ta komedia nieźle nas bawiła! W rzeczywistości dostawałem w tym zakresie więcej, niż mogłem wziąć, od kobiety nazwiskiem Ruth Polansky, trzydziestosześcioletniej pracownicy Nowojorskiej Biblioteki Publicznej. Utrzymywałem to w tajemnicy przed swoim współlokatorem i wszystkimi innymi, głównie dlatego, że byłem tym zakłopotany, i z uzasadnionej obawy o pracę Ruth. Czy jest to istotne dla tej historii? W pewnym sensie, choć tylko jako dowód, że mój trening w ukrywaniu swego życia seksualnego zaczął się wcześnie. Myślę, że nie ma bardziej wybuchowej mieszanki niż romans między nastoletnim chłopcem i kobietą w pewnym wieku, kiedy to szczyt potencji mężczyzny idzie w parze z seksualnym apetytem kobiety. Francuzi przejawiają nabożny podziw dla takich romansów i mają całą literaturę na ten temat, lecz w Ameryce (patrz Absolwent i pani Robinson!) jest to traktowane tylko jako farsa.
Nasz romans był rzeczywiście dość farsowy, bo podstawowym problemem było znalezienie miejsca, gdzie moglibyśmy to robić. Ona mieszkała z matką, a ja z Mickeyem Haasem, żadne z nas nie miało samochodu, ja, jak już wspominałem, byłem biedakiem, a pensja bibliotekarki nie wystarczała na hotele.
Pani Polansky i ja znaliśmy się od lat; przyglądała się z zainteresowaniem mojemu dorastaniu i towarzyszącemu mu rozwojowi potężnej muskulatury. Była drobną, bladą kobietą z jedwabistymi, bezbarwnymi włosami, które wiązała w koński ogon, dzięki czemu wyglądała młodziej. Co nietypowe dla tamtych czasów, była rozwódką i to dodawało pikanterii moim fantazjom, które zaczęły się, gdy miałem mniej więcej dwanaście lat. Kiedy to odtwarzam w pamięci (fałszywie, jak przypuszczam), mam wrażenie, że podeszła mnie całkiem sprytnie, wykorzystując moje zainteresowanie teatrem, aby skierować me myśli ku życiu erotycznemu, niedostępnemu na ogół w tamtych czasach uczniom szkoły średniej. Podsuwała mi książki, sztuki teatralne: Williamsa, Ibsena, Herbatkę i współczucie, francuską poezję erotyczną i Ulissesa, tę ostatnią powieść pożyczoną z prywatnej biblioteki. Nie jest specjalnie trudno uwieść kilkunastoletniego chłopca w pachnącej książkami, dobrze ogrzanej bibliotece w senne zimowe popołudnie. Nie przeszkadzały jej pryszcze. Zachwycała się moimi oczami. Seksowne, alkowiane oczy, mówiła.
Do pierwszego uwiedzenia doszło w służbowym pokoiku w bibliotece. Miała piętnastominutową przerwę, druga bibliotekarka siedziała przy biurku. Zrobiliśmy to na krześle koło grzejnika, który z sykiem wypuszczał parę, choć nie żywił żadnej urazy do pani Polansky. Wytrzymałem tylko parę minut, ale to wystarczyło, by wstrząsnął nią potężny paroksyzm, podczas którego, nie chcąc przyciągać uwagi swoich bibliotecznych zwierzchników, wypuszczała przez zaciśnięte zęby hektolitry powietrza; odtąd syk uchodzącej pary kojarzy mi się zawsze z rozpustą. Nie usłyszałem jej pełnego, wydanego z głębi serca krzyku ekstazy, dopóki miasto nie zaczęło zamykać bibliotek we wtorkowe i czwartkowe popołudnia, a ja nie mogłem korzystać ze swojego starego pokoju w rodzinnym mieszkaniu, kiedy Mutti pracowała w szpitalu.
Mieliśmy mniej więcej trzygodzinne okienko pomiędzy dwunastą a porą powrotu mojej siostry ze szkoły. Większość tego czasu pochłaniała nam podróż metrem z centrum Manhattanu na wschodni Brooklyn, więc zdzieraliśmy z siebie pośpiesznie ubrania, zaledwie szczęknął zamek w drzwiach. Wśród kobiet mego życia pani Polansky nie należała do najgłośniejszych w obwieszczaniu orgazmu, ale plasowała się w czołówce. W chwili szczytowania wydawała z siebie serię
głębokich i donośnych organowych jęków i biorąc pod uwagę farsowy charakter naszego romansu, można było przewidzieć, że pewnego dnia, kiedy po naszych wysiłkach będziemy doprowadzać do porządku ubrania, aby móc się pokazać zewnętrznemu światu, zastaniemy Mutti przy kuchennym stole. Wzięła z jakichś powodów wolne popołudnie i nigdy się nie dowiedziałem, jak długo tam siedziała. Jej oblicze pozostawało nieodgadnione, kiedy przedstawiałem jej panią P. jako korepetytorkę pomagającą mi w algebrze. Ruth wyciągnęła rękę i Mutti uścisnęła jej dłoń, całkiem poprawnie, po czym zaproponowała kawę.
Nie myślałem o tamtym popołudniu już od dłuższego czasu. W gruncie rzeczy nie bardzo lubię w ogóle myśleć o mieszkaniu matki, zwłaszcza o kuchni.
Wróćmy do Mickeya i jego żon. Louise, jak już powiedziałem, była pierwszą i przetrwała zwyczajowe siedem lat. W tym czasie rewolucja seksualna osiągnęła apogeum i Mickey też chciał w niej mieć swój udział, co dla profesora nie było takie trudne. Pojawiła się więc Marilyn Kaplan, wieczna studentka. Mickey zdążył się już dorobić dwójki dzieci, miał też psa i mieszkał w wielkim domu w Scarsdale, toteż zaspokojenie żądzy, jaką czuł do Marilyn, kosztowało go majątek. Z trzech jego żon Marilyn była najpiękniejsza w sensie klasycznej urody: duże czarne oczy, lśniące, długie kasztanowate włosy i duże ciało amerykańskiej dziewczyny, czyli długie nogi, szczupła talia, atomowy biust. Była zagorzałą feministką ze szkoły lat siedemdziesiątych: ignorowała męskie spojrzenia, choć jednocześnie nieustannie je przyciągała i rozkwitała pod ich wpływem. Urodziła mu kolejne dziecko i po jakichś trzech latach zniknęła z facetem z Berkeley, jak mi się zdaje, obojnaczym biseksualistą, wzorem politycznej poprawności. Jak wyjaśniał Mickey, problem był głównie natury intelektualnej: mój przyjaciel nie dorównywał jej poziomem znajomości teorii literatury. Uważała to za coś niemal tak ważnego jak seks, w której to dziedzinie była, według słów samego Mickeya, partnerką dominującą, obdarzoną nieograniczoną energią i inwencją.