Byłem raz na jej wykładzie. Zabrał mnie Mickey, temat brzmiał mniej więcej: „Uprzywilejowana funkcja tekstu w późnych komediach; teoria aktu mowy i formacja dyskursywna w utworach Szekspira”. Nie zrozumiałem z tego ani słowa. Powiedziałem to Mickeyowi, więc próbował mi tłumaczyć teorie Foucaulta, Althussera i Derridy i opowiadać o rewolucji w studiach literaturoznawczych,
których Marilyn była ozdobą, ale widziałem, że nie ma do tego serca. Problemem Mickeya, doszedłem do wniosku, było to, że choć potrafił mówić językiem aktualnych trendów w krytyce i szło mu to całkiem nieźle, naprawdę kochał Szekspira, a w oczach jego żony miłość do czegokolwiek uchodziła najwyraźniej za burżuazyjną afektację maskującą machinacje despotycznego patriarchatu. Marilyn sądziła, że uda jej się zmienić Mickeya, że wniesie świeży powiew do jego paternalistycznych, burżuazyjnych poglądów na literaturę, ale nic z tego. No i nigdy nie doprowadził jej do orgazmu, w odróżnieniu od Geralda z Berkeley, który to potrafił, tak przynajmniej twierdziła. Ale zostawiła mu dziecko.
Numerem trzy była, albo jest, Dierdre, redaktorka u Putnama, twór z kevlaru i strun fortepianowych, istota, która dążyła do perfekcji we wszystkim. Jest obecnie (wracamy na właściwy tor) głównym przedmiotem narzekań, jako że hołduje modzie, i to na całego. Dla Dierdre mieć nieodpowiednią lodówkę, iść na nieodpowiednie przyjęcie, pojawić się w nieodpowiednim klubie łub kurorcie, mieć nieodpowiedni dom w eleganckim Southampton czy Easthampton – to coś w rodzaju towarzyskiego raka. Teraz zapragnęła urodzić idealne dziecko, przed czym Mickey się raczej wzdraga, posiadając już trójkę. Opowiedział mi długą anegdotę o…
Wiecie, zapomniałem, o czym to było. O płytkach? O jakimś niemieckim urządzeniu? Sprzęcie kuchennym? O strategii antykoncepcyjnej? Chrzanić to, nieważne, rzecz w tym, że Dierdre kosztuje go majątek, podobnie jak pierwsza żona i pierwszy komplet dzieci. Z kolei Jason, którego urodziła mu Marilyn, sprawiał kłopoty wychowawcze, Mickey wydawał więc fortunę na szkoły specjalne i wizyty u psychiatrów, a ze względu na sytuację na rynku i zbyt licznych potencjalnych spadkobierców rodzinnego majątku popadł w poważne tarapaty finansowe. (Zaproponowałem mu pożyczkę, zaśmiał się: Cha, cha, nie jest jeszcze tak źle!). Takie sesje narzekań na te jędze są nieodłącznym elementem mojej przyjaźni z Mickeyem. Myślę, że nasłuchał się tego i ode mnie, choć miałem tylko jedną żonę. Osobliwą rzeczą, jeśli chodzi o żony Mickeya, jest jednak to, że przypadkiem pieprzyłem je wszystkie, choć nigdy wtedy, gdy pozostawały z nim w związku małżeńskim. Na coś takiego na pewno bym się nie poważył.
Louise i ja spędziliśmy razem jedno długie popołudnie jakieś dwa tygodnie przed ich ślubem. Powiedziała mi, że go kocha i chce mieć z nim dzieci, ale po prostu nie może znieść myśli, że już nigdy nie zrobi tego z innym mężczyzną, i że zawsze miała na mnie chętkę (jej określenie) i chciałaby spróbować, jak by to było, zanim wrota zatrzasną się na zawsze. Zachowywała się trochę nerwowo i było jasne, że Mickey nie wyszedł poza kurs wstępny, podczas gdy pani Polansky przerobiła ze mną cały program. Na tym popołudniu się skończyło, nigdy o nim nie wspomniała ani nie szukała więcej okazji i nie sądzę, żeby powiedziała o nim Mickeyowi, nawet kiedy już odszedł do Marilyn.
Którą to Marilyn poznałem na wieczorku literackim, zaproszony przez jednego z moich klientów, mniej więcej pół roku przed tym, zanim zajął się nią Mickey. Perorowała o faszystach na jej wydziale literatury angielskiej, a ja wygłosiłem jakąś niewinną uwagę o technicznym znaczeniu tego słowa i o tym, że nie jest szczególnie rozsądne używać go w tak szerokim, metaforycznym sensie. Chodzi o to, żeby nie przeoczyć chwili, kiedy znów pojawi się prawdziwy faszyzm, co jest bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę jego oczywistą atrakcyjność. Roześmiała się, gdyż ona określała mianem faszysty każdego, kogo nie lubiła, i reakcją było zawsze zaprzeczenie. Nikt oprócz paru odmóżdżonych kmiotków z Indiany czy Idaho nigdy nie przyznawał się do popierania faszyzmu. Z oczywistych powodów byłem gruntownie oczytany w historii i literaturze dotyczącej tej filozofii, a ponieważ trochę podpiłem, dałem jej zdrowo popalić. Myślę, że nigdy wcześniej nie słyszała spójnego argumentu, który nie wyszedłby z jej tezy, tylko z całkowicie odmiennego punktu widzenia że na przykład seksualna i rasowa dyskryminacja jest czymś naturalnym i że absurdem jest się jej wstydzić albo ją tłumić, tak samo jak absurdem byłoby wstydzić się seksu; że władza absolutna, która pozwala miażdżyć butem twarz przeciwnika, dostarcza rozkoszy i że też nie należy się tego wstydzić; że demokracja jest żałosna, za to naginanie woli i jej podporządkowywanie przywódcy wprawia w ekstazę: że wojna oznacza zdrowie państwa…
Kiedy skończyłem, stwierdziła stanowczo, że nikt z pewnością nie wierzy w te brednie, a ja na to, że owszem, wielu w historii uwierzyło, że właściwie była to postawa szalenie popularna kilkadziesiąt lat temu wśród takich mądrali jak ona,
włączając w to Martina Heideggera i mojego dziadka, który, poinformowałem ją, należał do Waffen-SS. Myślała, że żartuję, zapewniłem ją, że nie, i zaprosiłem do siebie, aby obejrzała mój zbiór rodzinnych nazistowskich pamiątek, bo jestem raczej pewien, że od nikogo nie dostała jeszcze takiej propozycji. Poszła więc do mnie, pokazałem jej te zbiory i opowiedziałem swoją historię. Efekt był perwersyjnie erotyczny, bo, jak przypuszczam, była w tym egzemplifikacja słynnego powiedzenia Sylvii Plath, choć nie każda kobieta mnie kocha i nie jestem faszystą. Ona naprawdę chciała dostać butem w twarz, miało to przybrać formę gwałtu i innych brutalnych działań. Nie przepadam za takimi rzeczami, ale czułem się zobowiązany do odgrywania w tych okolicznościach roli dżentelmena (że się tak wyrażę). Szczególnie podniecał ją plugawy język, jeszcze jedna rzecz, za którą nie przepadam. Nie zadzwoniłem do niej więcej ani jej nie widziałem, aż pewnego dnia Mickey zaprosił mnie na drinka, żebym poznał jego nową miłość, i okazało się, że to ona. Udawaliśmy, że się nie znamy.
Dierdre wydaje książkę jednego z moich klientów. Poznaliśmy się w moim biurze; chodziło o to, że jej autor posłużył się postaciami występującymi w wydanej już wcześniej książce, do której prawa miał zastrzeżone inny pisarz. Wymieniliśmy spojrzenia. Miała na sobie mieniącą się bluzkę i bardzo obcisłe spodnie, a kiedy wstała, żeby wyciągnąć coś z aktówki, mogłem podziwiać jej tyłek, szczupłe uda i interesujący prześwit między nimi, szeroki jak talia kart. Kiedy się odwróciła, znów spojrzała mi w oczy. Była to, muszę przyznać, sytuacja jak z serialu Seks w wielkim mieście. Zadzwoniłem do niej i dalej poszło utartym trybem. Okazało się, że należy do kobiet, które lubią dobre rżnięcie, a potem się masturbują. Nie miała w ogóle włosów na podbrzuszu i pozostawiła bolesne otarcie na mojej kości łonowej. Na jej korzyść powiem, że była słowikiem, co bardzo lubię, i szczytując, wydobywała z siebie serię melodyjnych dźwięków. Spotkaliśmy się kilka razy było to jakieś pięć lat temu – a później zadzwoniłem i była zajęta, zadzwoniłem jeszcze raz, znów była zajęta, i na tym się skończyło. Nie żałowałem tego finału. Myślę, że uważała mnie za trochę nadętego, a ja uważałem ją za nieco płytką. Kiedy spotkaliśmy się kilka miesięcy przed jej ślubem z Mickeyem, też udawała, że mnie nie zna, i być może rzeczywiście zapomniała nasz rutynowy mały wyskok.