Nieco przygnębiony tymi reminiscencjami, przywołuję je jednak tylko po to, żeby przygotować grunt pod tę opowieść, pod coraz żałośniejszą tęsknotę za erotyzmem. Dierdre była seksowna, ale nie miała w sobie erotyzmu, nie było w niej głębi. Artyści, jak się przekonałem, tacy właśnie są; wszystko lokują w swoich dziełach. Moja była żona Amalie jest zdecydowanie najbardziej erotyczną kobietą, jaką znałem, emanuje wprost siłą życiową i wszystko, czego dotknie, staje się piękne. Z wyjątkiem mnie.
Czy istnieje antonim przymiotnika „erotyczny”? Może „tanatyczny”. Czy jest takie słowo? Ale najwyraźniej sam desygnat jest realny, bo czyż nie rozkoszujemy się śmiercią? Zwłaszcza śmiercią gwałtowną. Cóż to za przyjemność! Czy nie pokazujemy jej dziesiątki tysięcy razy naszym dzieciom, ze wszystkimi jej fikcyjnymi szczegółami? Albowiem z wyjątkiem wyścigów organizowanych przez NASCAR to jedyny obszar, na którym dostrzegamy różnicę między Własnością Intelektualną a Realnym Życiem. Prawdziwa śmierć jest ostatnią rzeczą, jaka wprawia w zakłopotanie. I z pewnością istnieje estetyka śmierci, przeciwieństwo tych wszystkich żywych, impresjonistycznych scen i soczystych aktów Bouchera, estetyka, która, jak sądzę, osiągnęła apogeum w czasach reżimu, na której ołtarzu mój dziadek złożył najwyższą ofiarę. W przeciwieństwie do Miesa ten urok nie ma nic wspólnego z czystą funkcjonalnością. Amerykański P-47 Thunderbolt był skutecznym i budzącym grozę orężem, prawdopodobnie najlepszym myśliwcem bombardującym z czasów II wojny światowej, ale wyglądał jak coś, co wyszło ze studia Disneya, tłuściutki i bulwiasty, ze śmigłem sterczącym z uśmiechniętej buźki. Natomiast sztukas wygląda na to, czym jest: grozą sianą z nieba. I kolejny przykład: czołg Sherman wygląda na zabawkę, którą mógłby ciągnąć na sznurku berbeć, podczas gdy Panzer VI Tiger jest skomplikowaną machiną do zabijania ludzi. Nie wspominam już o fantastycznych mundurach i insygniach. I o tym, co trzymam w ręku.
Niemcy nazywają to Pistole-08, null-acht, ale znany jest powszechnie jako lu-ger. To ten sam egzemplarz, którym wywijała mama, gdy poznali się z ojcem; no właśnie, kłamała w tej kwestii, bo pistolet istnieje. Jest to specjalny model, który dostał dziadek, kiedy odznaczono go Krzyżem Rycerskim z Liśćmi Dębowymi i Mieczami. Bóg wie, ile to jest warte, na pewno tysiące dla tych dziwacznych
człowieczków, którzy kolekcjonują takie gówno. Po lewej stronie kolby w orzechowa okładkę wtopiony jest podzielony na cztery części czerwono-biały romb z czarnymi literkami pośrodku
a po prawej widzimy srebrną miniaturkę odznaczenia; imię i nazwisko odznaczonego, jego ranga i data są wygrawerowane na zamku. Z pewnością sam Himmler wręczał mu go swymi białymi, pulchnymi dłońmi. Matka nie była pewna, za jakie zasługi krzyż został przyznany, ale polegały one między innymi na zabiciu imponującej liczby Rosjan pod koniec lata 1943 roku, kiedy dziadek dowodził pułkiem pancernym na froncie wschodnim. Wciąż jeszcze lekko się pocę, kiedy trzymam ten pistolet i na niego patrzę, tak absolutnie okropna jest to rzecz, ale z jakichś niejasnych powodów nigdy nie mogłem go sprzedać ani wrzucić do rzeki. Do tego jest załadowany oryginalnymi nabojami parabellum 9 mm. I wiem, że działa. Może sobie kiedyś z niego popukam. Właściwie to nieźle strzelam z pistoletu. Mój brat Paul nauczył mnie tej sztuki, kiedy go zwolnili po pierwszej odsiadce. Umówiliśmy się pewnego popołudnia w Fort Bragg, poszliśmy do sosnowego lasu i tam grzaliśmy z wojskowego colta 45 i radzieckiego makarowa 9 mm, który Paul miał w Wietnamie. Uczył mnie bojowej techniki „cel i pal”, zwłaszcza szybkości, bo przy strzelaniu z pistoletu cel jest zazwyczaj odległy o dwa i pół albo o dwa metry.
W każdym razie podrzuciłem Mickeya na uczelnię. Wysiadając z samochodu, powiedział:
– Daj mi znać, jak zadzwoni siostrzenica. Powiedz jej, że jeśli znajdzie ten manuskrypt, to chętnie rzuciłbym na niego okiem.
Obiecałem, że zadzwonię, i pojechaliśmy z Omarem na południe. W drodze powrotnej rozmyślałem o swojej długiej zażyłości z Mickeyem Haasem, zwłaszcza o jej seksualnych aspektach. Musiałem przyznać, że odczuwałem pewną pogardę dla tego człowieka, co jest, jak uważam, nieuniknioną częścią wszelkich intymnych
i długotrwałych przyjaźni. Mój brat Paul nazwałby to uczucie nieodłączną częścią naszego upadku, powiedziałby, że nie możemy kochać bez zastrzeżeń, że musimy liczyć się z tymi, których kochamy, mniej, niż oni, naszym zdaniem, liczą się z nami, przynajmniej pod jednym względem. Sądzę, że jest to dobra rzecz, choć bolesna. Wszyscy mamy tendencję do samouwielbienia i jedną z głównych funkcji dobrego przyjaciela jest trzymać tę tendencję na wodzy. Wiem, że Mickey uważa mnie za starego nudziarza, który nie jest nawet w połowie tak bystry jak on. Daleko mi do jego sławy. Nie piszę bestsellerów, nie jestem uwielbiany przez legiony studentów, nie jestem członkiem Państwowej Akademii Sztuki i Literatury ani, jak on, laureatem nagrody Pulitzera. Sądzi zapewne, że jestem kochliwy albo przynajmniej mam bzika na punkcie seksu. Został z pewnością wtajemniczony w moje grzeszki, z wyjątkiem trzech przypadków, o których pisałem. Był strasznie poruszony moim rozstaniem z Amalie. Ona jest dla ciebie idealna, powiedział wtedy, wyliczając jej zalety. Miał rację. Była dla mnie wręcz za idealna, ale trudno to wytłumaczyć innej osobie.
Kilka dni później, jak wynika z moich zapisków, pani Maldonado odebrała telefon. Uczuliłem ją na taką możliwość, podkreślając w ten sposób jego ważność. Głos był młody, przyjemny, lekko gardłowy. A więc wie pan, o co chodzi, tak? Akcent zdradzał Kanadyjkę. Głos „zza miedzy”, jak mówią w reklamach. Wydał mi się od razu bardzo pociągający, więc zaprosiłem ją do swego biura, ale odmówiła. Z powodów, które mi wyjaśni, kiedy się zobaczymy, wolałaby się ze mną spotkać w jakimś neutralnym miejscu. Gdzie wobec tego? Pracuje, powiedziała, w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej, w czytelni Brooke Russell Astor, w dziale cymeliów. Odparłem, że muszę jeszcze załatwić parę spraw, ale możemy się spotkać o czwartej. Obiecała, że będzie czekać. Wróciłem do codziennych obowiązków, między innymi do sprawy pozwu dla jakiegoś, pożal się Boże, artysty ze strony pewnej olbrzymiej korporacji. Jest to chleb powszedni prawnika od własności intelektualnej. Ktoś przywłaszczył sobie logo pewnej ogólnokrajowej sieci, aby napiętnować szaleństwo konsumpcji. Oryginalne logo jest nieco ryzykowne (cycki), a artysta uczynił je jeszcze bardziej odważnym i umieścił na plakatach i T-shirtach, czym korporacja nie była bynajmniej zachwycona. Mogę załatwiać umorzenie takich spraw przez sen albo, jak w tym przypadku, rozmyślając o czekającej mnie randce
z tajemniczą spadkobierczynią Bulstrode'a, która, jak już wiedziałem, nazywa się Miranda Kellogg.
Za piętnaście czwarta Omar podwiózł mnie na Piątą Aleję, pod wejście wielkiego gmachu biblioteki. Dwa kamienne lwy, Cierpliwość i Męstwo, które według nowojorskiej tradycji ryczą, kiedy po schodkach wstępuje dziewica, milczały. Pojechałem windą na drugie piętro i załatwiłem przepustkę do zamkniętej salki przy głównej czytelni. Tu wspomnienie: sporą część swych licealnych lat spędziłem na przesiadywaniu przy tych długich drewnianych stołach. Przyjeżdżałem metrem z Brooklynu i zostawałem tu na cały dzień, szukając rzekomo materiałów do szkolnego wypracowania (było to oczywiście przed erą Internetu i zanim zaatakowała mnie pani Polansky), ale głównie żeby cieszyć się anonimowością, towarzystwem obcych ludzi, naukowców i całkowitym brakiem mishkinizmu. Moje pierwsze naprawdę dorosłe doświadczenie.