Выбрать главу

Dostrzegłem ją od razu, przy długim stole w rogu. Jeśli nie liczyć dżentelmena obsługującego służbowe biurko, była sama w wyłożonej boazerią sali. Miała jasne włosy zaplecione w dwa maleńkie warkoczyki przypięte nad uszami. Tak czesała się Amalie, kiedy się do niej zalecałem, i choć to absurdalne, zawsze brał mnie ten styl. Miała odsłoniętą i rozkosznie bezbronną szyję; kobieca szyja jest moim zdaniem najbardziej niedocenianą w naszej kulturze drugorzędną cechą płciową, tą, która zawsze działała na mnie piorunująco. Stałem dłuższą chwilę, przypatrując się, jak przewraca kartki. Potem w jakiś tajemniczy sposób, którego nikt nigdy nie potrafił mi przekonująco wytłumaczyć, uświadomiła sobie, że na nią patrzę, i odwróciła się raptownie. Nasze spojrzenia się spotkały. Skinąłem lekko głową. Uśmiechnęła się olśniewająco, wstała i podeszła do mnie. Nie wyglądała właściwie jak młoda Amalie (nie miała jej rysów), ale odznaczała się tym samym kocim wdziękiem; była raczej niskiego wzrostu, miała na sobie krótką szarą spódniczkę i piękną bluzkę z jaskrawo różowego jedwabiu. Ciemne pończochy, szczupłe kostki. Wyciągnęła rękę, uścisnąłem jej dłoń. Miała zielone oczy, zupełnie jak Amalie. Zapewne pan Mishkin, powiedziała. Jestem Miranda Kellogg. Przez chwilę nie mogłem wydobyć głosu. Poczułem elektryczny impuls w ramieniu i, obawiam się, przytrzymałem jej dłoń trochę za długo. Pamiętam, że sytuacja wydała mi się groteskowa.

List Bracegirdle'a (5)

Zbliżając się do domu, usłyszałem kobiece wrzaski i kiedy wszedłem, zobaczyłem ojca leżącego na mojej biednej matce i dzierżącego kij w dłoni; nigdy dotąd nie widziałem czegoś takiego anim nie myślał, że obaczę. A rzecz się miała tak: Margaret, dziewka służebna, znalazła w rzeczach mojej matki papistowski krucyfiks i różaniec i przyniosła to z miejsca ojcu, a on, pomyślawszy, że przez tyle lat dzielił stół i łoże z utajoną papistką, wpadł w szał i w furii zaczął ją okładać. Matka protestowała, że taka spotykają zapłata za wszystkie matczyne starania, ale na próżno. I choć wiedziałem, że ojciec jest w prawie, nie mogłem zdzierżyć i powstrzymałem jego ramię, mówiąc: Miej litość, przecie to twoja żona, ale on wrzasnął: To już nie jest dla mnie żona, i uderzył mnie takoż. I tu już nie mogłem zdzierżyć, pchnąłem go i upadł na podłogę. A my dwoje – to znaczy matka i ja, padliśmy na kolana, by śpieszyć mu z pomocą; prawdę rzekłszy, nic mu się nie stało, ale urażony w swej dumie zakrzyknął: Oby was oboje zabrała dżuma, nie pozostaniecie w moim domu ani jednej nocy, nie mam już żony ani syna.

Płacząc przeto gorzko, poszliśmy z domu, matka i ja, z kilkoma rzeczami. Wynająłem wózek, żeby przewieźć te dobra. Matka o mało nie umarła ze wstydu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności miałem złoto, jakie nam królewscy zapłacili za harmaty, funtów 68 i 125 pensów, nie byliśmy więc biedni i mogłem wynająć pokój w gospodzie Pod Człowiekiem z Żelaza na Hart Lane przy Crutched Friars, trzy pensy za nocleg i posiłek. Następnego ranka, zostawiwszy trochę drobnych pieniędzy matce, wynająłem łódź do Gravesend i z powrotem do Titchfield. Majster był kontent, że działa sprawiły się dobrze, ale zasępił się, gdy mu opowiedziałem, co zaszło w domu ojca, i jeszcze bardziej spochmurniał,

kiedy się dowiedział, że użyłem jego złota, żeby opłacić nasz nocleg i jeszcze nocleg matki na parę dni. Przyrzekłem mu, że spłacę wszystko co do pensa, i tłumaczyłem się koniecznością. Ale zarzucił mi, że łżę, i powiedział, że przegrałem pieniądze w karty albo przepiłem i pewnie miałem nadzieję, że zwiodę go bajaniem o papistach. Krótko mówiąc, doszło do bójki, bom nie mógł zachować krześciańskiej wyrozumiałości, jak się należało, ani uszanować swego majstra, bom nie mógł znieść jego obłudy, jako że sam był wielkim łgarzem i miał dziewkę na utrzymaniu. Com wygadał przed wszystkimi domownikami i takoż i jego żoną i była wielka kłótnia w tym domu. Nazajutrz wyrzucono mnie stamtąd w tym, com miał na grzbiecie, i bez papierów, żem ukończył termin.

Titchfield dzieliło 65 mil angielskich od Londynu, więc zajęło mi to sporo czasu, by tam wrócić, sypiając po krzakach i kradnąc owoce i jajca, niech mi Bóg wybaczy mój grzech. Przyszedłszy do Człowieka z Żelaza, zastałem matkę w dość dobrym zdrowiu, jako że miała za dobrą kompanię młodą dziewczynę, córkę gospodarza, którą byłaś Ty, moja Nan, dzięki czemu poznaliśmy się, a potem pokochali, jak to wiesz. Ale może nasz syn, kiedy dożyje stosownego wieku, jeśli Bóg pozwoli, nie będzie tego wiedział, więc piszę to tutaj.

Teraz muszę zarabiać na chleb i utrzymanie, ja, chłopak, który nie ma jeszcze szesnastu wiosen, i pomyślałem sobie o Tower i o tych, których tam poznałem, i czy nie daliby mi pracy, więc udałem się tam bez zwłoki i zapytałem o pana Hastyngesa; przyszedł, opowiedziałem mu o mojej godnej pożałowania doli, jak tu wcześniej opisałem, i przyjrzał mi się uważnie i rzecze: No więc, chłopcze, nie możemy mieć papistów ani też purytan w Tower. Po pierwsze, kosztowałoby mnie to głowę, a po drugie, nie zniósłbym takiego koło siebie, bo wytrzymuję jedno kazanie w tygodniu, i to tylko w niedzielę, i nie potrzebuję żadnych modłów ani kantyczek w dni powszednie. Na co ja odrzekłem, że też z tym skończyłem. Tu pan Keane, słysząc to, powiada: Hastynges, musimy go wypróbować

jak harmatę, jedźmy do Southwark. Przejechaliśmy przeto przez most i spiłem się jak bela (czegom nigdy przedtem nie robił), i widziałem walki niedźwiedzi i walki psów, i sprośne przedstawienia et cetera, i zaprowadzili mnie do zamtuza i zapłacili za dziewkę, ale, dzięki Bogu, porzygałem się i byłem taki chory, żem wlazł na nią, ale tylko tyle, że trudno to poczytać za grzech, i strasznie się ze mnie śmiali i stroili sobie ze mnie żarty, a pan Keane przysiągł, żem żaden purytanin, tylko dwufuntowy falkonet, co to nawet rzygnie ogniem, ale coś w nim nie tak z ładunkiem miotającym, i tak zdałem egzamin.

6

Ze zwiniętymi w rulon i zapakowanymi w kopertę być może bezcennymi rękopisami pod pachą, Crosetti odczekał na opustoszałej ulicy prawie pół godziny. To już przesada! Co ona tam robi?! Wprawdzie zdarzało mu się czekać równie długo na kobiety, które szykowały się do wyjścia, ale przecież teraz nie wybierali się na bal maturalny. Spojrzał na zegarek i zaczął chodzić tam i z powrotem, czując, jak narasta w nim wściekłość.

Pojawiła się w końcu ubrana na czarno, jakby szła do pracy u Glasera. Zastanawiał się, dlaczego włożyła taki strój. Może chodziło o to, by wizycie u Bulstrode'a nadać formalny charakter. Tymczasem on był nieogolony, wymagał kąpieli i miał na sobie T-shirt z koncertu Springsteena, brudne dżinsy i adidasy. Uczonemu mogło się to nie spodobać.

Crosetti darował sobie utyskiwania, że czekał tak długo. Ona też go nie przeprosiła. Kiwnęła mu tylko niedbale głową i ruszyła przed siebie. Postanowiwszy udawać wyluzowanego faceta, nie pytał, dokąd idą. Grał światowca, który ma swoje tajemnice. Doszli do Van Dyke Street i wsiedli do autobusu 77, który zawiózł ich na stację przy Smith Street, gdzie przesiedli się do metra i w milczeniu odbyli

podróż na Manhattan. Na Huston Street Rolly wstała i wybiegła drobnym kroczkiem z wagonu, a kiedy ją dogonił, nie mógł się powstrzymać od pytania, dokąd idą. Nie potrafił już zachować luzu.