– Do Mermelsteina odparła. – To ostatnia w tym mieście hurtownia dobrej skóry na oprawy.
– I sprzedają ci detalicznie?
– Pan Mermelstein mnie lubi.
– No, proszę. Czy on cię… tego? – Crosetti wykonał wymowny gest.
Szli po schodach. Rolly przystanęła raptownie.
– Nie, on mnie nie tego. Naprawdę żałuję, że powiedziałam ci o Sidneyu. Czy będziesz mi teraz truł o tym za każdym razem, kiedy wspomnę o swoich kontaktach służbowych z jakimś mężczyzną?
– Natychmiast wymazuję to z pamięci – obiecał, naprawdę zawstydzony.
Miał jednak niejasne wrażenie manipulacji z jej strony. Zastanawiało go również, dlaczego Carolyn idzie do hurtownika. Wszyscy ludzie z branży wiedzieli, że główny ośrodek introligatorstwa w Nowym Jorku znajduje się na Brooklynie, w Borough Park. Już miał ją o to zapytać, lecz nagle sam się domyślił: handlarze książkami i wielcy kolekcjonerzy mieli rozległe kontakty wśród introligatorów. Gdyby któremuś z nich zaproponowano uszkodzone w pożarze Podróże Churchilla po obniżonej cenie, ów sprawdziłby u introligatorów, czy książka nie była poddawana renowacji. Żadnemu kolekcjonerowi nie przyszłoby do głowy, że sprzedający dokonał jej sam, z surowego materiału. Crosetti był bardzo zadowolony ze swojego odkrycia; przejrzenie pokrętnych zamiarów Rolly działało na jego korzyść.
Idąc Houston Street, dotarli do starego budynku w pobliżu Drugiej Alei, gdzie w wielkim cuchnącym pomieszczeniu rozłożone były zwierzęce skóry. Crosetti oparł się o jedną ze stert i patrzył, jak Rolly negocjuje ze starszym mężczyzną w mycce, zrudziałym czarnym ubraniu i kapciach. Można było odnieść wrażenie, że się dobrze bawią; Crosetti zauważył, że Rolly lekko zmieniła sposób mówienia. Uśmiechała się często do Mermelsteina, ze dwa razy nawet wybuchnęła śmiechem i w ogóle wydawała się pewniejsza siebie, bardziej agresywna niż ta Carolyn, którą znał, jakby bardziej… czy to możliwe?… żydowska? Jej mowa też nabrała tempa i akcentu z przedmieść.
Napomknął o tym, kiedy opuścili pracownię, z małym rulonem wyśmienitej cielęcej skóry zawiniętej w papier pakowy.
– Wszyscy tak postępują – odparła beztrosko. – Kiedy mówisz do kogoś, przybierasz jego manierę, naśladujesz go. Ty tego nie robisz?
– Pewnie tak – przyznał i jednocześnie pomyślał: Owszem, ale ja jestem przede wszystkim konkretną osobą, a kim ty jesteś, skarbie? Przećwiczył sobie w myślach to pytanie, zastanowił się nad intonacją, z jaką zamierzał je wypowiedzieć, lecz w końcu zrezygnował. Spytał tylko: Teraz dokąd?
– Dojedziemy metrem do Czternastej Ulicy, a stamtąd na Columbię. Za trzy kwadranse mamy spotkanie z profesorem Bulstrode'em.
– A może byśmy najpierw coś przekąsili? Nie miałem nic w ustach od wczorajszego wieczoru.
– Zjadłeś mi wszystkie ciasteczka.
– Ach, słusznie, przepraszam. Twoje czerstwe ciasteczka. Co się z tobą dzieje, Carolyn? Dlaczego nie żyjesz jak normalny człowiek, w umeblowanym mieszkaniu, z jedzeniem w lodówce i obrazami na ścianach?
Skręciła w stronę stacji metra.
– Mówiłam ci. Jestem biedna.
Przyśpieszył, żeby się z nią zrównać.
– Nie aż tak biedna. Masz pracę. Zarabiasz więcej ode mnie. Na co wydajesz pieniądze?
– Nie mam matki, z którą mogłabym mieszkać odparła krótko.
– Dzięki. Przywołałaś mnie do porządku.
– Zgadza się. Nie jestem pewna, czy coś zrozumiałeś. Jestem kompletnie sama na świecie, bez jakiegokolwiek wsparcia. Żadnych braci, sióstr, kuzynów, ciotek, wujów, ojców chrzestnych. Mam urzędniczą pensję, bez premii i dodatków. Jeśli zachoruję, znajdę się na ulicy. Doświadczyłam już tego i nie zamierzam tam wracać.
– Kiedy byłaś na ulicy?
– Nie twoja sprawa. Dlaczego jesteś taki wścibski? Działa mi to na nerwy.
Nadjechał pociąg i wsiedli do wagonu. Kiedy ruszyli, Crosetti skorzystał z prywatności, jaką zapewniał hałas, i powiedział:
– Przepraszam. Mam to po matce. Ona siada w metrze obok jakiegoś obcego człowieka i po dwóch przystankach ten ktoś opowiada jej historię swego życia. Wiesz, Carolyn, większość ludzi lubi mówić o sobie.
– Wiem i uważam to za stratę czasu, tę całą gadaninę o ciężkim losie. Albo wymuszanie komplementów. „Och, Glorio, wcale nie jesteś taka gruba”. „Ach, pani syn studiuje w Colgate? Musi pani być z niego bardzo dumna!”
– Ale tak właśnie zachowują się ludzie. No bo o czym jeszcze mówić? O książkach? O introligatorstwie?
– Przede wszystkim powiedziałam ci, że nie jestem szczególnie interesującą osobą, ale wygląda na to, że nie chcesz mi uwierzyć.
– Moim zdaniem jesteś fascynująca.
– Nie gadaj bzdur! Prowadzę bardzo nudne życie. Jadę do roboty, wracam do domu, pracuję w swoim zawodzie, liczę dni, kiedy będę wreszcie mogła uczyć się tego, co mnie naprawdę interesuje.
– Filmy – powiedział Crosetti. – Możemy porozmawiać o filmach. Jaki jest twój ulubiony film?
– Żaden. Nie mogę sobie pozwolić na kino. I, jak już oczywiście wiesz, nie mam telewizora.
– Ach, przestań! Każdy ma swój ulubiony film. Musiałaś przecież chodzić do kina w swoim rodzinnym mieście.
Nie odpowiedziała.
– Czyli gdzie? – nie ustępował.
– No dobrze, a jaki jest twój ulubiony film? – zapytała bez większego zainteresowania.
– Chinatown. Nie powiesz mi, skąd pochodzisz?
– Z nieciekawych okolic. O czym jest ten film?
– O czym jest ten film?! Nie widziałaś Chinatown?.
– Nie.
– Carolyn, wszyscy widzieli Chinatown. Nawet ludzie, których jeszcze nie było na świecie, kiedy ten film wszedł na ekrany. Rany boskie, są takie kina, nawet w… Mogadiszu, gdzie pokazują to całymi tygodniami. Najlepszy scenariusz oryginalny, jaki kiedykolwiek napisano, uhonorowany Oscarem, film był nominowany
w jeszcze jedenastu kategoriach… Jak mogłaś tego nie widzieć? To prawdziwy pomnik kultury.
– Najwidoczniej nie mojej kultury. Wysiadamy.
Pociąg zahamował ze zgrzytem przy Sto Szesnastej Ulicy i ruszyli do wyjścia. Carolyn kroczyła w charakterystyczny dla siebie sposób, jakby zniecierpliwiona, on dreptał za nią. Początkowe wrażenie, że Carolyn Rolly jest wampirzycą albo inną istotą nie z tego świata, było całkiem trafne. Skoro nie widziała Chinatown…
Przez imponującą bramę wkroczyli na teren kampusu Columbii. Crosetti bywał tu czasami, aby obejrzeć jakiś film wyświetlany w klubie studenckim, i zawsze, podobnie jak teraz, towarzyszyło mu niejasne uczucie żalu. Kiedy miał dwanaście lat, matka wzięła go do kampusu i oprowadziła po jego terenie. Uzyskała tu dyplom bibliotekarki i pragnęła, jak wiedział, żeby poszedł w jej ślady. Ale nie był typem kujona, który mógłby zdobyć oceny wymagane od białego nowojorczyka i dostać stypendium, a opłacanie studiów z emerytury policjanta i pensji bibliotekarki nie wchodziło w rachubę. Zaczął więc studia w Queens College, „całkiem dobrej uczelni”, jak mawiała często matka, dodając: „Jeśli odniesiesz sukces, nikt nie będzie pytał, gdzie się uczyłeś”. Mimo wszystko jednak odczuwał rodzaj przykrości i przyłapał się na tym, że kiedy jest na kampusie, przygląda się uważnie twarzom studentów i łowi uchem strzępy rozmów, żeby sprawdzić, czy odczuje przepaść między tymi mądralami z Ivy League a sobą. Nie odczuwał.
Carolyn Rolly, jak wiedział, studiowała na Barnardzie, po drugiej stronie ulicy. Był chodzącą dokumentacją w antykwariacie Sidneya Glasera i wykorzystał to stanowisko, aby poznać w szczegółach jej życiorys. Teraz nie miał najlepszego mniemania o tej uczelni, no bo jeśli nie zapewniała znajomości Chinatown… To właśnie dlatego Carolyn jest taka wyniosła; w końcu studiowała na elitarnej uczelni i pewnie miała opinię świetnej studentki, a że, jak powiedziała, jest biedna, na pewno udało jej się zdobyć stypendium.