Выбрать главу

Odczuł chęć, by jej dokuczyć.

– A więc znów na swoim dawnym kampusie, co, Carolyn? – powiedział. Pewnie przypominają ci się stare dobre czasy w tym elitarnym college'u. Słuchaj, jeśli

obowiązują tu jakieś szczególne zwyczaje żeby nie stawiać nogi na pewnych płytach chodnikowych albo kłaniać się posągowi czy coś w tym rodzaju – to mi powiedz, bo nie chciałbym cię wprawiać w zakłopotanie.

– O czym ty mówisz?

– O tobie i twoich studenckich czasach. Rocznik dziewięćdziesiąt dziewięć, zgadza się? Barnard?

– Myślisz, że studiowałam na Barnardzie?

– Tak, to było… urwał, lecz ona natychmiast zorientowała się, w czym rzecz.

– Ty mały szpiegu! Czytałeś moje CV!

– A tak, mówiłem ci, że mnie to interesuje. Przeszukałem też twoją szufladę z bielizną, kiedy spałaś.

Wydało mu się, że dostrzega na jej twarzy cień niekłamanego strachu, ale ten natychmiast zniknął, zastąpiony przez wyraz zaprawionej rozbawieniem pogardy.

– Wątpię – powiedziała. A tak dla twojej wiadomości: nie studiowałam na Barnardzie.

– Skłamałaś w swoim podaniu?

– Oczywiście, że skłamałam. Szukałam pracy i wiedziałam, że Glaser jest absolwentem Columbii, a jego żona była na Barnardzie, więc wydało mi się to dobrym pomysłem. Przyszłam tutaj, podłapałam trochę tutejszego sposobu mówienia, nauczyłam się topografii, posłuchałam trochę wykładów, przejrzałam katalogi. Nigdy nie sprawdzają CV. Mogłeś powiedzieć, że studiowałeś na Harvardzie. Gdybyś to zrobił, Glaser na pewno płaciłby ci znacznie więcej.

– Na miłość boską, Rolly! Czy ty w ogóle nie masz zasad moralnych?

– Nie robię nic złego – powiedziała, rzucając mu wściekłe spojrzenie. – Nie mam nawet świadectwa ukończenia szkoły średniej, a nie chcę pracować w sklepie ze słodyczami ani sprzątać, a tylko to mogą robić kobiety bez wykształcenia. Albo zostać dziwką.

– Chwileczkę, każdy chodzi do szkoły średniej. To obowiązkowe.

Przystanęła i odwróciła się do niego. Spuściła głowę, odetchnęła kilka razy głęboko, a potem spojrzała mu prosto w oczy.

– Tak, ale kiedy moi rodzice zginęli w wypadku, zamieszkałam u obłąkanego wuja Lloyda, który zamknął mnie w piwnicy i trzymał tam od jedenastego do siedemnastego roku życia. Nie miałam okazji chodzić do szkoły, byłam za to wielokrotnie gwałcona. No, chciałbyś wiedzieć coś jeszcze o mojej przeklętej przeszłości?

Crosetti stał z otwartymi ustami i czuł, że twarz mu płonie. Dostrzegł łzy drżące na jej rzęsach.

– Przepraszam wychrypiał.

Odwróciła się i odeszła szybko, niemal biegnąc, on zaś po pełnej wstydu chwili ruszył za nią i wszedł do budynku z ciemnej cegły, z kolumnowym portykiem, a potem wspiął się po dwóch kondygnacjach schodów, kulejąc nieco, bo po drodze kopał się mocno w kostki. Okay, historia skończona, wyrzuć ją z głowy. Robił to już Bóg wie ile razy, zdarzało mu się to wcześniej, zwykle nie w tak głupi sposób, nie z własnej winy. Mimo to miał jeszcze szansę zachować się z klasą, załatwić tę sprawę z Bulstrode'em skinięcie głową, uścisk dłoni i do widzenia. Boże! Jak mógł być tak beznadziejnie głupi! Kobieta mówi mu, że nie chce rozmawiać o swojej przeszłości, a on oczywiście nie robi nic innego, tylko… Ale już byli na miejscu, Rolly zapukała w matową szybę, a ze środka dobiegł afektowany głos:

– Taaak?

Mężczyzna był w kamizelce; kiedy weszli, wkładał właśnie marynarkę z brązowego tweedu. Niski, pulchny, po pięćdziesiątce, matowe włosy średniej długości zaczesywał gładko, tak by zakrywały łysinę na ciemieniu. Podwójny podbródek, okrągłe okulary w szylkretowej oprawce. Dłoń miał nieprzyjemnie miękką i wilgotną. Crosetti już go nienawidził; była to miła odmiana po niedawnym przypływie pogardy dla samego siebie.

Usiedli. Mówiła Rolly. Bulstrode'a interesował wiek manuskryptu oraz pochodzenie Churchilla, w którego okładkach go znaleźli. Podała mu te szczegóły w lakonicznej formie i – o ile Crosetti mógł to ocenić precyzyjnie. Rozglądał się po gabinecie, pomieszczeniu niewiele większym od łazienki, z jednym zakurzonym oknem od strony Amsterdam Avenue. Oszklona szafka na książki, z zapełnioną tylko jedną półką, poza tym sterty niedbale rzuconych papierów. Prócz tego dwa

drewniane fotele (na których siedzieli z Rolly), standardowe drewniane biurko, mocno podniszczone, na nim stosy papierzysk i gazet oraz duże oprawione zdjęcie, którego Crosetti nie mógł zobaczyć, choć wiercił się i wyciągał szyję, starając się jednak nie naruszyć zasad dobrego wychowania.

– To bardzo interesujące, panno Rolly – mówił właśnie uczony. – Czy mógłbym obejrzeć te dokumenty?

Spojrzeli oboje na Crosettiego, a jemu serce zamarło jak człowiekowi, któremu nieznany lekarz każe się rozebrać i włożyć szpitalną koszulę. Te papiery należały do niego, a teraz ktoś obcy, ktoś, kogo nie znał, miał je wziąć z jego rąk, aby stwierdzić, że są autentyczne, albo odrzucić jako fałszerstwo. Oczy Bulstrode'a za grubymi szkłami były chciwe, właściwie obłąkane, oczy Rolly zaś, puste niebieskie pola, nie wyrażały więcej uczucia niż samo niebo. Musiał zwalczyć w sobie pokusę, by nie złapać koperty i nie uciec. Zamiast tego wyciągnął tylko list Bracegirdle'a do żony. Łatwo było odróżnić dotykiem te kartki od reszty papierów. Zobaczmy, co ten świr ma do powiedzenia o liście, zanim pokażemy mu zaszyfrowany tekst, pomyślał Crosetti.

Zagłębił się w fotel, a tymczasem Bulstrode wziął list i rozpostarł kartki na swym biurku. To strach kazał Crosettiemu wręczyć je profesorowi, paniczny lęk, że okaże się w oczach tej przeklętej kobiety jeszcze większym głupcem niż dotychczas. Wiedział, że nigdy nie wyrzuci ze swej pamięci hańby towarzyszącej tamtej chwili, że do końca życia będzie nosił ten obraz, że będzie się on pojawiał nieoczekiwanie, aby niweczyć radość i pogłębiać depresję. I inny obraz dziewczyny zamkniętej w piwnicy, nasłuchującej kroków swego dręczyciela. I nigdy nie pomoże jej swoją miłością, to też spieprzył. Jesteś dupkiem, Crosetti, kompletnym idiotą…

– Czy potrafi pan to odczytać, panie profesorze?

To Rolly; dźwięk jej głosu wyrwał Crosettiego z błogiej krainy samobiczowania. Bulstrode odchrząknął głośno i powiedział:

– Ach, tak, oczywiście. Styl jest ciężki, ale treść jasna. Myślę, że ten człowiek

dużo pisał. Nie miał wykształcenia, jak sądzę, nie uczęszczał na uniwersytet, ale

był piśmienny. Może pełnił jakąś funkcję urzędniczą? To znaczy wcześniej.

Bulstrode wrócił do lektury. Minuty mijały, upłynęło może pół godziny, które wydały się Crosettiemu czasem spędzonym w fotelu dentystycznym. W końcu profesor wyprostował się i oznajmił:

– No tak, ogólnie rzecz biorąc, mamy tu bardzo interesujący i wartościowy dokument. Wskazał kartki. Jest to najwyraźniej ostatni list człowieka nazwiskiem Richard Bracegirdle, który dwudziestego trzeciego października tysiąc sześćset czterdziestego drugiego roku odniósł rany w bitwie pod Edgehill, pierwszej wielkiej bitwie angielskiej wojny domowej. Pisze ten list, jak się wydaje, z Banbury, miasta znajdującego się w pobliżu pola bitwy.

– A co z Szekspirem? – zapytał Crosetti.

Bulstrode spojrzał na niego pytająco i zamrugał zza grubych szkieł.

– Słucham? Sądzi pan, że są tu jakieś wzmianki o Szekspirze?

– No tak! Ten facet pisze, że szpiegował Szekspira. Że ma rękopis jednej z jego sztuk, więcej że to on mu zlecił napisanie tej sztuki dla króla. To jest tu, na stronie z podpisem.