Выбрать главу

– Ach, tak. Panie Crosetti, zapewniam, że nie ma tam niczego takiego. Stare pismo może być bardzo mylące dla… hm… amatora i ludzie dostrzegają mnóstwo różnych znaczeń, które w rzeczywistości nie istnieją. To jak doszukiwanie się różnych kształtów i obrazów w chmurach.

– Nie, proszę spojrzeć, to jest tutaj powiedział Crosetti. Wstał z fotela i obszedł biurko. Wziął rękopis i wskazując odpowiednie miejsce, powiedział: – Mówię o tym fragmencie. Tu jest napisane: Opowiadają one prawie wszystko o lordzie D., jego intrydze i naszym szpiegowaniu utajonego papisty Shaxpure'a. Za takiego go przynajmniej mieliśmy, chociaż dziś jestem tego mniej pewny. W tym względzie i zawiłościach życia był Nikim. Ale pewnym jest, że napisał o M. Szkockiej dramę, którą w imieniu Króla u niego zamówiłem. Dziwne mi się wydaje, że chociaż nie żyje i on takoż, to jednak jego drama pozostaje żywą, napisana jego własną ręką, i spoczywa tam, gdzie tylko ja wiem, i tam może pozostać na wieki.

Bulstrode poprawił okulary i zakasłał sucho. Sięgnął po lupę, którą posługiwał się wcześniej, i przyłożył ją do wskazanego fragmentu.

– Muszę przyznać, że ma pan wyobraźnię, panie Crosetti, ale tu pan się my

li. W rzeczywistości brzmi to tak: „Opowiadają one prawie wszystko o lordzie D.,

jego intrydze i naszym okradaniu utajonym jurysty Stanpure'a”. Człowiek ten musiał być jakimś pośrednikiem tego lorda D. Dalej natomiast: „Za bogatego go przynajmniej mieliśmy, chociaż dziś jestem tego mniej pewny. W tym względzie i zbrodniczościach życia był Nikim”. A potem pisze: „jego dobra pozostają skryte, zakopane jego własną ręką”. W każdym razie ten człowiek najwidoczniej umierał i kiedy to pisał, był w fatalnym stanie ducha. Przeskakuje z tematu na temat. Właściwie większa część tego, co tu pisze, może być czystą fantazją związaną z jego życiem i snutą w delirium. Ale dokument jest dość interesujący sam w sobie, bez napomknień o Szekspirze.

– A o czym jeszcze jest mowa?

– Ach, jest tu całkiem żywy opis bitwy, a takie rzeczy są zawsze interesujące dla historyków wojskowości. I najwyraźniej służył we wczesnym okresie wojny trzydziestoletniej. Był pod Białą Górą, pod Lützen i Breitenfeld, choć na ten temat nie ma tu żadnych szczegółów. Szkoda. Wygląda na to, że był zawodowym artylerzystą i wyszkolonym odlewnikiem. Twierdzi też, że odbył podróż do Nowego Świata i że jego statek rozbił się w pobliżu Bermudów. Bardzo ciekawy dokument o życiu w osiemnastym wieku, nawet o życiu niezwykłym, potencjalnie wielkiej wartości dla pewnej wąskiej dziedziny studiów, choć podejrzewam, że autor miał w sobie coś z Münchhausena. Ale obawiam się, że nie ma tu nic o Szekspirze. – Umilkł. Ołowiana cisza trwała dobre pół minuty, zanim dodał: – Chętnie kupiłbym to od pana, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu.

Crosetti spojrzał na Carolyn, która przybrała obojętny wyraz twarzy. Przełknął ślinę i zapytał:

– Za ile?

– Och, myślę, że za manuskrypt z epoki króla Jakuba… powiedzmy, trzydzieści pięć będzie dobrą ceną.

– Trzydzieści pięć dolarów?

Pobłażliwy uśmiech.

– Setek, oczywiście. Trzy i pół tysiąca. Mogę panu od razu wypisać czek.

Crosetti poczuł ucisk w żołądku, na czoło wystąpił mu perlisty pot. To byłby błąd. Nie miał pojęcia, skąd to wie, ale wiedział. Jego ojciec mówił w takich przypadkach o instynkcie, choć zawsze nazywał go swoim „nosem” – posługiwał się

nim, kiedy znalazł się w sytuacji zagrożenia. I teraz nos podyktował Crosettiemu, co ma powiedzieć.

– Ach, nie, dziękuję. Myślę, że zasięgnę jeszcze innej opinii. To znaczy po

przetłumaczeniu. Proszę się nie obrazić, panie profesorze, ale chciałbym wykluczyć ewentualność, że… – Wykonał nieokreślony gest. Ponieważ przez cały czas stał, mógł bez trudu zebrać kartki z biurka i z powrotem zawinąć je w papier.

Bulstrode wzruszył ramionami.

– No cóż powiedział decyzja należy do pana, ale wątpię, czy uzyska pan lepszą cenę. – Po czym, zwróciwszy się do Carolyn, zapytał: – A jak się miewa ostatnio nasz drogi Sidney? Mam nadzieję, że przyszedł do siebie po szoku wywołanym pożarem?

– Tak, już jest dobrze – odpowiedziała Carolyn głosem tak niepodobnym do swojego, że Crosetti przerwał pakowanie i spojrzał na nią z uwagą.

Miała zbolały wyraz twarzy, ale nie potrafił sobie wytłumaczyć dlaczego.

– Mógłbyś wyjść ze mną na chwilę? – zapytała. – Pan wybaczy, panie profesorze.

Bulstrode posłał im oficjalny uśmiech i skinął w stronę drzwi.

Na zewnątrz kręciła się charakterystyczna dla letniej pory garstka studentów i wykładowców; najwidoczniej była właśnie przerwa w zajęciach. Rolly chwyciła Crosettiego za ramię i wciągnęła do wnęki, dotykając go po raz pierwszy od poprzedniego wieczoru, kiedy to dostała ataku płaczu. Przywarła do jego ramienia i zaczęła mówić gorączkowo, ochrypłym, pełnym napięcia głosem:

– Słuchaj! Powinieneś mu sprzedać te przeklęte papierzyska!

– A niby dlaczego? Przecież to jasne jak słońce, że próbował zamydlić nam oczy.

– Nie, Crosetti. On miał rację. Tam nie ma żadnej wzmianki o Szekspirze. To tylko opis oszustw jakiegoś urzędniczyny, który umiera i wyznaje swoje grzeszki.

– Nie wierzę w to.

– Dlaczego? Jakie masz dowody? Pobożne życzenia i trzy godziny obcowania ze starym, siedemnastowiecznym pismem?

– Być może, ale zamierzam to pokazać komuś innemu, komuś, komu ufam.

Mówiąc to, zauważył w jej oczach łzy, a na twarzy grymas.

– O Boże, nie dobijaj mnie! Crosetti, czy ty nic nie rozumiesz? On zna Sidneya. Jak myślisz, dlaczego wspomniał o nim właśnie teraz?

– Okay, zna Sidneya – i co z tego?

– Co z tego?! Jezu, człowieku, czy nic do ciebie nie dociera? Wie, że manuskrypt pochodzi z Podróży, a tym samym wie, że rozłożyłam tę książkę. To zaś oznacza…

– …że nie tylko ją porozcinałaś, jak kazał ci Sidney. Próbujesz ją odrestaurować, a zatem chcesz ją sprzedać. I on może… co mianowicie? Zagrozić, że powie o tym Sidneyowi, jeśli nie damy mu manuskryptu?

– Oczywiście! Powie mu, a wtedy Sidney… sama nie wiem, na pewno wyleje mnie z pracy i może nawet wezwie policję. Widziałam, jak postępował ze złodziejami w antykwariacie. Ma obsesję na tym punkcie, nienawidzi ludzi, którzy kradną książki. Ja nie mogę… nie mogę ryzykować… O Boże, co za koszmar!

Teraz płakała naprawdę, może nie tak histerycznie jak wieczorem, ale niewiele już jej brakowało, a tego Crosetti nie chciał po raz drugi doświadczyć.

– Hej, spokojnie! – powiedział. – Czego nie możesz ryzykować?

– Spotkania z policją. Nie mogę mieć z nią do czynienia.

Nagłe olśnienie.

– Szukają cię. – Nie było to pytanie. Teraz rzecz wydawała się oczywista; po

winien się zorientować od razu.

Skinęła głową.

– Za co? spytał.

– Och, proszę cię! Nie przesłuchuj mnie!

– Nie zarżnęłaś chyba wujka Lloyda?

– Co? Nie, oczywiście, że nie. Taka tam głupia historia z prochami. Potrzebowałam na gwałt pieniędzy i dostarczyłam towar pewnym znajomym. To było w Kansas, więc oczywiście zrobiło się trzęsienie ziemi i… Boże, co ja mam robić?!

– Okay, weź się w garść powiedział, opierając się pokusie, by nie objąć jej ramieniem. – Wróć do niego i powiedz, że się zgadzam.

Przyśpieszył kroku, a na jej twarzy pojawiła się panika; z przyjemnością odnotował, że złapała go kurczowo za ramię jak rozbitek, który czepia się szczątków statku.

– Dokąd idziesz?