Выбрать главу

– Muszę najpierw coś załatwić – odparł. – Nie martw się, Carolyn, wszystko będzie dobrze. Wracam za dziesięć minut.

– Co mam mu powiedzieć? zapytała.

– Że dostałem sraczki, tak się podnieciłem jego fantastyczną ofertą, i teraz siedzę w toalecie. Za dziesięć minut!

Odwrócił się i zbiegł ze schodów, pokonując po trzy stopnie naraz. Pod pachą ściskał zrolowane rękopisy. Wypadł na dwór i klucząc po dziedzińcu wśród młodych ludzi z wyższą średnią ocen, niż on miał kiedykolwiek, wbiegł do przepastnego, ozdobionego kolumnadą gmachu Biblioteki Butlera. Jego matka – dzięki temu, że była zatrudniona w bibliotece naukowej znała niemal wszystkie bibliotekarki w mieście i z wieloma się przyjaźniła. Crosetti od dziecka znał Margaret Park, szefową Butlera, zadzwonił więc do niej i bez trudu uzyskał przepustkę. Wszystkie duże biblioteki mają odpowiednie kserokopiarki, na których można odbić stronice in folio; Crosetti zszedł do podziemi, żeby skopiować wszystkie papiery Bracegirdle'a. Zdziwionej, lecz przychylnej pani Park wyjaśnił, że jest to związane z filmem, który ma szansę nakręcić (co po części było prawdą), i zapytał, czy mógłby też dostać tekturową tubę i kupić znaczki.

Włożył zwinięte w rulon kopie do tuby razem z oryginałami zaszyfrowanych listów. Zastanawiał się, dlaczego nie pokazał ich Bulstrode'owi razem z listem Bracegirdle'a. Pewnie dlatego, że facet był dupkiem i choć Crosetti nie mógł tego dowieść – chciał go orżnąć na tej transakcji,. Należało też wziąć pod uwagę sytuację Carolyn. Lecz zatrzymanie zaszyfrowanych listów dla siebie sprawiło mu dziwną przyjemność. Z Szekspirem czy bez, stronice te przechowywały swoją tajemnicę przez cztery stulecia, dlatego nie chciał wypuścić ich z rąk, on, który wydobył je na światło dzienne. Zapieczętował tubę, wypisał adres na nalepce, nakleił znaczki i położył przesyłkę na wózku z korespondencją przeznaczoną do wysyłki. Chwilę później biegł już z powrotem do Hamilton Hall.

Po kwadransie znów szli przez kampus, lecz w przeciwnym kierunku. Crosetti miał w portfelu czek na trzy i pół tysiąca i nie czuł się zbyt dobrze, bo podejrzewał, że został wykiwany, ale uważał też, że postąpił słusznie. Kiedy dorastał, określenie „słuszny postępek” miało w jego domu ogromną wagę. Ojciec był detektywem drugiego stopnia w nowojorskiej policji, w czasach gdy funkcja ta oznaczała branie łapówek, ale Charlie Crosetti nie brał i tracił na tym do czasu, aż Serpico ujawnił swoje rewelacje, a szefowie zaczęli na gwałt poszukiwać uczciwych funkcjonariuszy i awansowali go na porucznika w wydziale zabójstw w Queens. W domu uznano to za dowód, że cnota jest nagradzana. Młody Crosetti wciąż skłonny był w to wierzyć pomimo dowodów świadczących o czymś przeciwnym. Kobieta idąca obok niego zdawała się mieć zasady moralne za nic. To prawda, została ohydnie skrzywdzona (tak przynajmniej twierdziła), lecz reagowała na to jakąś desperacką amoralnością, z którą trudno było mu się pogodzić. Każdy łobuz ma swoją historyjkę o ciężkim losie, jak mawiał jego tato. Ale nie mógł uznawać Carolyn Rolly za zwykłego łobuza. Dlaczego? Bo nie pozwalały mu na to gruczoły płciowe? Dlatego, że jej pożądał? Nie, nie dlatego, albo nie tylko dlatego. Chciał ukoić jej ból, przywołać uśmiech na jej twarz, wyzwolić w niej dziewczynę, którą przelotnie dostrzegał pod powłoką oschłej, ascetycznej introligatorki.

Przyglądał się, jak powłóczy nogami, milcząca, ze spuszczoną głową, ściskając swój rulon skór. Nie, nie zakończy tego uściśnięciem dłoni w metrze, nie pozwoli jej odpłynąć z powrotem do zamkniętego świata. Przystanął i położył jej rękę na ramieniu.

– Zaczekaj – powiedział. – Co teraz robimy?

– Muszę iść na Brooklyn po papier na wyklejki – odparła ponuro. – Nie musisz mi towarzyszyć.

– To może zaczekać. A my zrobimy teraz rzecz następującą: wejdziemy do oddziału Citibanku i zrealizujemy czek, który mam w portfelu. Potem pojedziemy taksówką do Bloomie's i tam kupię sobie marynarkę, spodnie i koszulę, no i może włoskie mokasyny, a ty sukienkę, kolorową, taką na lato, i może kapelusz. Potem przebierzemy się w nowe ciuchy i nie śpiesząc się, zjemy w eleganckiej restauracji lunch z winem. A później… no, nie wiem… pochodzimy po mieście, pójdziemy do

muzeum albo do galerii, albo pooglądamy wystawy, aż znów zgłodniejemy i zafundujemy sobie kolację, a potem odwiozę cię taksówką do twojego wielkiego nielegalnego loftu, dwóch krzeseł i zimnego łóżka.

Co maluje się na jej twarzy? – pytał sam siebie. – Strach, zaskoczenie, zachwyt?

– To śmieszne powiedziała.

– Wcale nie. To jest dokładnie to, co powinien zrobić przestępca z nieuczciwie zdobytymi pieniędzmi. Możesz przez jeden dzień być kochanką gangstera.

– Nie jesteś przestępcą.

– Jestem. Spieniężyłem własność swojego pracodawcy, co, jeśli chcesz wiedzieć, według litery prawa jest kradzieżą mienia o dużej wartości. Ale gwiżdżę na to. No, Carolyn! Czy nie masz czasem dość tego biedowania, liczenia się z każdym groszem, kiedy twoja młodość z każdym dniem odchodzi?

– Nie wierzę własnym uszom – odparła. – To brzmi jak tekst z kiepskiego filmu.

– Ale przecież nie chodzisz do kina, więc skąd wiesz? Zresztą akurat masz absolutną rację. Tak właśnie mówią na filmach, bo chodzi o to, żeby widzowie odczuwali radość, żeby utożsamiali się z pięknymi ludźmi, którzy się dobrze bawią. I teraz my się zabawimy, będziemy naśladować sztukę, zagramy we własnym filmie i zobaczymy, jak to wszystko wygląda w prawdziwym życiu.

Widział, że się zastanawia, ostrożnie rozważa propozycję, zupełnie jakby zamierzała zrobić pierwszy krok po zdjęciu gipsu ze zrośniętej kończyny.

– Nie – powiedziała w końcu. – Jeśli te pieniądze palą ci dłonie, to czemu po prostu mi ich nie dasz? Mogłabym za to przeżyć trzy miesiące…

– Nie o to chodzi, Carolyn. Najważniejsze, żeby czegoś doświadczyć, choć raz zaszaleć, zjeść krwisty befsztyk zamiast tych pieprzonych kluch!

Chwycił ją za ramię i pociągnął na drugą stronę ulicy.

– Puść mnie!

– Wykluczone. Jeśli nie chcesz iść po dobroci, to cię porywam. A to już jest poważne przestępstwo.

– A jeśli zacznę krzyczeć?

– Krzycz sobie do woli. Gliny mnie aresztują, a wtedy wyciągną ze mnie całą

historię ze starą księgą i manuskryptem. Co wtedy będzie z tobą? Wylądujesz w rynsztoku, zamiast iść do eleganckiej restauracji i w szałowej nowej sukni popijać szampana. Lepiej zdecyduj od razu, mała, bo właśnie jesteśmy pod bankiem.

Kupił dla siebie beżową jedwabno-lnianą marynarkę od Varvatosa za trzysta pięćdziesiąt, lniane spodnie, czarną jedwabną koszulę i pasujące do kompletu włoskie mokasyny, a ją niemal zmusił do wybrania kwiecistej sukienki od Prady z plisowanym przodem, jedwabnego szala pod kolor i pantofli, kilku kompletów oszałamiającej bielizny La Perla i dużego kapelusza z zadartym rondem w stylu angielskiej uczennicy, za co zapłacił prawie tysiąc dolarów. Potem zjedli lunch w Metropolitan Museum i obejrzeli wystawę Velazqueza, poszli do Ficka na popołudniowy koncert, o którym przypadkowo wiedział, bo mama dostała bilety od kogoś ze swojej bibliotecznej mafii i namawiała go, żeby się wybrał (idźże z jakąś dziewczyną!), i był to kolejny cud, bo nosił ten cholerny bilet w portfelu przez dwa tygodnie, nie zamierzając z niego korzystać, a okazało się, że koncert jest właśnie tego dnia! A więc poszli i wysłuchali Concerto vocale Monteverdiego z cyklu muzyki sakralnej. Siedzieli na składanych krzesełkach, a muzyka przenosiła ich w niebiańskie regiony, odpowiednio do ich duchowego rozwoju na tym etapie.

Crosettiemu świat ten nie był obcy, gdyż jego matka żywiła przekonanie, że amerykańskie barbarzyństwo nie jest dla niego odpowiednie, ale gdy ukradkiem zerknął na Carolyn, zauważył oznaki oszołomienia. Albo zmęczenia, trudno było się zorientować, a po koncercie nie odważył się o to zapytać. To ona sama powiedziała po jednej z dłuższych chwil milczenia: