Выбрать главу

Wciągnęliśmy na barki harmatę i wszystko, co potrzebne osobno, jak 500 kul, stemple, lonty etc, i do Pool, gdzie marynarze uwiązali harmatę na okręcie „Groene Draeck”, sześciometrowej korwecie należącej do kapitana Willema van Brille. I tak przy pomyślnym wietrze pożeglowaliśmy. Trzy dni trwała podróż i morze było spokojne jak na zimową porę, niezbyt mroźno, i jedliśmy świeży chleb i syr, i solonego śledzia, i piliśmy ale. W Sluys, ponurym mieście jak na moje oko, wszystko z cegły brązowej albo czerwonej i zrobiliśmy bardzo dobry interes, jako że Ispanie od wielu miesięcy zajmowali Ostendę, jedyny port w zachodniej Flandrii. Wyładowaliśmy więc harmaty i umieściliśmy je na lawetach.

Za długo się rozwodzę nad swoją durną młodością i boję się, że mało mam już czasu. Moja rana dokucza bardziej niż przedtem i medykus powiada, że mi zostały dwa dni, nie więcej.

7

Tak, groteskowa. Czy odmalowałem siebie jako słynnego w całym mieście rozpustnika? To nieprawda. Raczej łatwo się zakochuję, a to nie to samo. Tak, doktorze Freud, kompensuję sobie brak macierzyńskich uczuć. Tak, doktorze Jung, nie potrafię się pogodzić ze swoją negatywną animą; tak, Ojcze, zgrzeszyłem z własnej winy, uczynkiem i zaniedbaniem. A jednak, upieram się, nie chodzi tylko o seks. Pod tym względem z nikim nie łączyły mnie lepsze relacje niż z Amalie, ale widać to nie wystarczyło. Od początku naszego małżeństwa miałem kogoś na boku, a jak już chyba wspominałem, w Nowym Jorku nie brakuje ku temu okazji.

Ingrid, moja aktualna przyjaciółka, jest tu dobrym przykładem. A niecierpliwy mądry czytelnik może pomyśleć: Ach, nie chce mówić o Mirandzie, gra na zwłokę. To prawda, ale co z tego? Może umrę, ale nie umieram w tej chwili jak biedny Bracegirdle; być może mam przed sobą jeszcze mnóstwo czasu.

Ingrid pozostawała od dwunastu lat w szczęśliwym związku z Guyem, odnoszącym sukcesy producentem telewizyjnym, absolutnym księciem wśród mężczyzn, szczególnie arystokratycznym w porównaniu z wieloma innymi w tym

biznesie. Lecz pewnego dnia, kiedy miał pięćdziesiąt dwa lata, wstał z łóżka, pomaszerował do łazienki i zaczął się golić, gdy nagle pękła mu w mózgu jakaś żyłka i umarł na miejscu. Wcześniej żadnych symptomów choroby, doskonałe zdrowie, dobre ciśnienie, niski cholesterol, a tu nagle trup. Następne trzy lata upłynęły Ingrid na intensywnej żałobie, potem wzięło górę jej wrodzone pogodne usposobienie i postanowiła odżyć. Przez te trzy lata w ogóle nie wychodziła z domu, ale teraz przyjęła zaproszenie na jedną z tych anonimowych imprez charytatywnych, które umożliwiają bogaczom kontakty z ludźmi twórczymi i w ten sposób wzbogacają ich jałową egzystencję o pierwiastek duchowy. Pojechała do kurortu i wróciła do formy, potem obcięła włosy w modnym salonie fryzjerskim, kupiła nowe kreacje i pokazała się światu.

Była atrakcyjna, dobiegła dopiero czterdziestki, wysoka, może trochę zbyt tęga, żeby tańczyć jako baletnica, dlatego też wcześnie przerzuciła się na choreografię. Jasnobrązowe, bardzo puszyste włosy obcięte na chłopczycę, oczy podłużne i szare jak u wilczycy, do tego niesamowite szerokie usta z lekko wysuniętą górną szczęką, co wydaje mi się nawet pociągające. No i ciało tancerki. Też byłem na tym przyjęciu, jako człowiek spragniony łyka czegoś autentycznego, i gdy tylko ją zobaczyłem, schwyciłem za ramię swoją koleżankę z kancelarii, Shelly Grossbart, która zna wszystkich w branży muzycznej, i zapytałem ją, kto to jest. Musiała się przez chwilę zastanowić, nim odpowiedziała: „O Jezu, wygląda na to, że to Ingrid Kennedy! Myślałam, że nie żyje”. Przedstawiła nas sobie. Rozmawialiśmy o tańcu i własności intelektualnej, wymieniając naprawdę fascynujące uwagi o tym, do jakiego stopnia taniec chronią przepisy prawa autorskiego. Stwierdziłem, że jest inteligentna i zabawna, i sądzę, że ona odebrała mnie tak samo.

Nieco później, kiedy już wypiliśmy we dwoje prawie dwie butelki kruga, wbiła we mnie spojrzenie tych swoich podłużnych szarych oczu. Czy może mi zadać osobiste pytanie?

Skinąłem głową.

– Czy lubisz się pieprzyć?

Odparłem, że mając odpowiednią partnerkę, owszem.

– No tak – powiedziała. – Właściwie nie uprawiałam seksu od trzech lat, to

znaczy odkąd zmarł mój mąż. Wydajesz się miłym człowiekiem, a ja ostatnio czuję wielkie podniecenie. Masturbacja nie załatwia sprawy.

Odparłem, że w moim wypadku też nie.

– A więc jeśli nie masz żadnej choroby przenoszonej drogą płciową…

Zapewniłem, że nie, a ona ciągnęła:

– Mieszkam w Tarrytown i zawsze rezerwuję sobie pokój, kiedy przyjeżdżam

na takie imprezy, żebym nie musiała wracać do domu samochodem pijana, ale

dziś miałam nadzieję, że poznam jakiegoś przyzwoitego i godnego zaufania

mężczyznę, którego będę mogła zaprosić na górę.

Owszem, była pijana, ale nie aż tak bardzo, by wyglądało to odpychająco. Wymknęliśmy się niezwłocznie z sali balowej i wsiedliśmy do windy. Była i jest nadal typem śmieszki. Śmiech towarzyszący szczytowaniu to jedno z najrzadszych zjawisk w moich doświadczeniach. Nie debilny chichot jak u komików z Three Stooges, ale kaskady śmiechu, melodyjne glissando, coś pomiędzy dźwiękiem, jaki wydaje człowiek, kiedy się go uderzy we wrażliwy punkt na łokciu, a radosnym, histerycznym śmiechem łaskotanej dziewczynki. Trzeba się do tego przyzwyczaić, ale jest to naprawdę rozkoszne; człowiek ma poczucie, że przebywa z prawdziwą przyjaciółką i że nie angażuje się w jeszcze jedno ponure starcie w odwiecznej wojnie płci. I tak to się zaczęło. Ingrid i ja mamy ze sobą niewiele wspólnego. Przeważnie rozmawiamy o swoich byłych małżonkach i od czasu do czasu sesje te kończą się łzami. Miewałem po kilkanaście Ingrid naraz, ale dałem sobie z tym spokój. Myślę, że nie z powodu nagłego impulsu wierności, lecz po prostu wskutek wyczerpania. Niektórzy znani mi mężczyźni (jak sądzę, należy do nich Mickey Haas) rozkoszują się snuciem sieci oszustw i wygrywają jedną kobietę przeciw drugiej, prowokują operowe sceny i tak dalej, ale ja tego nie robię. Nie jestem nawet porządnym rozpustnikiem. Nie mam po prostu siły, żeby się opierać, i choć na ogół zakłada się, że to mężczyzna jest myśliwym i zalotnikiem, mam inne zdanie. Historyjka z Ingrid, którą opisałem powyżej, nie jest wcale wyjątkowa ani nawet nadzwyczajna. Kobiety patrzą na ciebie, czynią różne uwagi, przybierają określone pozy, pewnie też wydzielają jakieś sekretne feromony; w każdym razie dają do zrozumienia, że są „do wzięcia” i człowiek mówi: „Ach, czemu nie?”

A przynajmniej ja tak robię.

Jedyna prawdziwa kampania uwodzenia, jaką kiedykolwiek przeprowadziłem, była skierowana przeciw mojej przyszłej żonie, Amalie, z domu Pfannenstieler, i będę musiał o tym opowiedzieć, zanim podejmę na nowo wątek Mirandy.

Udajmy zatem, że czas uległ zawieszeniu: Miranda i ja jesteśmy w wyłożonej boazerią salce biblioteki, nasze ręce się dotykają, prąd przepływa jak w elektrowni na Wielkiej Zaporze, feromony perlą się na każdej gładkiej powierzchni…

Mam więc pierwszą pracę po studiach prawniczych, tyram w firmie Sobel Tennis Carrey przy Beaver Street, w dziale finansowym. Kancelaria ma niewielkie doświadczenie w zakresie znaków firmowych i prawa autorskiego, ale wszyscy już dostrzegają a było to jakieś dwadzieścia lat temu – że kwestia własności intelektualnej nabiera znaczenia, toteż haruję niczym obłąkany, jak mają to w zwyczaju młodsi wspólnicy. Jest apogeum rewolucji seksualnej i po raz pierwszy w historii najnowszej każdy względnie dobrze ustawiony młody człowiek może używać do woli z kobietami innymi niż dziwki czy kurtyzany. I w pogoni za tym słodkim dreszczykiem udaję się prawie co wieczór do jednego z kilkunastu lokali (targów mięsnych, jak je żartobliwie nazywano) w East Village i na przedmieściach, aby brać odwet na dziewczętach.