Выбрать главу

Pewnego sobotniego poranka, skacowany i świeżo po nocnym podboju na targu mięsnym, przyszedłem do biura, aby dokończyć pewną pracę, którą odłożyłem z myślą o lepszej formie przed piątkową hulanką. Siedziałem w naszej bibliotece, sam jeden, gdy usłyszałem pukanie, które, jak się szybko zorientowałem, dochodziło zza zamkniętych drzwi biura. Okazało się, że w pustym korytarzu stoi młoda kobieta, w której rozpoznałem pracownicę firmy doradztwa finansowego Barron i Schmidt; mieli siedzibę na tym samym piętrze co my, czyli na trzynastym. Często wjeżdżaliśmy razem windą, ja otępiały od nocnych ekscesów, ona cicha i schludna, ale z wyrazem twarzy, który gasi spojrzenia mężczyzn niemal równie skutecznie jak afgańska burka.

Przedstawiła się i powiedziała, że zatrzasnęły się jej drzwi i nie może się dostać do swego biura. Widziałem, że jest okropnie zakłopotana, zwłaszcza że to wy prawa

do toalety spowodowała całą tę katastrofę. Gdy mi relacjonowała swoją przygodę, na jej policzkach rozkwitły urocze rumieńce. Miała jasnoblond włosy zaplecione w dwa kręcone warkoczyki wokół uszu, co nadawało jej wygląd Pippi Langstrump. Ubrana była w białe dżinsy i czarny T-shirt z napisem uroczo zdeformowanym przez jej śliczne spiczaste piersi – sobotni strój, niepodobny do stosownych i maskujących biust kostiumów, które zawsze nosiła w pracy. Oczy miała nienaturalnie wielkie, prawie wypukłe, usta jak mały różowy pączek. Wyglądała na jakieś siedemnaście lat, lecz w rzeczywistości liczyła (jak się później dowiedziałem) prawie dwadzieścia sześć. Była niższa ode mnie o mniej więcej piętnaście centymetrów, wysoka jak na kobietę, i miała wysportowane ciało (uprawiała sporty zimowe, co również wyszło na jaw później; była Szwajcarką), szczupłą talię i nogi do samej szyi.

Zaprosiłem ją do siebie, skąd zadzwoniła do administracji budynku; obiecali, że przyślą kogoś, ale to chwilę potrwa. Znalazła się w naprawdę trudnym położeniu, bo jej torebka z pieniędzmi i dowodem tożsamości leżała zamknięta w biurze pana Schmidta. Amalie była jego osobistą sekretarką i poznawała tajniki międzynarodowych finansów. Czy podoba jej się ta praca? Nie, uważa, że jest głupia. Nie podniecają jej pieniądze. Owszem, są potrzebne, nędza to okropna rzecz, ale poza tym jest coś niezdrowego w ciągłym i nigdy niezaspokojonym pragnieniu ich zdobywania. To czasami wręcz niegodziwe, powiedziała i zmarszczyła rozkosznie nosek. Zapytała mnie, czym się zajmuję w firmie, więc zaspokoiłem jej ciekawość, dodając, że nigdy zapewne nie będę dobrym prawnikiem od własności intelektualnej. Sprawy wydają mi się na ogół głupie i nie wiążą się właściwie z prawem autorskim, które ma zapewnić, by akt twórczy został wynagrodzony i gros pieniędzy trafiło do rzeczywistego autora. Niestety, dodałem, nie jest to zasadą, wręcz przeciwnie. No więc musi pan to naprawić, oznajmiła.

I powiedziała to z takim przekonaniem zakładając, po pierwsze, że to możliwe, a po drugie, że właśnie ja mam się podjąć tego zadania iż mnie to zdumiało. Być może rozdziawiłem nawet usta. Uśmiechnęła się, co rozjaśniło mrok panujący w pokoju i w mojej głowie. To był dla mnie szok. Aby się otrząsnąć, zapytałem ją, czy ona sama była kiedykolwiek niegodziwa. Odparła, że owszem, próbowała, bo

wszyscy jej mówili, że to takie zabawne, ale ona wcale tak nie uważa, raczej ją to brzydziło i nienawidziła, kiedy machali ją mężczyźni, których nie znała.

Machali? Zdziwiło mnie to słowo. Był to mały językowy lapsus; chciała powiedzieć „macali”. W każdym razie to właśnie przywiodło ją z nadętego starego Zurychu do nieprzyzwoitego Nowego Jorku. Jej rodzice byli gorliwymi katolikami i ona też uważała się za katoliczkę, ale tęskniła za większym wigorem w życiu. Dobrze powiedziała? Wigorem? Tak, dobrze, zapewniłem ją. I dodałem, że to jej szczęśliwy dzień, bo należę z całą pewnością do najbardziej niegodziwych mężczyzn w Nowym Jorku i z największą przyjemnością wprowadzę ją w środowisko ludzi zdeprawowanych, do ich jaskiń rozpusty, aby dostarczyć jej wigoru, ale bez machania. Chyba że tego zapragnie, co było oczywiście częścią mojego niegodziwego planu, na razie jeszcze nieujawnioną. Oczy jej się zaświeciły i znów pojawił się ten niezwykły uśmiech. Poczułem przypływ dobroci, moje zasępione oblicze się wygładziło.

Tak zaczęła się moja pierwsza randka z Amalie. Człowiek z administracji zwlekał z przyjściem, za co błogosławiłem go w głębi serca. Wypełniliśmy czas oczekiwania rozmową o jedynej rzeczy, która nas (o dziwo!) łączyła: byliśmy oboje olimpijczykami. Reprezentowała w Sapporo Szwajcarię w narciarstwie alpejskim. Rozmawialiśmy też o rodzinach, a raczej o jej rodzinie, jakby wyjętej żywcem z książeczek o Heidi. (Nieco później, kiedy odzyskała torebkę, pokazała mi zdjęcia rodziców ubranych w kolorowe kurtki Szwajcarów z wyższej klasy średniej, siedzących na zboczu przed domem w stylu alpejskim i zajadających fondue. Nie, skłamałbym, nikt nie jadł fondue, ale w ogóle to je jadali i ja też zjadłem go mnóstwo, kiedy byliśmy małżeństwem). Nie uświadamiałem sobie, że istnieją Szwajcarzy katolicy, bo wcześniej kojarzyłem tę maleńką górską republikę ze starym, ponurym Kalwinem, ale jest jeszcze oczywiście gwardia papieska złożona ze Szwajcarów, a brat matki Amalie był właśnie gwardzistą. Bardzo byli hoch ci Pfannenstielerowie. A co z twoją rodzinką, Jake?

No właśnie, co? Matka zdążyła umrzeć, tato „podróżował”, brat studiował w Europie (tu trochę przesadziłem z chełpliwością), siostra… Pomyślałem, że skłamię, ale nie potrafię kłamać przekonująco (to znaczy w życiu prywatnym, bo jako

prawnik jestem oczywiście mistrzem łgarstwa), więc powiedziałem, że moją siostrą jest Miri de Lavieu. W tym czasie w Nowym Jorku człowiek musiał być ślepy, żeby nie wiedzieć, kto to taki, albo nie znać się w ogóle na popkulturze. Modelka, dodałem, widząc, że to nazwisko nic jej nie mówi. Zapytałem ją, czy w ogóle słyszała o Cheryl Tiegs, Lauren Hutton czy Janice Dickinson, a ona z kolei zapytała, czy to też moje siostry. Nigdy, ani wcześniej, ani później, nie spotkałem nikogo, kto byłby mniej zainteresowany życiem gwiazd. Wydawała się nie całkiem z tego świata, ta Amalie. Powinienem był to odczytać jako ostrzeżenie, ale stało się inaczej.

W końcu przyszedł człowiek z administracji i otworzył jej pokój; kiedy dokończyła robotę, wyszliśmy razem. Miałem w tym czasie motocykl BMW R70, którym jeździłem do pracy i z powrotem niemal w każdą pogodę. Usiadła z tyłu, zapuściłem silnik. Objęła mnie lekko w pasie.

Czy jest coś lepszego od jazdy na rasowym motorze z dziewczyną, która obejmuje człowieka od tyłu, przyciska uda do jego bioder, a dwoma gorącymi owalami piersi przywiera do pleców? Można subtelnie zwiększyć ten kontakt, naciskając na hamulec nieco mocniej, niż wymagałaby tego sytuacja. Nie skorzystałem jednak z okazji. Zawiozłem ją na Union Square, gdzie w tamtym sezonie całą ścianę budynku zajmował ogromny billboard, na którym blondynka w czarnej obcisłej wieczorowej sukni reklamowała jakiś alkohol. Zatrzymałem się i wskazałem palcem: To moja siostra. Amalie roześmiała się i wskazała inny billboard, na którym widać było dla odmiany rozebranego do pasa młodzieńca w dżinsach. Mój brat, rzekła i znów się roześmiała. Jechałem dalej, trochę oklapły i zgaszony, ale w przyjemny sposób. Nabiłem sobie mnóstwo punktów jako brat swojej siostry, tak wielu pożądało choć pośredniego kontaktu ze znakomitościami, a towarzystwo osoby, dla której nie miało to najmniejszej wagi, wywoływało u mnie dreszczyk podniecenia.