Выбрать главу

Kupiłem jej coś do jedzenia w karaibskiej restauracji, uczęszczanej przez szpanerskich guapos i ich kochanki, rozbrzmiewającej dźwiękami salsy i rozwibrowanej od tłumionej przemocy, potem zaś objechaliśmy różne spelunki i kluby muzyczne, gdzie w toaletach handluje się prochami, a na zapleczu mogą ci zrobić loda. Nie byłem na tyle sławny, żebym miał wszędzie wstęp, ale nazwisko Miri

i fakt, że znałem niektórych bramkarzy z czasów, gdy podnosiłem ciężary, otwierały nam drzwi; myślę też, że liczyło się towarzystwo urodziwej kobiety u mojego boku. Okazało się, że jest fantastyczną tancerką; ja nie byłem w tym wtedy najgorszy, ale nie umywałem się do niej. Ludzie patrzyli na nią dziwnie, z wyrazem twarzy, którego nie mogłem odczytać pogarda, pożądanie? Jakby potępieni kontemplowali zbawioną; jestem pewien, że na mojej twarzy gościł często podobny wyraz.

Żeby się nie rozwodzić… Odwiozłem ją do domu, do wynajętego mieszkania w bliźniaku na Pierwszej róg Siedemdziesiątej Ósmej, i ku memu wielkiemu zdziwieniu poprzestała na sztywnym uścisku dłoni i niewinnym pocałunku w policzek. To samo po drugiej randce, to samo po trzeciej. Później odrobina migdalenia, ale, jak to się mówi, bez dawania. Powiedziała mi, że w szkole miała chłopaka, z którym sypiała; złamał jej serce i wtedy uświadomiła sobie, że nie jest ulepiona z tej samej gliny co inne dziewczęta, nie jest taka jak te z filmów, nie może uprawiać seksu bez zaangażowania uczuciowego, i choć nie zgadzała się ze wszystkim, co głosi Kościół, uważała, że pod tym względem ma rację, i odtąd żyła w absolutnym celibacie. Czekała na Tego Właściwego? Zapytałem ją o to, a ona, ignorując mój ironiczny ton, powiedziała, że tak. Nawiasem mówiąc, rozmowa ta odbyła się w niesławnym klubie, który był praktycznie rozsadnikiem chorób wenerycznych.

Na tym etapie mojego życia, jak muszę nadmienić, zażywałem przyjemności z co najmniej czterema kobietami; wszystkie były śliczne, wszystkie chętne do uprawiania seksu, ale z trudem przypominam sobie ich imiona i twarze, tak bardzo Amalie zawładnęła moim życiem erotycznym. I nigdy nie dbałem o to, żeby moje dziewczyny nie wiedziały o istnieniu innych, w końcu trwała rewolucja seksualna, byłem zatem tak samo szczery w stosunku do Amalie, a tymczasem ona, co mnie zdumiało, oświadczyła, że jeśli chcę kontynuować naszą znajomość, muszę z tym skończyć, i – co jeszcze bardziej zdumiewające – usłuchałem. Zadzwoniłem po kolei do wszystkich swoich ówczesnych dam i pożegnałem się z nimi czule.

Bo przebywanie z Amalie i to jest puenta tej długiej dygresji dawało mi coś więcej niż seks. Było mistyczne. Jak gdyby człowiek oparł się na promieniu słońca

– i ten promień go podtrzymywał. Kolory były jaśniejsze, muzyka bardziej czarująca, wszystko poruszało się wolniej, z gracją, jak majestatyczny orszak królewski w wonnych powiewach. Księżyc nie był wielką pizzą jak w przeboju Deana Martina, ale wszystkie inne piosenki wydawały się mówić prawdę.

W końcu mi uległa, w odpowiednim czasie i w staroświeckim stylu. Pobraliśmy się tej samej zimy, ślub odbył się w kościele Liebfrauen w Zurychu, w obecności licznej i szacownej rodziny, tatusia bankiera, mamy profesor lingwistyki i sześciorga rodzeństwa, wszystkich jasnowłosych i różanolicych. Żadne z nich nie uważało, że Amalie wygrała na loterii, ale wszyscy byli uprzejmi i zachowywali się jak najbardziej przyzwoicie. Przyjechała także moja siostra z bratem. Tak się złożyło, że Miri miała właśnie sesję zdjęciową w Paryżu i zjawiła się ze swoim mężem, degeneratem i kokainistą Armandem Etienne'em Picot de Lavieu, a Paul studiował w tym czasie we Włoszech, zatem nie było z tym kłopotu. Może przybyliby nawet wtedy, gdyby nastręczało to trudności, ale tego nie mogłem być wtedy pewny. Ojciec nie został zaproszony i nie stawił się. Właściwie był to jeden wielki zamęt i pewnie śluby zawsze tak wyglądają w oczach ludzi zasadniczych. Pamiętam tylko, że Paul ścisnął mnie mocno za łokieć, mówiąc: „To wygląda poważnie, chłopcze, nie spieprz sprawy”. I że Miri płakała; o ile mogłem się zorientować, tego dnia powstrzymała się od ćpania.

Miesiąc miodowy spędziliśmy w Zermatt, w rodzinnym górskim chalet. Jeździliśmy na nartach, a raczej ona jeździła. Ja głównie się przewracałem i patrzyłem, jak śmiga fantastycznie po stoku, a potem uczestniczyłem w czymś, co było wtedy i do dziś pozostało najwspanialszym doznaniem seksualnym w moim życiu. Kaliope orgazmu. Wydawała dźwięki jak gołębica, pełne zachwytu uuu, uuu, uuu, prawie od samego początku, i potrafiła wydobyć z siebie niemal epileptyczne crescendo, podczas którego zatrzymywał się czas, tak jak zatrzymuje się podobno w niebie. Egzystencja bez trwania. Oczywiście, jak już wspomniałem, po sześciu miesiącach zacząłem znów sypiać z innymi, choć potrafiłem utrzymać to przez wiele lat w sekrecie, sprytnie wykorzystując fakt, że Amalie nie potrafiła myśleć o nikim źle. Nie mam dla siebie usprawiedliwienia; było to zło w najczystszej postaci, zło czarne jak noc. Spieprzyłem sprawę, tak jak się obawiał Paul, który właśnie

dlatego ścisnął mnie za ramię w dniu ślubu tak mocno, że pozostał mi na skórze siniak.

Zniszczywszy raj, przez całe lata pragnąłem do niego powrócić (oczywiście bez konieczności dokonywania poważniejszej zmiany swego stanu duchowego) i tęskniłem za nową i świeżą Amalie, ale tym razem nie aż taką dobrą, bardziej podobną do mnie, choć nie za bardzo, jeśli mnie rozumiecie, obdarzoną tą samą elektryzującą siłą i wolną od tego nieznośnego brzemienia winy, które wniosłem do swoich relacji z żoną. Stąd ta przydługa dygresja: chciałem wyjaśnić, co zaszło w czytelni Brooke Russell Astor. Nowy start i oto jest: z blond warkoczykami, podobna do Amalie i wywołująca dotykiem ręki gęsią skórkę wędrującą wzdłuż ramienia.

Zapytałem ją, co robi; wskazała opasłe tomisko leżące na stoliku. Miałam coś sprawdzić dla wujka – coś z historii rodziny, wyjaśniła. Wskazałem krzesła i oboje usiedliśmy. Byliśmy w bibliotece i musieliśmy mówić cicho, dlatego też nachyliłem się w jej stronę bardziej, niż wymaga tego normalna komunikacja między dwojgiem ludzi. Pachniała jakąś delikatną wodą kwiatową.

– Jest pani naukowcem, jak rozumiem?

– Nie, pracuję dla Ministerstwa Edukacji w Toronto. A to jest zajęcie uboczne, robię to, żeby pomóc wujkowi.

– Ale on nie żyje.

– Fakt. Pomyślałam, że można by dokończyć tę pracę i przygotować publikację pośmiertną. Sądzę, że chciałby tego.

– A więc byliście sobie bliscy?

– O tak!

– Choć dzielił was ocean?

– Owszem. – Po czym trochę już zniecierpliwiona, lekko marszcząc gładkie i wysokie czoło, dodała: Wujek Andrew odegrał bardzo ważną rolę w moim życiu, panie Mishkin. Mój ojciec odszedł od matki, kiedy miałam cztery lata, pozostawiając nas w fatalnej sytuacji materialnej. Był typem szalonego młodzieńca, zupełnie niezainteresowanego ojcostwem. Nie żyje już, podobnie jak matka. Wujek Andrew finansował moją edukację; począwszy od ósmego roku życia, spędzałam u niego w Anglii praktycznie wszystkie wakacje i… o Boże, po co to wszystko panu opowiadam?!

Chyba jeszcze niezupełnie otrząsnęłam się z szoku po tym, co się stało. Przepraszam. Nie zamierzałam się tak wywnętrzać.

– Ależ w porządku! – zapewniłem. – Strata bliskiego krewnego, który odszedł w tak brutalny sposób, może człowieka załamać.

– Można odnieść wrażenie, że sam pan tego doświadczył.