– Owszem – odparłem tonem, który zniechęcał do dalszych dociekań. Żeby zmienić temat, zapytałem: Jak długo jest pani w mieście?
– W Toronto?
– Nie, tutaj. Przepraszam. Kiedy nowojorczyk mówi „w mieście”, ma zawsze na myśli Manhattan.
Uśmiechnęła się; była to nasza pierwsza wymiana uśmiechów.
– Od poniedziałku. Od dwóch dni.
– Zatrzymała się pani w hotelu?
– Tak, w „Marquis” przy Ósmej Alei. Początkowo chciałam zamieszkać u wuja, ale wiążą się z tym jakieś komplikacje natury prawnej. To miejsce zbrodni i nie chcą mi wydać żadnej z jego rzeczy, choć profesor Haas był tak uprzejmy, że pozwolił mi zajrzeć do gabinetu i zabrać kilka osobistych drobiazgów.
– Wygodnie pani w hotelu? – Bóg wie, co sobie myślałem, zadając takie pytanie. Sądzę, że chciałem po prostu przedłużyć tę chwilę.
– Szczerze mówiąc, nie za bardzo. Niby ma być tanio, ale w Nowym Jorku i na to mnie nie stać, zwłaszcza że płacę dolarami kanadyjskimi.
– Kontaktowała się pani z policją?
– Tak, wczoraj. Myślałam, że chodzi o identyfikację zwłok, jak na filmach, ale już to załatwili. Zadali mi parę pytań, i to okropnych.
– Przypuszczają, że zabójstwo było częścią jakiegoś gejowskiego rytuału seksualnego?
– Owszem, ale, mój Boże, wujek Andrew nie był takim człowiekiem! Powiedziałam im to. Nie robił tajemnicy ze swojej, hm, romantycznej orientacji, ale był oddany Olliemu. To nauczyciel akademicki z Oksfordu. Kiedy byli razem, robili wrażenie pary małżeńskiej. Ton jej głosu zmienił się nagle. Myśli pan, że uda się nam załatwić nasze sprawy jeszcze dziś? zapytała.
– Chodzi pani o…?
– Sprawę rękopisu wujka.
Ach, tak! Zapytałem ją, co wie na ten temat.
– Nie mówił zbyt wiele poza tym, że to rękopis z czasów króla Jakuba. Zapłacił za niego parę tysięcy dolarów, ale uważał, że po sprawdzeniu pewnych rzeczy może się okazać znacznie cenniejszy.
– Jakich rzeczy?
– Nie wiem. Nie powiedział mi. – Znów zmarszczyła się uroczo. – I, prawdę mówiąc, nie sądzę, żeby mogło to pana interesować. Rękopis jest moją własnością.
– Tak naprawdę, pani Kellogg – powiedziałem chłodno – jest własnością spadkową. Aby dowieść słuszności swoich roszczeń, musi pani wykazać, że jest osobą, za którą się podaje, i zarazem jedyną legalną spadkobierczynią profesora Bulstrode'a. W tym celu musi pani potwierdzić autentyczność testamentu w sądzie okręgowym w Nowym Jorku. Dopiero wtedy wykonawca ostatniej woli ma prawo zlecić mi przekazanie praw na panią.
– O Boże! Długo to trwa?
– Zdarza się, że długo. Jeśli testament ma wady lub zostanie zakwestionowany, może się to ciągnąć tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Jak u Dickensa.
Na te słowa jęknęła rozpaczliwie, zagryzła wargę i zakryła twarz rękami. Bibliotekarz spojrzał na nas z dezaprobatą.
– Nie mogę czekać tak długo zakwiliła. Mam tylko parę dni. Muszę być w Toronto w poniedziałek, poza tym nie stać mnie na hotel. I…
Tu urwała i spuściła wzrok, jak to się zdarza, kiedy jesteśmy bliscy ujawnienia czegoś, czego lepiej nie ujawniać. Ciekawe, pomyślałem, że między innymi dlatego nie chciała przyjść do mnie do biura. Postanowiłem to drążyć.
– I co…?
– Nic.
Nie umie kłamać, przyszło mi do głowy, kiedy dostrzegłem delikatny rumieniec na jej szyi.
– Nie takie nic, jak sądzę. Prosi mnie pani o spotkanie w ustronnym miejscu, wciąż spogląda na drzwi, jakby spodziewała się, że za chwilę ktoś tu wtargnie, a
teraz wyraźnie chce pani coś ukryć. Jeśli dodamy do tego fakt, że wuj zmarł w tajemniczych, a nawet przerażających okolicznościach, to można się domyślić, że ma pani poważny problem. Że, proszę mi wybaczyć śmiałość, potrzebuje pani…
– …pomocy prawnej? Proponuje pan swoje usługi?
– Bynajmniej. Potrzebuje pani prawnika od spraw majątkowych, który pomoże pani dowieść autentyczności testamentu. Ja nie jestem takim prawnikiem, ale w mojej firmie pracuje kilku specjalistów. Myślałem raczej o tym, by występować w charakterze pani przyjaciela.
– Sądzi pan, że go potrzebuję?
– A nie? Domyślam się, że ktoś zwrócił się do pani w sprawie tego rękopisu i że było to dla pani kłopotliwe.
Pokiwała energicznie głową, aż zatańczyły jej warkoczyki. Rozkoszny widok!
– Tak. Ktoś zadzwonił zaraz po tym, jak policja zawiadomiła mnie, że wujek nie żyje. Ten mężczyzna miał niski głos i dziwny akcent.
– Angielski?
– Nie, raczej słowiański albo bliskowschodni. Skrzyczałam go nawet, bo byłam przybita, właśnie się dowiedziałam o śmierci wujka, a ten już krążył jak sęp. Odłożyłam słuchawkę, ale zaraz zadzwonił ponownie i tym razem jego ton był… może przesadą jest określenie „groźny”, ale tak to odebrałam. Proponował mi pięćdziesiąt tysięcy dolarów kanadyjskich za te dokumenty; odparłam, że się zastanowię. Nie był z tego zadowolony i powiedział… nie pamiętam dokładnie słów, ale coś w tym sensie, że będzie dla mnie najlepiej, jeśli przystanę na te warunki. Przypominało to kwestię z Ojca chrzestnego, tę „ofertę nie do odrzucenia”, i było tak nierealne, że omal nie parsknęłam śmiechem. Potem, kiedy wróciłam do hotelu, znów zadzwonił. Skąd wiedział, że tam jestem? Nikt w domu nie miał pojęcia, gdzie się zatrzymałam.
– Nawet narzeczony? – spytałem ze skrywaną nadzieją.
– Nie. W pracy mają numer mojej komórki. W każdym razie kiedy rano wyszłam z hotelu, stal tam samochód, jeden z tych wielkich wozów terenowych, czarny, z przydymionymi szybami, zaparkowany o jedną przecznicę od hotelu, i opierał się o niego jakiś mężczyzna, potężny, z małą okrągłą głową, w ciemnych
okularach. Obejrzałam się, kiedy go mijałam, a on popatrzył na mnie ze strasznym uśmiechem, potem wsiadł do samochodu. Przyjechałam tu autobusem i kiedy wchodziłam do biblioteki, znów zobaczyłam ten samochód.
– To niepokojące – przyznałem.
– Owszem – powiedziała po długiej pauzie. Głos drżał jej lekko.
– Proszę posłuchać. Załóżmy, że policja myli się co do śmierci pani wuja, jak pani to sugeruje, i że został zamordowany. Zamordowany dla tego, hm, dokumentu. Brzmi to melodramatycznie, to prawda, ale takie rzeczy czasem się zdarzają. Przyjmijmy więc na chwilę, że ta rzecz jest z jakiegoś powodu niezwykle cenna, warta znacznie więcej niż pięćdziesiąt tysięcy dolarów kanadyjskich, i że dowiedzieli się o tym jacyś przestępcy, którzy usiłują zdobyć rękopis wszelkimi sposobami. Czy to brzmi sensownie?
Skinęła powoli głową. Zdawało mi się, że drży. Zapragnąłem ją objąć i przytulić, ale się powstrzymałem.
– Tak, sensownie i strasznie – odparła. – Ale nie mogę zrozumieć, o co tu chodzi. To znaczy z tą wartością rękopisu. Wujek Andrew powiedział, że zapłacił za niego parę tysięcy, i prawdopodobnie tyle jest mniej więcej wart, bo w przeciwnym razie właściciel raczej by go nie sprzedał. A jeśliby się okazało, że z jakichś powodów wart jest znacznie więcej, to dlaczego zaangażowali się w to jacyś przestępcy?
– To oczywiście zagadka, ale coś mi się zdaje, że nie sam dokument jest cenny, tylko to, do czego prowadzi. Pani wuj mówił coś o tym?
– Nie. Wiem tylko, że to rękopis z czasów Jakuba I, o wartości czysto naukowej. Był tym naprawdę podekscytowany i latem wybrał się specjalnie do Anglii, żeby sprawdzić pewne szczegóły, ale nie sugerował, żeby miało to jakąś… wartość materialną. A panu mówił, co to jest?
– Tak, twierdził, że to autograf Szekspira, lecz obawiam się, że był nadmiernym optymistą. Rozmawiałem później z Mickeyem Haasem, który twierdzi, że to nieprawdopodobne, że pani wuj najwyraźniej usiłował odzyskać reputację.