– To prawda, starał się o to od czasu tamtego skandalu. Słyszał pan o tej sprawie?
– Owszem, znam fakty. Ale musiał sobie zdawać sprawę z zainteresowania środowiska przestępczego, bo złożył ten przeklęty rękopis u mnie w depozycie. Spodziewał się, że zostanie zaatakowany, i chciał zapobiec kradzieży. A więc… najważniejsze to zapewnić pani bezpieczeństwo. Nie może pani pod żadnym pozorem wrócić do tego podłego hotelu. Moglibyśmy znaleźć inny…
– Nie stać mnie na inny. Zresztą zapłaciłam z góry. Boże, to zamienia się w koszmar…
– …albo też, jeśli mógłbym coś zaproponować… mam duży loft w śródmieściu, z dwiema sypialniami, z których korzystają moje dzieci podczas ferii. Mogłaby pani spać w jednej z nich. Jest pewnie tak samo niewyszukany jak „Marquis”, ale nie musi pani przynajmniej płacić. Mam też kierowcę, który może panią wozić po mieście. Był kimś w rodzaju ochroniarza.
– Ochroniarza? zdziwiła się. A kogo ochraniał?
– Jasira Arafata. Ale lepiej o tym nie mówić. Trudno sobie wyobrazić bezpieczniejsze miejsce.
Pomijając moją obecność, ale zostawmy to na razie. Mówię szczerze: nie myślałem o tym wcale, kiedy złożyłem tę propozycję. Pamiętałem doskonale przerażenie na twarzy jej wuja i nie chciałem, żeby pojawiło się też na jej obliczu.
– Kiedy już tam panią odstawię, zobaczymy, czy uda nam się czegoś dowiedzieć o tych ludziach z czarnego wozu. Uczulę policję na ten aspekt sprawy. Niech
się tym zajmą.
Po zwykłych grzecznościowych obiekcjach zgodziła się na mój plan. Wyszliśmy z czytelni, a potem z biblioteki. Poprowadziłem ją w cień kolumnady i spojrzałem w stronę Piątej Alei. Nie zauważyłem czarnego SUV-a z przyciemnionymi szybami. Zadzwoniłem z komórki do Omara i poprosiłem, żeby podjechał na Czterdziestą Drugą Ulicę, po czym przeszliśmy szybko przez Bryant Park, aby w umówionym miejscu zaczekać na lincolna.
Mój loft znajduje się na Franklin Street niedaleko Greenwich. Ma powierzchnię trzystu pięćdziesięciu metrów kwadratowych. W budynku mieściła się kiedyś szwalnia, później magazyn, ale teraz jest w nim pełno bogatych ludzi. Kupiłem to mieszkanie, zanim ceny domów w śródmieściu oszalały, ale i tak zdrowo mnie to szarpnęło, nie licząc kosztów modernizacji. Mieszkałem tu kiedyś z rodziną, z
Amalie i z dziećmi, dopóki Amalie się nie wyprowadziła. Zwykle wyprowadza się facet, ale ona wiedziała, że naprawdę lubię to mieszkanie, chciała też być bliżej szkoły, która mieściła się pod numerem 68 na Lexington. Teraz mieszkają wszyscy na Siedemdziesiątej Szóstej Wschodniej w bliźniaku z piaskowca. Dzielimy koszty dokładnie po połowie, bo Amalie ma niezłe dochody i nie widzi powodu, dla którego miałbym być stratny finansowo tylko dlatego, że jestem seksualnym dupkiem.
W czasie, o którym mowa, nie myślałem jednak o tym. Oprowadziłem Amalie 2 (vel Mirandę Kellogg) po mieszkaniu. Zrobiło na niej odpowiednie wrażenie, co uznałem za przewagę nad Amalie 1, której nigdy nie imponowały dobra materialne. Zamówiłem przez telefon jakąś chińszczyznę i zjedliśmy kolację przy świecach, na niskim stoliku, skąd widać było za oknem odcinek rzeki. Podczas kolacji, przyjemnie gawędząc, zachowywałem się jak dżentelmen i byłem dość szczery. Okazało się, że jest z wykształcenia psychologiem dziecięcym i pracuje jako urzędniczka średniego szczebla. Rozmawialiśmy o Niko, moim synu, i jego problemach. Okazała mi współczucie, ale raczej kurtuazyjne. Kiedy dokładniej przyjrzałem się jej twarzy, uznałem, że nie przypomina Amalie aż tak bardzo, jak początkowo sądziłem, nie w każdym szczególe; mimo to wciąż odczuwałem podniecenie, kiedy na nią patrzyłem. Jak mało się znamy, jak wiele mają kochankowie do odkrycia, według słów piosenki.
Zaczęła ziewać, więc wciąż absolutnie poprawny pościeliłem łóżko w pokoju Imogen. Dałem jej nowy biały T-shirt do spania, miałem też oczywiście nowe szczoteczki do zębów, ze względu na dzieci. Usłyszałem senne podziękowanie i dostałem całusa w policzek. Co to był za zapach? Ulotny, lecz znajomy.
Nazajutrz wstaliśmy wcześnie i wypiliśmy kawę z rogalikami. Nastrój, muszę przyznać, był bardziej towarzyski, niż byłby po spędzonej razem nocy. Miranda stwarzała pewien dystans, co zniechęcało do agresywnych prób zbliżenia i nawet mi odpowiadało jako jeszcze jedno przypomnienie Amalie. Miała na sobie ten sam co poprzedniego dnia kostium z domu towarowego. Omar zawiózł nas do biura. Tam przedstawiłem ją Jasmine Ping, naszej znakomitej prawniczce od spraw spadkowych, i zostawiłem je same, aby zgłębiły tajniki zatwierdzania testamentu i załatwiły kwestię transportu zwłok Bulstrode'a do Anglii.
Z zapisków wynika, że przez cały ranek odwodziłem pewnego pisarza od zamiaru skarżenia innego pisarza o kradzież pomysłów i napisanie na ich podstawie znacznie lepiej sprzedającej się książki, a później rozmawiałem bez końca przez telefon z facetem z amerykańskiej Izby Handlowej, organizującym spotkanie w sprawie (jakżeby inaczej!) piractwa w Chinach. Typowy poranek. Około wpół do pierwszej zjawiła się w moim gabinecie Miranda. Zaproponowałem lunch. Odmówiła, ja nalegałem, na co zawstydzona przyznała, że jest jeszcze zbyt wystraszona, żeby swobodnie poruszać się po mieście, i wolałaby zjeść coś w biurze albo wrócić do loftu.
Zamówiłem więc lunch w delikatesach i kiedy czekaliśmy, znów poruszyła sprawę rękopisu. Powiedziała, że pod kierunkiem wuja opanowała pismo z czasów Jakuba I; czy mogłaby teraz rzucić okiem na manuskrypt? Zawahałem się, ale właściwie nie widziałem przeszkód. Spadkobiercy często dokonują niezależnej oceny wartości przyszłego spadku. Poprosiłem panią M., żeby zeszła do skarbca.
Kiedy czekaliśmy, przywieziono lunch. Zjedliśmy go przy stoliku ze szklanym blatem. Miranda robiła to powoli, odgryzając maleńkie kęsy. Rozmawialiśmy o własności intelektualnej i wizycie jej wuja w kancelarii, ale ona, podobnie jak ja, nie miała pojęcia, po co był mu potrzebny specjalista od prawa autorskiego. Wróciła pani Maldonado z kopertą.
Miranda włożyła bawełniane rękawiczki, zanim sięgnęła po sztywne, pożółkłe karty. Niektóre obejrzała pod światło, aby sprawdzić znaki wodne. Niebo pociemniało przed nadciągającym deszczem, więc musiała skorzystać z lampy na biurku.
– Interesujące – powiedziałai znów zaczęła oglądać kartki pod światło. – Ten gruby papier in folio, oznakowany herbem Amsterdamu, pochodzi ze słynnej papierni i był powszechnie stosowany w siedemnastym wieku. Karty wyglądają tak, jakby były wyrwane z jakiejś księgi. Pozostałe to chyba kopia drukarska i nie są związane z tamtymi.
Wymieniła nazwisko papiernika, ale go nie zapamiętałem, a potem krótko omówiła pochodzenie papieru. Wpadło mi jednym uchem, wypadło drugim. Wyjęła z torebki składaną lupę.
– Pozwoli pan? – zapytała.
Pozwoliłem. Z przyjemnością się jej przyglądałem. Ona studiowała papiery, ja jej łabędzią szyję poruszającą się nad nimi i pasemka włosów, które drgały rozwiewane nikłym podmuchem ciepłego powietrza z grzejnika. Mijały minuty. Bez zapału smarowałem coś w dokumentach. Odgłosy biurowego życia na zewnątrz wydawały się docierać z innego świata. Przeczytała cztery strony. Co jakiś czas mamrotała coś pod nosem. Potem westchnęła z satysfakcją.
– No i co?
– Autor tych listów, Richard Bracegirdle, twierdzi, że pływał z Somersem. Był na wraku statku „Sea Adventure”. O Boże! Aż mi się trzęsą ręce. Niesamowite!
Zapytałem, co w tym takiego niesamowitego.
– To było słynne wydarzenie. Na pokładzie przebywał gubernator Wirginii. Rozbili się na Bermudach, przeżyli, zbudowali nowy statek i wrócili do Wirginii. Niektórzy z nich to opisali. Wydaje się, że Szekspir korzystał z tych zapisków, tworząc atmosferę wyspy Prospera w Burzy. Ale jeśli ten człowiek znał Szekspira w 1610 roku, jak twierdzi… Chodzi o to, że kiedy powstawała sztuka, mógł mu pomóc odmalować tropiki. Już samo to sprawia… Niech pan posłucha…