Выбрать главу

– Jest pani gościem w moim domu. Proszę mi mówić Jake.

– Dobrze, Jake. Muszę dokładnie przestudiować ten rękopis. Czy moglibyśmy zabrać go do ciebie?

W pierwszej chwili chciałem instynktownie odmówić. Prawnicy cieszą się sławą ludzi, którzy mają swobodny dostęp do cudzych pieniędzy i kosztowności, i odejście od najsurowszych zasad może się okazać pierwszym krokiem na dość śliskiej równi pochyłej. Wyniesiesz manuskrypt z biura, żeby mogła go przestudiować przypuszczalna spadkobierczyni, a już wkrótce zawiesisz w sypialni Renoira klientki lub popłyniesz z rodziną na Saint Barthélemy jachtem zmarłego.

To wszystko prawda, ale ona patrzyła na mnie z nadzieją, z policzkami jeszcze płonącymi z emocji po dokonanym właśnie odkryciu, i tu pomyślałem o Amalie, która nigdy mnie o nic nie prosiła, oczekując, że dzięki mistycznym więzom uczucia będę wiedział, czego pragnie. W czym nieodmiennie zawodziłem. To miłe być proszonym. Powiedziałem więc, że, jak sądzę, nic nie stoi na przeszkodzie, gdyż w

sensie prawnym papiery pozostaną w moim posiadaniu. Wziąłem sztywną teczkę i włożyłam do niej rękopis Bracegirdle'a. Zadzwoniłem po Omara, złapałem parasol i aktówkę i po omówieniu z panią Maldonado różnych spraw opuściłem biuro z Mirandą u boku. Tak się złożyło, że wcześniej obiecałem odebrać dzieci ze szkoły i zawieźć je do domu. Uznałem to za trochę niezręczną sytuację, ale Miranda była w końcu klientką, a nie intymną przyjaciółką tatusia, w każdym razie jeszcze nie. Odebrałem dzieci, przedstawiłem je Mirandzie i jazda upłynęła nam całkiem przyjemnie. Imogen była niezwykle czarująca i dopytywała się, czy Miranda jako Kanadyjka mówi po francusku; uzyskała pełną zakłopotania odpowiedź, że ona w ogóle nie ma talentu do języków. Niko zabawiał mnie zawiązywaniem niezliczonych supłów na kawałku sznurka, opatrując je komentarzem o ich pochodzeniu, zastosowaniu i cechach topologicznych. Byłem zachwycony, że Miranda jest miła dla chłopca, wielu ludzi, ze mną włącznie, nie jest i pomyślałem, że dobrze to wróży na przyszłość.

Kiedy już odwieźliśmy Imogen i Niko, pojechaliśmy na południe (wolno, ze względu na półmrok i nasilający się deszcz) i podczas jazdy, po obowiązkowych komplementach pod adresem dzieci, Miranda rozgadała się w niezwykły dla niej sposób o cudach elaboratu Bracegirdle'a. Powinienem tu przytoczyć naszą rozmowę, ale nie jestem w nastroju, by konfabulować, jak już to robiłem wcześniej. Dochodzi trzecia i będę się musiał trochę przespać. W każdym razie dotarliśmy do domu i Omar odjechał.

Zaledwie jednak zniknęły za rogiem tylne światła samochodu, usłyszeliśmy pisk opon hamujących na mokrym chodniku i z Greenwich Street wypadł wielki czarny SUV Denali. Zahamował raptownie i wypluł z siebie trzech mężczyzn. Wszyscy mieli na sobie bluzy z kapturami i skórzane rękawice. Natychmiast ruszyli groźnie w naszą stronę. Jeden z nich schwycił Mirandę, więc rąbnąłem go w twarz (niestety, całkiem nieskutecznie) okuciem parasola. Większy z dwóch pozostałych mężczyzn wyrwał mi „broń” z ręki, a jego kompan zaszedł mnie błyskawicznie od tyłu i złapał za ramiona. Zwalisty facet zrobił krok do przodu, żeby zadać mi obezwładniający cios w splot słoneczny; prawdopodobnie nie chciał na tym poprzestać za ten numer z parasolem.

Żaden ze mnie bokser, ale spędziłem sporo wolnego czasu w spelunkach, gdzie spotykałem się z pewnym szczególnym gatunkiem zadziornych małych facecików, którzy podpiwszy sobie, nie mogli się powstrzymać przed wszczynaniem bójek z rosłymi gośćmi, zwłaszcza gdy ci byli jak ja tęgawi i raczej nie przypominali Schwarzeneggera. A więc, w przeciwieństwie do większości ludzi mojego zawodu, przemoc fizyczna nie była mi obca. Ciężarowcy rzadko stają się znani i ci faceci po prostu nie wiedzieli, kim byłem.

Najpierw sprężyłem się i wyzwoliłem z uścisku gościa trzymającego mnie od tyłu, po czym przykucnąłem i wykonałem nagły obrót, tak że moja twarz znalazła się na wysokości ud napastnika. Chwyciłem go za obie nogi, tuż pod kolanami. Mam potężne i bardzo silne ramiona. Poczułem, że olbrzym, do którego odwróciłem się tyłem, zaczynał mnie dusić, ale zdołałem wstać i unieść obie ręce nad głową. Ten, którego chwyciłem, ważył zaledwie dziewięćdziesiąt kilo, więc uniosłem go bez trudu. Cofnąłem się o krok, znów wykonałem piruet i walnąłem tego wielkiego w głowę jego kumplem.

Ludzkie ciało jest bardzo nieskuteczną maczugą, ale jako przedmiot demonstracji siły i metoda osłabienia morale przeciwnika, zwłaszcza tego, który jest maczugą, nie ma sobie równych. Wielki facet zatoczył się do tyłu, poślizgnął na mokrym chodniku i runął na tyłek. Wywinąłem kilka razy nad głową swoją maczugą i cisnąłem faceta na środek ulicy.

Niestety, aby dokonać tych wyczynów, musiałem upuścić aktówkę i mężczyzna, który chwycił Mirandę, pchnął ją brutalnie na ścianę domu, złapał aktówkę, zawołał coś do tamtych w jakimś obcym języku i pobiegł w stronę samochodu. Dwaj pozostali pozbierali się z ziemi i też uciekli, wywrzaskując przekleństwa. Samochód ruszył z piskiem opon, zbyt szybko, abym zdążył odczytać numery rejestracyjne. Podbiegłem do Mirandy, żeby zobaczyć, czy nic jej nie jest; wszystko było w porządku, choć miała nadwyrężony przegub, za który trzymał ją ten zbir, i otarte kolano.

Moje zatroskanie skwitowała niecierpliwym gestem ręki i zapytała:

– Zabrali twoją aktówkę?

– Niestety, tak, i to dla mnie wielka strata. Miałem ją od czasów egzaminu aplikanckiego.

– Ale manuskrypt… jęknęła.

– Manuskrypt jest absolutnie bezpieczny zapewniłem. Mam go w wewnętrznej kieszeni płaszcza.

Miałem jeszcze dodać, że rzeczy szczególnej wartości zawsze noszę przy sobie – zwłaszcza odkąd, jeszcze na studiach, zostawiłem w bostońskim metrze aktówkę, a w niej jedyny egzemplarz referatu o prawie konstytucyjnym, owoc kilkuset godzin wytężonej pracy – ale nie zdążyłem, bo Miranda ujęła obiema dłońmi moją twarz i pocałowała mnie w usta.

List Bracegirdle'a (7)

Pewnego dnia, parę tygodni po naszym przybyciu, wielka kula zabiła pana Keane'a: w jednej chwili z nim rozmawiałem, a już w następnej stał oto bez głowy, po czym upadł. I gdziem się wtedy podział? Harmaty przeszły do innego ogniomistrza, który miał swoich ludzi, zostałem więc w Sluys z jednym miedziakiem w sakiewce i nie mówiąc słowa po holendersku. Ale dnia pewnego, kiedym się włóczył bez celu po porcie, wypatrzyłem „Groene Draeck”, wszedłem na pokład i porozmawiałem z kapitanem, i powiedziałem, że umiem obsługiwać harmaty równie dobrze jak każdy, na co odrzekł: „Wiem, chłopcze, ale zapytam cię, znasz li ty moje rzemiosło? Bo mówił biegle po angielsku. I ja powiedziałem: Nie, sir, a on na to: Jestem piratem i szmuglerem. Tego słowa nie znałem, a on wyjaśnił mi, że to taki, co oszukuje Jego Wysokość na cłach, tonażu i opłatach od wagi etc. A więc czy będziesz obsługiwał moje harmaty, zapytał, bo to krwawe i okrutne zajęcie, ale daje dużo złota. A ja powiedziałem tak, a do siebie rzekłem: Ciemne to są sprawki, ale będziemy zabijać papistów. I bardzom chciał tego złota.

Wypływaliśmy ze Sluys i innych portów holenderskich, będąc zmorą Ispanów od Morza Niemieckiego po patokę Biskajską, i zajęliśmy wiele statków, zamordowaliśmy wielu Ispanów i trochę Francuzów i zapuszczaliśmy się do Anglii nocą, żeby zostawiać nasz ładunek: jedwabie, korzenie, wina i okowitę, pod nosem straży przybrzeżnej. Kiedy staliśmy w porcie, doskonaliłem mój wymarzony kwadrant do pomiarów odległości. Miałem człeka w Rotterdamie, który zrobił mi jeden z mosiądzu, z liniami narysowanymi sposobem akwaforty, z małym lusterkiem, tak że można było widzieć przez dwa wizjery naraz. Z tym przyrządem umocowanym na burcie ładowaliśmy do harmat tyle prochu, ile