trzeba było, by wystrzeliły pocisk na pożądaną odległość, powiedzmy osiemset jardów. Kiedy już to było gotowe, zaglądałem do swojego urządzenia ustawionego pod kątem wcześniej obliczonym na tę odległość na ruchomym ramieniu i patrząc wzdłuż celownika, czekałem, aż cel pokaże się w obu lusterkach i w całej okazałości, i już miałem odpowiedni zasięg, i dawało się komendę: Ognia!, i wszystkie kule trafiały naraz, bez ostrzeżenia ani próbnych strzałów. Przeciwnik był zaskoczony i pokonany i wpadaliśmy na pokład, łacno zwyciężając.
I tak po dwóch latach na morzu miałem 80 suwerenów w złocie, złożone u Żyda w Sluys. Bo załoga wydawała wszystko na gorzałkę i na dziewki, ale nie ja. W dziewiątym roku wojny, jak wszyscy o tym wiedzą, został zawarty rozejm pomiędzy królem Ispanii a Holendrami i Namiestnik rozkazał: Koniec z rabowaniem ispańskich statków. Ale van Brille powiedział, nie kazano nam zaprzestać szmuglowania, jako że nie jest to sprawa Namiestnika, niech go diabli. Ciągnęliśmy przeto dalej, ale mnie to niepokoiło i pewnego dnia poszedłem do mojego Żyda i on wypisał mi papier, mówiąc, że jakiemu pokażę go Żydowi, od Portugalii po Moskwę, on wypłaci mi tę sumę w złocie. Pewnej nocy zawinęliśmy do Anglii i kiedy wyszliśmy na ląd, żeby sprzedać nasz towar pewnemu człowiekowi z Plymouth, odszedłem w mrok i to był koniec mojego szmuglowania, tak mi się przynajmniej zdawało.
W Plymouth spędziłem kilka dni w gospodzie Pod Kotwicą na rozmyślaniach, co robić dalej, kiedy przyszedł człowiek poszukujący marynarzy i innych na rejs z admirałem sir Somersem do Wirginii w Nowym Świecie. Pomyślałem, że to znak, co powinienem zrobić, i powiedziałem mu, że jestem puszkarzem morskim i lądowym i że mogę za pomocą laski Jakuba i kwadrantu Davisa odczytać z gwiazd szerokość geograficzną i, jeśli trzeba, sporządzić mapę. Wtedy on zapytał: A możesz takoż chodzić po wodzie czy potrzebujesz łodzi? I wszyscy w gospodzie ryknęli śmiechem. Ale kazał mi iść ze sobą do pana Tollivera, kapitana
okrętu flagowego „Sea Adventure”. Powitał mnie uprzejmie i poprosił, żebym mu pokazał swe umiejętności. Tak i zrobiłem i on był ukontentowany tym, że potrafię wszystko robić z wielką biegłością, przeto podpisałem kontrakt jako ogniomistrz, z żołdem i szyling 4 pensy diem.
„Wyruszyliśmy drugiego czerwca roku dziewiątego. Po „Groene Draeck” okręt wydał mi się prawie pałacem jakiegoś lorda, tak był przestronny i doskonale wyposażony, i jedzenie dużo lepsze, żadnego sera holenderskiego i ryb i wina reńskiego, tylko dobre piwo i angielska wołowina, więc bardzom był kontent. Zaprzyjaźniłem się z panem Tolliverem i nauczyłem się od niego jeszcze więcej o sztuce kompasu i użyciu kwadrantu Davisa i jak odczytać szerokość geograficzną z gwiazd, co było najtrudniej wykonać należycie. Był najdziwniejszym człowiekiem, jakiegom w życiu spotkał, bo nie wierzył w łaskę Bożą i uważał, że wybór pomiędzy wiarą przesądnych papistów a Kościołem zreformowanym nie jest wart złamanego szylinga, i był przekonany, że Bóg stworzył świat i zostawił go samemu sobie, jak ta żona, co wystawia ciasto, żeby ostygło, i obchodzimy go tyle co nic. Spieraliśmy się o takie sprawy podczas nocnej wachty aż do świtu, ale do niczego nas to nie zawiodło, bo nigdyśmy się nie zgodzili, jako że nie szanował wcale Pisma Świętego. Byłeś przy tym, pytał, kiedy to pisali? Te? No to skąd wiesz, że to Słowo Boże, a nie napisane przez takiego samego głupca jak ty? Nie bał się takoż ogni piekielnych, mówił, że nigdy nie widział diabła ani anioła, ani nie spotkał nikogo (oprócz paru obłąkanych), co by widział. Uważał, że Kościół nie szkodzi większości rodzaju ludzkiego, i chodził chętnie na mszę w niedziele, ale nie zważał, co to było za nabożeństwo, ani nie słuchał kazania. Gdyby Król miłościwy powiedział: Czcij zwykły kamień albo papieża – z radością by to robił. Dla niego było to wszystko jedno i zdumiewało mnie to, no bo jak cały świat mógł uważać te sprawy za najważniejsze ze wszystkich spraw, a on jeden nie. On, zacny, poczciwy człek w przytomności umysłu.
8
Matka Crosettiego, Mary Margaret Crosetti (powszechnie znana jako Mary Peg), odznaczała się kilkoma cechami użytecznymi zarówno dla wykwalifikowanej bibliotekarki, jak i dla matki, w tym zdumiewającą pamięcią, umiłowaniem prawdy, skrupulatnością i niezwykłym wyczuleniem na kłamstwo. Tak więc, choć starała się zapewnić synowi prywatność należną dorosłemu mężczyźnie, codzienne życie w niewielkim bungalowie w Queens obfitowało w dostateczną ilość macierzyńsko synowskich interakcji, by mogła sobie w każdym momencie wyrobić opinię o jego stanie ducha. Przed dziesięcioma dniami stan ów był szczególnie doskonały. Al miał skłonności do napadów złego humoru, lecz przez dzień czy dwa śpiewał pod prysznicem i promieniał wewnętrznym zadowoleniem. Zakochał się, pomyślała z mieszaniną radości i niepokoju, jaką tego rodzaju spostrzeżenie budzi u większości rodziców. A zaraz potem dostrzegła u syna załamanie. Rzuciła go, wywnioskowała i pomyślała jeszcze, że owa niezwykła euforia skończyła się równie niezwykle szybko.
– Martwię się o niego wyznała przez telefon najstarszej córce. – Albert nie jest sobą.
– Zawsze go porzucają, mamo powiedziała Janet Keene, która była nie tylko główną zaufaną matki, lecz także psychiatrą z zawodu. – Przejdzie mu.
– Nie widziałaś go, Janet. Porusza się niczym zombi. Kiedy wraca z pracy, wygląda jak po harówce w kopalni soli. Nie je, kładzie się spać o wpół do dziewiątej to nie jest normalne.
– No cóż, mogę na niego rzucić okiem… zaczęła Janet.
– Jak na pacjenta?
– Nie, mamo, to jest zabronione, ale jeśli chcesz poznać opinię kogoś stojącego z boku…
– Posłuchaj, kochanie, wiem, kiedy moje dzieci wariują, a kiedy nie; on nie wariuje to znaczy nie tak do końca. Przyrządzę w sobotę dobre śniadanie, posadzę go przy stole i wyciągnę z niego wszystko. Co ty na to?
Janet, która w swoich najbardziej szalonych fantazjach zawodowych nie mogła sobie wyobrazić, aby jej matka zdołała skłonić kogokolwiek do wyznań, wygłosiła kilka zdawkowo pochwalnych uwag. Tego właśnie oczekiwała Mary Peg, dzwoniąc z prośbą o radę, i Janet spełniła swój obowiązek. Uważała, że to, czego potrzebuje jej braciszek, to dziewczyna, porządna praca i wyrwanie się spod opiekuńczych skrzydeł matki, w takiej właśnie kolejności, ale nie chciała na ten temat dyskutować. Ona sama i jej dwie siostry wymknęły się spod matczynej kurateli przy pierwszej nadarzającej się okazji, nie dlatego, żeby nie kochały matki; po prostu uważały, że rzuca na ich życie zbyt głęboki cień. Biedny Al!
Samopoczucie Mary Peg zawsze poprawiało się znacząco po zasięgnięciu fachowej rady u Janet, szczególnie gdy opinia córki pokrywa się z jej zdaniem. Była jednym z siedmiorga dzieci motorniczego metra i rzecz nietypowa dla dziewczyny z jej środowiska uległa pokusie lat sześćdziesiątych i przeszła cały kontrkulturowy szlak: zespół rockowy, komuna hipisowska w Kalifornii, trochę narkotyków, przypadkowe kontakty seksualne by z lekkim poczuciem wstydu powrócić do prawdziwego życia, to znaczy uzyskać w City College tytuł magistra bibliotekoznawstwa. Jej rodzice nie znali najbardziej szalonego etapu tej historii, bo w przeciwieństwie do wielu ówczesnych rówieśników nie odgrywała się na starszym pokoleniu; kłopoty, jakie sprawiła sama sobie, całkowicie jej wystarczały. Ale zawsze
czuła to dławiące katolickie poczucie winy, że oszukiwała rodziców, i postanowiła, że kiedy dochowa się własnych dzieci, w jej rodzinie nie będzie miejsca na międzypokoleniowe kłamstwa. Czasem myślała sobie, że właśnie dlatego wyszła za policjanta.