Czując się jednak tak starym jak Fanny, Crosetti wyszedł zgarbiony z biblioteki i pojechał autobusem do antykwariatu. Pracowała w nim nowa dziewczyna, Pamela, prawdziwa absolwentka Barnarda. Niska, atrakcyjna, dobrze ubrana intelektualistka,
miała narzeczonego na Wall Street. Było tak, jakby Carolyn nigdy tu nie postawiła stopy, jeśli nie liczyć napomknień Glasera, że zniknęła, nie mówiąc mu, co się stało z rycinami z Podróży Churchilla. Tego dnia jednak, gdy Crosetti wszedł do księgarni, Glaser pozdrowił go i zaprosił do swojego maleńkiego gabinetu na zapleczu.
– Pewnie zainteresuje cię wiadomość, że Rolly się odezwała powiedział. Rzuć na to okiem.
Podał mu elegancką, miłą w dotyku kopertę, najwyraźniej zagraniczną. Były na niej brytyjskie znaczki i stempel londyńskiej poczty. W środku znajdował się list napisany piękną kaligrafią Rolly, czarnym atramentem na grubym, kremowym papierze. Krew uderzyła Crosettiemu do głowy, poczuł gorąco i bolesne ukłucie; z trudem się powstrzymał, by nie podnieść listu do nozdrzy i go nie powąchać.
Drogi Sidneyu!
Wybacz, że zostawiłam Cię w tak krytycznej sytuacji i że nie skontaktowałam się z Tobą, żeby poinformować, co się ze mną dzieje. Nie wiedziałam, kiedy znów otworzysz antykwariat, więc uznałam, że nie sprawię Ci kłopotu swoim zniknięciem i że będziesz miał czas poszukać kogoś na moje miejsce. Mimo to zachowałam się niezbyt grzecznie, nie dzwoniąc, za co przepraszam. Tak się złożyło, że miałam pilny telefon z Londynu; wezwano mnie w ważnych sprawach rodzinnych, co potem okazało się dla mnie szansą kariery, więc chyba już tu zostanę. Dobra wiadomość dla Ciebie: udało mi się sprzedać mapy i ryciny ze zniszczonego Churchilla za cenę znacznie, moim zdaniem, wyższą, niż uzyskałabym na rynku amerykańskim 3200 funtów! Wydaje mi się, że mają tu nienasycony apetyt na ryciny dobrej jakości z okresu ich wielkiej chwały. Załączam przekaz pieniężny na 5712,85 dolarów. Wszystkie koszty pokryłam z własnej kieszeni, żeby zrekompensować Ci straty, jakie mogłeś ponieść.
Pożegnaj ode mnie swoją małżonkę i Alberta. Byliście dla mnie wszyscy mili, bardziej, niż na to zasłużyłam.
Serdecznie pozdrawiam Carolyn Rolly
Crosetti oddał list Glaserowi, czując ucisk w żołądku. Musiał głośno odchrząknąć, zanim wydobył z siebie głos.
– No cóż. Dobrze, że się jej powiodło. Nie wiedziałem, że ma rodzinę w Anglii.
– A tak odparł Glaser. Wspomniała kiedyś, że jej nazwisko brzmiało pierwotnie Raleigh, jak u sir Waltera Raleigh, i sugerowała, że ma z nim jakieś rodzinne związki. Może odziedziczyła rodowy zamek. Zresztą nieźle sprzedała te ryciny. Zawsze uważałem, że nasza Carolyn mierzy wyżej i nie będzie wiecznie pracować w antykwariacie. Czy wydrukowałeś te zawiadomienia o aukcji, o które cię prosiłem?
– Rano. Powinny być w pana skrzynce odbiorczej.
Glaser skinął głową, wymamrotał podziękowanie i wyszedł, a Crosetti powlókł się do swojej jaskini. Była teraz przyjemniejszym miejscem pracy niż przed pożarem, bo firma ubezpieczeniowa zapłaciła za gruntowną renowację, w tym zamontowanie stalowych półek i zakup nowego komputera marki Dell z najnowszymi urządzeniami peryferyjnymi. W piwnicy pachniało teraz farbą i klejem do płytek, a nie kurzem i fryturą, ale te korzystne zmiany nie wpłynęły na poprawę nastroju Crosettiego. Za każdym razem, kiedy w jego mentalnym teatrze padało pytanie: „Jak mogła?”, natychmiast pojawiała się odpowiedź: „Frajerze! Miałeś jedną randkę. Czego oczekiwałeś? Dozgonnej miłości? Trafiła się jej lepsza okazja i zwiała”. Z drugiej strony głęboko wierzył, że ciało nigdy nie kłamie, i nie mógł się pogodzić z faktem, że Rolly okłamała go w ten sposób tamtej nocy. Była kłamczucha, pewnie, ale nie mógł pojąć takiego oszustwa. Dlaczego to zrobiła? Żeby się odwdzięczyć za miły wieczór? Nie widział w tym sensu.
A skoro już mowa o kłamstwach, ciągnął wewnętrzny głos, to ten list jest jedną wielką lipą. Wiemy, że nie porozdzielała tych woluminów, a zatem nie sprzedała rycin. Był tego tak pewien jak teorii o uczciwości ciała. A więc skąd wzięła prawie sześć tysięcy, żeby zapłacić Glaserowi? Odpowiedź: ktoś dał jej te pieniądze i opłacił podróż do Anglii, a jedynym podejrzanym był tu profesor Bulstrode, bo nie brał w tym udziału nikt inny, kto miałby takie pieniądze i kto byłby w Anglii. Pojechała tam z profesorem. Ale dlaczego? Uprowadził ją? Nie, to absurd: angielscy profesorowie
nie uprowadzają ludzi, chyba że w tych bezsensownych filmach, którymi Crosetti gardził. A więc dlaczego się tam udała?
Nasuwały się dwie możliwości: jedna nieprzyjemna i jedna przerażająca. Ta pierwsza oznaczała, że Carolyn dostrzegła okazję zdobycia wielkiej forsy, wizję znalezienia skarbu w postaci manuskryptu Szekspira. Przeczytała list Bracegirdle'a i zadzwoniła do Bulstrode'a za plecami Crosettiego (to długie czekanie przed jej domem!), zaaranżowała sprzedaż rękopisu, nalegała, żeby go spieniężyć, a potem, tak to sobie lubił wyobrażać, trochę się w nim zakochała, ale nie na tyle, żeby odepchnąć szansę wydobycia się z przygniatającego ubóstwa.
Druga możliwość oznaczała, że Carolyn działała pod przymusem, że Bulstrode miał na nią jakiegoś haka, że groziło jej coś znacznie gorszego niż utrata pracy w antykwariacie czy zainteresowanie policji. Nie, to było kolejne kłamstwo policja wcale nie szukała Carolyn Rolly, w każdym razie tak twierdziła jej siostra.
A może chodziło tu o obie możliwości? Musi zdobyć nowe informacje. Tylko one pozwolą odróżnić kłamstwa od prawdy.
Gdy tylko o tym pomyślał, obrócił się energicznie na krześle w stronę komputera. Właściwie zdobył już nowe informacje, ale przez te jego smętne wahania nie przyszło mu do głowy, żeby je wykorzystać. Z tylnej kieszeni dżinsów wyjął dwie rzeczy, które podniósł z ulicy przed dawnym domem Carolyn. Zdjęcie było odbitką z zakładu fotograficznego przedstawiającą dwie kobiety i dwoje dzieci, mniej więcej czteroletniego chłopca i maleńką dziewczynkę. Jedną z kobiet była Carolyn Rolly, młodsza niż obecnie, z włosami upchniętymi pod czapką z daszkiem, drugą bardzo ładna blondynka. Siedziały na ławce w jakimś parku czy na placu zabaw, w letnim słońcu, wokół rosły drzewa obsypane liśćmi, rzucając na ziemię czarny cień. Dziewczyny patrzyły w obiektyw i uśmiechały się, mrużąc lekko oczy przed słońcem. Zdjęcie nie było dobre. Crosetti wiedział, że tani aparat, jakim zostało zrobione, nie mógł uchwycić kontrastu pomiędzy jaskrawym słońcem i głębokim cieniem, a więc twarze, zwłaszcza dzieci, były wyraźnie prześwietlone. Ale Carolyn przechowywała zdjęcie, a potem poszła sobie, jak gdyby raz jeszcze porzucając swe dotychczasowe życie. Przyglądał się badawczo twarzom, szukając śladów rodzinnego podobieństwa, ale miał za mało danych.
Zeskanował zdjęcie, otworzył PhotoShop i przez chwilę bawił się kontrastem, a potem załadował program, w którym już pracował i który poprawiał zdjęcia za pomocą metod statystycznych. W rezultacie można było lepiej przyjrzeć się rodzinie, bo teraz stało się jasne, że to jednak rodzina. Druga kobieta wyglądała na siostrę Carolyn albo przynajmniej bliską kuzynkę, a dzieci były z pewnością spokrewnione z którąś z nich lub z obiema. Crosetti nie potrafił powiedzieć, skąd to wie, ale sam pochodził ze środowiska, w którym liczne rodziny były normą, a zatem odgadł instynktownie.
Na pocztówce widniał napis OBÓZ WYANDOTTE skomponowany z czegoś, co wyglądało na brzozowe gałązki; zdjęcie przedstawiało okolone świerkami górskie jezioro, przystań i kilku chłopców w kajakach. Na odwrocie był stempel sprzed trzech lat i tekst drukowanymi literami, wypisany dziecięcą ręką: Kohana Mamusiu tu na obozie jest fajnie. Złapaliśmy wenża. Koham Cie, Emmett. Adres wyszedł spod ręki dorosłego: Pani H. Olerud, 161 Tower Rd., Braddock PA 16571.