Odwróciwszy się do komputera, Crosetti odszukał miejscowość na mapie: znajdowała się w zachodniej Pensylwanii, niedaleko jeziora Erie. Za pomocą Google Earth znalazł pod wskazanym adresem dach skromnego drewnianego domu z zabudowaniami w dzikim lesistym otoczeniu. Zrobił odjazd i zobaczył niby-wiejską okolicę, podobną do tych, które otaczają małe, znużone miasteczka amerykańskiej przemysłowej Północy: dwuhektarowe działki, wraki samochodów i zużyty sprzęt gospodarstwa domowego na podwórkach, sagi drewna podupadłe tereny zamieszkane przez ludzi, którzy kiedyś mieli dobrą pracę w małych fabrykach lub kopalniach, a teraz ledwie znajdywali dorywcze zajęcie. Czy właśnie to środowisko spłodziło tak egzotyczne stworzenie, jakim była Rolly? Znów spojrzał na fotografię dwóch kobiet i dzieci; pożałował, że nie potrafi przenieść się o trzydzieści lat w przyszłość, w której (był tego pewien) będzie można za sprawą komputera zajrzeć do wnętrz domów i przyjrzeć się twarzom wszystkich mieszkańców planety. Na razie, żeby tego dokonać, trzeba było udać się w podróż.
List Bracegirdle'a (8)
Płynęliśmy przez morza przy dobrych wiatrach aż do 23 lipca, kiedy to całe niebo pociemniało jak w nocy i zerwał się potężny wicher. Cała nasza flotylla się rozproszyła i statek nasz rozbił się o skały, lecz dzięki miłosierdziu Bożemu nikt nie zginął krom trzech ludzi, wśród nich pana Tollivera, Panie świeć nad jego duszą, i teraz wszystkie jego wątpliwości były rozwiane, bo obaczył na własne oczy. Kiedy sztorm uderzył, zdjęła nas wielka trwoga, bo byliśmy blisko Bermudów, które wszyscy żeglarze zowią Wyspą Diabła, gdyż mieszkają tam dzikusy żywiące się ludzkim mięsem, tak przynajmniej się uważa. (Ale wyszliśmy na ląd, nie mając wyboru, i nie znaleźliśmy żadnych dzikusów, tylko miejsce prawie jak Raj, strumyki, łąki, drzewa obsypane owocami etc, przyjemna woń kwiatów, najsłodsza. Takoż cedrowego drewna w bród, zaczęliśmy więc budować dwie łodzie, które pomieściłyby nas wszystkich. Minął blisko rok, zanim wypłynęliśmy, i zyskałem sobie wielkie uznanie dzięki sterowaniu według gwiazd i słońca i dopłynęliśmy z pomocą Bożą do Jamestown 23 maja roku dziesiątego. Cała ta historyja opisana została już wcześniej w książkach pana Williama Stracheya z naszej załogi, które czytałaś, więc nie będę Ci już o tym opowiadał.
Wróciwszy do Anglii pierwszym statkiem, wylądowałem w Plymouth 6 lipca i chciałem jechać do Londynu, bo pragnąłem wymienić mój papier na złote monety w jakimś kantorze u Żyda i pokazać Twemu ojcu, żem godny starać się o Twoją rękę, moja droga Nan. Wsiadłem przeto na łódź następnego dnia, odnalazłem mojego Żyda i wyszedłem dumny z ciężką sakiewką; ale przyszedłszy do gospody Pod Człowiekiem z Żelaza, pytałem i powiedziano mi, że przed paroma miesiącami poślubiłaś Thomasa Fincha, handlarza ryb z Puddyng Lane.
Serce moje zranione zostało, bo wszystkie swoje nadzieje wiązałem z tym małżeństwem, nie mając już rodziny ni przyjaciół, ni domu. A poza tym fantazje pana Tollivera starły na proch moją starą wiarę w czystą religię i nie wiedziałem, co myśleć, choć przypuszczałem, że pewnie trafię do piekła, lecz nie dbałem o to, a w każdym razie niewiele. Takie dusze są stracone. Jednak miałem złoto i zawżdy można zdobyć przyjaciół, kiedy się je ma, więc hulanka ciągnęła się tygodniami. Nie chcę Ci opowiadać, Nan, ile podłych uczynków popełniłem w owym czasie, dość, że obudziłem się pewnego ranka w łożu ladacznicy i 2 szylingi i 5 pensy zostało mi tylko w sakiewce. Wśród moich towarzyszy od szklanicy był taki jeden Cranshaw, który mienił się dżentelmenem z wybrzeża, co się tłumaczy jako przemytnik, i powiada: Jesteś jegomość, Dick, i znasz życie, chodź, zrobimy razem fortunę, sprowadzając z Wysp Kanaryjskich białe wino i inne towary zamorskie. I tak robiliśmy przez czas jakiś. Ale ten Cranshaw lubił tak samo pić wino jak szmuglować i pracował nieudolnie, chełpiąc się po tawernach etc, aż pewnej nocy straż przybrzeżna zakuła nas obu w żelaza i odstawiła do Tower.
Tam pan Hastynges łaskawie przyszedł i odwiedził mnie i powiada: Chłopcze, czeka cię sznur, nic cię nie uratuje od stryczka, bo przyłapali cię z nieoclonym towarem. Co za głupiec z ciebie – dlaczego nie przyszedłeś do mnie, czy kiedyś odmówiłem ci pracy? I strasznie mi było wstyd, żem upadł tak nisko. Jednak zacząłem się znów modlić, czego dawno nie robiłem, i przyniosło mi to pociechę, pomyślałem, że może łaska Boża uratuje takiego jak ja, bo przecież Chrystus Pan przyszedł zbawić grzeszników, nieludzi prawych.
To więc, Nan, wiesz już wszystko albo prawie wszystko i dla małego Richarda napisałem to, by przemówić po ojcowsku zza grobu: ale teraz powiem Ci coś, czego nie wie nikt, kromie tych, którzy tam byli, a z nich ja tylko się ostałem.
Rankiem leżałem w zgniłej słomie w żelazach i rozmyślałem, jak wielu lepszych ode mnie było tak zakutych w imię Boże, i żałowałem, że nie jestem jednym z nich, tylko głupim złodziejem, a tu przychodzi strażnik i powiada: „Wstawaj, i rozkuwa mnie, przynosi wody do umycia, strzyże mi brodę i daje nowe odzienie. Skinął ręką, żebym szedł za nim. „Wchodzimy do małej izdebki w White Tower, świeża słoma na podłodze i ogień buzuje, i krzesła, i pieczeń na stole, i wino z wysp w kubkach, a jakiś obcy mężczyzna mówi: Siadaj i posilaj się.
9
Ojej, przepraszam sapnęła, odsuwając się ode mnie. Pomyślisz sobie, że jestem okropna. Nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiłam.
– Instynktowna reakcja po uniknięciu o włos niebezpieczeństwa? – zasugerowałem. Coś w rodzaju dziedzicznego odruchu. Samiec ratuje samicę z opresji, a ona mu się odwdzięcza seksualnym wabikiem. Po chwili dodałem: – Jestem pewien, że to z twojej strony nic osobistego.
Miałem w duchu nadzieję, że jest wprost przeciwnie. Patrzyła na mnie w milczeniu. Otworzyłem drzwi frontowe.
– Wszystko w porządku? Nic ci się nie stało?
– Troszkę się pokaleczyłam. I otarłam sobie kolana. Au!
Oparła się o mnie. Poczułem, że drży.
– Mamy do pokonania trzy piętra uprzedziłem i objąłem ją ramieniem. Możesz chodzić?
– Nie wiem. Zrobiło mi się miękko w kolanach.
– To adrenalina. Pozwól, pomogę ci.
Wziąłem ją na ręce, żeby przenieść przez próg, niewinnie, jak pan młody świeżo
poślubioną żonę, i zacząłem wchodzić na górę. Poddała się, nie protestując. Ja sam byłem jeszcze oszołomiony po pocałunku.
Posadziłem ją na sofie, nalałem nam koniaku, a potem poszedłem po domową apteczkę i plastikowy worek z lodem. Miranda zdjęła podarte rajstopy i podciągnęła spódniczkę, odsłaniając nagie uda. Podałem jej lód, żeby mogła go sobie przyłożyć w najbardziej posiniaczonych miejscach, a sam obmyłem i opatrzyłem jej kolana, tak jak nauczyłem się tego dawno temu w wojsku. Musiałem się nisko nachylić, żeby oczyścić skórę z ulicznego brudu. Ładunek erotyzmu, jaki wytworzyła ta żmudna czynność, był wręcz trudny do zniesienia. Moja twarz znajdowała się tak blisko, o parę cali od jej rozkosznych ud, które rozchylały się lekko, aby umożliwić mi przeprowadzenie zabiegu. Wyobrażałem sobie, że ona czuje to samo, ponieważ uniknięcie niebezpieczeństwa jest znanym afrodyzjakiem (ten pocałunek!), ale nie mówiła nic i tylko z trudem się powstrzymywałem, by nie dać nura w mrok pod tę zadartą spódnicę. Myślę, że chciałem przedłużać ów stan cudownego napięcia, który tak uwielbiałem, gdy zalecałem się do Amalie, i którego większość nas została pozbawiona w epoce powszechnej kopulacji.