Nie odzywała się w trakcie tych zabiegów. Kiedy założyłem jej opatrunek, podziękowała i zapytała:
– Co zrobiłeś temu zbirowi? Czy to był jakiś chwyt dżudo?
Odpowiedziałem, że wszelkie sztuki walki są mi obce, ale jestem po prostu bardzo silny, i wyjaśniłem dlaczego. Przyjęła to bez komentarzy i zapytała, czy znam któregoś z napastników.
– Oczywiście, że nie. A ty znasz?
– Nie, ale zdaje się, że ten wielki, któremu przyłożyłeś w głowę jego kumplem, to ten sam, który obserwował mnie w ciągu dnia. Auto też chyba było to samo. Rozmawiali po rosyjsku, prawda?
– Tak mi się wydaje. Nie znam tego języka, ale chodzę do siłowni, Którą prowadzi Rosjanin, i bardzo często go słyszę. No i dzwonił do ciebie wcześniej ten
mężczyzna z cudzoziemskim akcentem…
Nagle Miranda odwróciła się przodem do oparcia sofy i nakryła głowę poduszką. Posłyszałem stłumiony szloch.
Czy powinienem teraz wdawać się w szczegóły? Czy stanie się coś złego, jeśli pominę, co wtedy mówiliśmy? Dla porządku: ona płakała, a ja ją pocieszałem. Owszem, jestem aż takim łajdakiem, by uwieść kobietę, która uległa skrajnej panice. Przylgnęła do mnie z westchnieniem, jej usta przywarły do mojej szyi. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni córki. Położyłem na łóżku i delikatnie rozebrałem zdjąłem z niej bluzkę, spódnice, stanik, majteczki; nie pomagała mi, ale i nie protestowała. Muszę powiedzieć, że mimo mojego zapału odstawała znacznie od Amalie, choć ich ciała były zdumiewająco podobne kształtem rąk i nóg, spiczastymi różowymi sutkami.
Leżała nie do końca zatracona w tym, co robiliśmy, wydawała się uśpiona, oczy miała zamknięte. Coś musiała odczuwać, bo wydawała z siebie cichutkie westchnienia, wydymając lekko wargi, jak to robią kobiety, doznając seksualnej przyjemności. Kilka razy zsunęła głowę z poduszki, marszczyła czoło, jakby koncentrowała się przed udzieleniem odpowiedzi w quizie. W końcu wyrwał jej się pojedynczy przenikliwy pisk, jak pieskowi potrąconemu przez samochód. Potem przewróciła się bez słowa na bok i zdawało się, że zasnęła na dobre, zupełnie jak znudzony wieloletnim małżeństwem facet.
Swoją drogą, pierwszy raz jest czasem nieudany. Pocałowałem ją w policzek (żadnej reakcji) i przykryłem kołdrą. Rano usłyszałem wcześnie szum prysznica, a kiedy wszedłem do kuchni, ona już tam była. Ubrana, odświeżona. Zapytała, czy możemy wstąpić po drodze po nową parę rajstop. Żadnych komentarzy na temat nocnego seksu i nic z tej familiarności ciał, jakiej człowiek spodziewa się jednak po rżnięciu, choćby i słabszej jakości. Ja też nie poruszyłem tej kwestii.
Musiałem odpłynąć, bo jest widno, a mój zegarek wskazuje szóstą z minutami. Na jeziorze kładzie się gęsta mgła, na każdym listku i każdej igiełce lśni rosa. Wschodzące słońce jest zaledwie różową poświatą w chmurach przy wschodnim krańcu jeziora. Bardzo dziwne, nieziemskie wrażenie, jakbym tkwił wewnątrz perły. Pistolet leży rozłożony na biurku, magazynek jest wyjęty, siedem lśniących dziewięciomilimetrowych nabojów do parabellum stoi w szeregu jak siedmiu małych żołnierzyków. Nie pamiętam, żebym je tak ustawiał. Czy mogłem to zrobić
w czasie snu? Możliwe, że zaczyna mi odbijać z napięcia i niewyspania. I przez to moje kompletnie spieprzone życie. Siedem naboi. A było ich osiem.
Pewnie czytaliście w gazetach o ludziach, którzy trzymają broń w domu; czasem dobierze się do niej dziecko i zrobi coś okropnego. Ma to być dla nas ostrzeżeniem, że dziecko zawsze znajdzie broń, choćby najlepiej ukrytą przez ojca, ale, o ile pamiętam, żadne z nas nie znalazło nigdy Pistole-08 matki. Więcej żadne z nas nawet o nim nie wiedziało. Myślę, że matka była geniuszem tajności, którą to cechę jej dzieci odziedziczyły i doprowadziły do perfekcji. Moje rodzeństwo nie wie, że mam ten pistolet, lub może samo nie zdradza się z tą wiedzą. Wymagało to pewnych zabiegów, bo w sensie technicznym broń jest nielicencjonowana, ale w Nowym Jorku ktoś, kto ma znajomości, zawsze może załatwić, co chce, i wtedy, gdy umierała matka, pracowałem dla takiego człowieka, doskonałego prawnika i dżentelmena nazwiskiem Benjamin Sobel. Kiedy opisałem mu sytuację, załatwił sprawę z policją tak, że oddali mi pistolet, choć nie rozwodziłem się nad jego pochodzeniem. Cenna pamiątka z czasów wojny, wyjaśniłem, którą będę mógł sprzedać, żeby pokryć koszty pogrzebu. Ale nie sprzedałem go, a koszty były niewielkie. Paul siedział w więzieniu, a Miri pływała na czyimś jachcie, więc w tanim domu pogrzebowym zebrała się tylko garstka nieznajomych, jacyś ludzie z jej parafii i ze szpitala, w którym pracowała, oraz ja. Ksiądz się nie pokazał, zapewne ze względu na okoliczności śmierci, co było jednym z grzechów, których nigdy swojemu Kościołowi nie wybaczyłem.
Trzymałem jej prochy w metalowej urnie w swoim mieszkaniu aż do czasu, kiedy dostałem pierwszą pracę, a wtedy wykupiłem kwaterę w mauzoleum na cmentarzu Green-Wood na Brooklynie, niedaleko od Alberta Anastasii, Joeya Galio i L. Franka Bauma, autora Czarnoksiężnika z krainy Oz; matka jest więc w dobrym towarzystwie. Myślę, że jej wybaczyłem, ale czy człowiek może być tego pewien? Nigdy nie rozgryzłem do końca kwestii jej samobójstwa. Zrobiła to manifestacyjnie, bo wiedziała, że tego sobotniego popołudnia wracałem na Brooklyn. Jako oficjalnie Dobry Syn często uczestniczyłem posłusznie w mszy w kościele Świętego Jeremiasza, poprzedzanej i wieńczonej ciężkimi teutońskimi obiadami i wieczorami przed telewizorem lub przy kartach. W tę właśnie sobotę przygotowała obiad, ozór w sosie słodko kwaśnym z kluseczkami, jedno z moich ulubionych dań,
i jego zapach wypełniał mieszkanie, gdy wszedłem do kuchni i ją znalazłem. Wokół krzesła, na którym siedziała, rozpostarła gazety, żeby nie nabrudzić, kiedy się zastrzeli.
Relacjonuję to, żeby zademonstrować swoją bliską doskonałości niewrażliwość na wewnętrzne stany moich bliskich, która, jak przypuszczam, jest kluczem do pewnych aspektów tej historii. Nie miałem o niczym pojęcia, choć widywałem biedną Mutti prawie co tydzień. Tak, Ermentrude nie pokazywała kart, ale czy mimo to nie powinienem powziąć pewnych podejrzeń? Domyślić się jakiejś permanentnej depresji? Nic jednak nie zauważyłem, a ona nie zostawiła listu pożegnalnego. Miała czterdzieści cztery lata.
Wcześniej, zanim wkroczyłem w swój straszliwy okres dojrzewania, byliśmy ze sobą niezwykle blisko. Kiedy miałem dziewięć lat, dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu wracałem jednego dnia wcześniej ze szkoły, a mama szła na nocny dyżur w szpitalu, więc co dwa tygodnie urządzaliśmy sobie Edypalny Teatr. Piekła mi w te dni pyszne ciasta, cudowne bawarskie specjały z mnóstwem orzechów, cynamonu i rodzynków między płatkami ciasta cieńszymi niż nadzieja, i kiedy wychodziłem z cuchnącej uryną windy, ich zapach już na korytarzu uderzał w nozdrza jak zapowiedź raju. I rozmawialiśmy, to znaczy ona opowiadała, głównie były to wspomnienia z dzieciństwa, jej cudownego dzieciństwa w Nowych Niemczech o muzyce, paradach, o tym, jak wspaniale wyglądali mężczyźni w mundurach, jak cudowny był jej ojciec, jak wszyscy byli dla niej mili. Wystąpiła pośród tych pokazywanych w starych kronikach filmowych małych blondyneczek, które wręczały führerowi kwiaty podczas oficjalnej wizyty. Załatwiono to dzięki partyjnym kontaktom ojca i mama pamiętała każdy szczegół, zwłaszcza dumę, gdy Hitler ujął jej twarzyczkę i pogłaskał po policzku. Tak, po tym policzku, który codziennie całowałem. Szczęściarz Jake!