O złych rzeczach, które nastąpiły później, niewiele miała do powiedzenia.
Nie lubię miszlecz o tych dniach, mówiła, tilko o szczęsliwych dniach lubię miszlecz. Ale ja nalegałem i dowiedziałem się o szczurach i muchach, o braku ulubionych zwierzątek, o nalotach bombowych, o fetorze, o rozerwanych ciałach przyjaciół i ich rodziców. O przedziwnych układach wywołanych podmuchem eksplozji: o wannie, która wleciała przez ścianę klasy i wylądowała na stole
nauczyciela. Ach, ile było śmiechu! Kiedy porządkowałem papiery matki, znalazłem trofeum w postaci pamiątek rodzinnych, których nigdy nam nie pokazywała, lecz które musiała nosić w swej walizce, kiedy spotkała tatę: listy z różnych frontów, zdjęcia rodziny, świadectwa szkolne, pocztówki z wakacji. Było tam też oczywiście sporo pamiątek nazistowskich, nagrody od SS, różne medale dziadka i etui z palisandru, w którym był pistolet. Jedno zwłaszcza zdjęcie przechowywałem starannie, potem oprawiłem i do dziś wisi ono w mojej sypialni. Jest na nim jej rodzina tuż przed wybuchem wojny, na plaży w jakimś nadmorskim kurorcie. Matka ma dziesięć albo jedenaście lat, jest śliczna jak nimfa. Jej dwaj starsi bracia w staroświeckich trykotowych strojach kąpielowych szczerzą w słońcu białe zęby. Moja babka wygląda całkiem smukło w jednoczęściowym kostiumie, siedzi na leżaku i śmieje się, a nad nią pochyla się, też rozbawiony, hauptsturmführer SS Stieff. Najwyraźniej przyszedł na plażę prosto z pracy, bo jest w koszuli i pod krawatem, kurtkę od munduru zarzucił na ramię, ma pas z bronią i czapkę; trzeba by się bardzo dokładnie przyjrzeć, żeby rozpoznać mundur.
Lubię to zdjęcie, bo wszyscy są na nim tacy szczęśliwi, choć żyli w najgorszym reżimie w dziejach ludzkości, a ojciec rodziny pracował dla organizacji nastawionej na ludobójstwo. W moim domu nie było takich zdjęć, bo choć przeżywaliśmy radosne chwile, ojciec nie lubił fotografii i w odróżnieniu od swego nieżyjącego teścia panicznie się bał, że ktoś go utrwali na kliszy. Jedyne zdjęcia rodzinne, jakie mamy, to pozowane fotki z okazji urodzin albo innych wydarzeń pierwszej komunii, ukończenia szkoły i tak dalej, plus liczne zdjęcia robione przez sąsiadów lub obcych ludzi, bo, jak już sugerowałem, cała nasza rodzina, z wyjątkiem mojej osoby, jest niezwykle fotogeniczna.
Nie, nie, oderwijmy się od tej zamierzchłej przeszłości gdyby to tylko było możliwe! i wróćmy do głównego wątku. Ustaliliśmy z Mirandą, że nie powinna zostawać sama. Umówiłem się więc z Omarem, że powróci do roli ochroniarza i że będzie nam towarzyszył, na wypadek gdyby tamci, odkrywszy, że w aktówce nie ma tego, czego szukali, spróbowali jeszcze raz. Pozostawało pytanie, dlaczego ci rosyjskojęzyczni dranie zainteresowali się osobistymi losami Richarda Bracegirdle'a.
Czy Bulstrode mógł być z nimi w jakiś sposób związany? Kiedy zapytałem o to Mirandę, spojrzała na mnie jak na obłąkanego. Wuj Andrew nie znał w Nowym Jorku prawie nikogo oprócz naukowców, a o Rosjanach nigdy nie wspominał, tym bardziej o kryminalistach. A zatem zbiry działające na własną rękę? Najprawdopodobniej. Wbrew temu, co pokazywała telewizja, w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci zorganizowana przestępczość została zdominowana przez Rosjan, czyli tak zwaną mafię, jak ją określali wszyscy, tylko nie oni sami. A zatem ktoś, kto poszukiwał osiłków, speców od zastraszania, wymuszeń i tortur, znalazł odpowiednich ludzi. Tożsamość tego osobnika pozostawała nieustalona, ale odszukanie go (jak wyjaśniłem Mirandzie) nie było naszym zadaniem. Do nas należało zapewnienie jej bezpieczeństwa, czym, jak uważałem, powinien się zająć Omar, i poinformowanie policji o ostatnich wydarzeniach.
Około ósmej zjawił się przysłany przez agencję kierowca imieniem Rashid, żeby zawieźć mnie do kancelarii. Zostawiłem Omara z Mirandą, poleciwszy, żeby nie spuszczał jej z oka, i uciąłem jego gorliwe wyjaśnienia, jak dobrze jest uzbrojony. Nie chciałem tego wiedzieć. Z pracy zadzwoniłem do detektywa Murraya i zrelacjonowałem mu incydent z poprzedniego wieczoru. Spytał mnie, czy zapisałem numer samochodu, odpowiedziałem, że nie, na co odrzekł, że wobec tego niewiele może zrobić w sprawie utraconej aktówki. Kiedy oznajmił, że połączy mnie z funkcjonariuszem, który poda mi numer sprawy dla mojego ubezpieczyciela, trochę się wkurzyłem i zasugerowałem, że zajście musi mieć jakiś związek z zabójstwem Andrew Bulstrode'a, będącym podobno przedmiotem dochodzenia. Zapadła cisza; wreszcie detektyw zapytał z hamowaną pasją, jak na to wpadłem. Powiedziałem mu o pani Kellogg i o tym, jak ktoś z cudzoziemskim akcentem próbował przejąć od niej manuskrypt, który należał do Bulstrode'a, i że mężczyzna, który nas zaatakował, mówił językiem podobnym do rosyjskiego i że to wszystko musi się jakoś łączyć. Zapytał mnie, ile jest wart ten rękopis, na co odparłem, że Bulstrode kupił go za kilka tysięcy dolarów, ale…
W tym miejscu przyhamowałem, bo wszystko, co wykraczało poza tę informację cała ta historia z Szekspirem było jedynie domysłem, wiedziałem zresztą,
jak to brzmi w uszach nowojorskiego gliniarza. Zakończyłem więc rozmowę dość kulawo, odczekałem swoje, a kiedy w końcu połączono mnie ponownie, zgłosiłem znudzonemu facetowi niegroźną napaść i dostałem od niego numer sprawy. Potem zadzwoniłem do Jasmine Ping i zasięgnąłem informacji na temat testamentu Bulstrode'a. Stwierdziła, że nie powinno być żadnych kłopotów; sprawa jest jasna, w ciągu miesiąca akt powinien trafić do sądu. Zapytała, czy chodzi o pośpiech. Odpowiedziałem, że nie, wprost przeciwnie, nie ma żadnego pośpiechu. Ciało zmarłego, jak się dowiedziałem, najpewniej odleci jeszcze tego dnia; zajął się tym Oliver March, przypuszczalnie wieloletni partner Bulstrode'a, o którym słyszałem.
Jak wynika z moich notatek, darowałem sobie lunch i pojechałem do siłowni, choć nie był to mój termin. Chciałem z kimś porozmawiać o Rosjanach, a siłownia była najodpowiedniejszym miejscem, jakie przychodziło mi do głowy. Na miejscu okazało się jednak, że to Arkady chce ze mną rozmawiać. Zaprowadził mnie do swojego maleńkiego biura, zagraconej klitki z wykładziną, gdzie ledwie mieściło się kilka krzeseł i biurko, prawie niewidoczne pod stertami pism o podnoszeniu ciężarów, częściami uszkodzonego sprzętu i próbkami odżywek, w większości dozwolonych nawet podczas igrzysk olimpijskich. Stała tu też oszklona gablota z imponującą kolekcją medali i pucharów były Związek Radziecki najwyraźniej nie skąpił pochwał swoim ulubieńcom na ścianach zaś wisiało więcej triumfalnych zdjęć, niż ja miałem w swoich zbiorach. Arkady Demiczewski to przysadzisty i owłosiony osobnik, który ma głęboko osadzone piwne oczka i kark o półmetrowym obwodzie. Wygląda jak wczesny hominid, ale jest człowiekiem cywilizowanym, kulturalnym i miłym, obdarzonym dużym poczuciem humoru. Tego dnia jednak był w nietypowy dlań sposób poważny.
– Jake zwrócił się do mnie musimy porozmawiać.
Dostrzegłem, że wyraźnie unika mojego wzroku.
– Wiesz, Jake, że nie obchodzi mnie, co ludzie, którzy tu przychodzą, robią poza siłownią. To jest ich życie, prawda? Zachowują się tu przyzwoicie, mogą zostać, jeśli nie, to… Tu udał, że rzuca za siebie jakiś wyimaginowany przedmiot,
i wydał z siebie świszczący dźwięk. A więc, Jake, znam cię już od dawna i niezręcznie
mi o to pytać, ale czy jesteś zamieszany w jakiś… jakiś biznes ze złymi ludźmi?
– Masz na myśli złych Rosjan?
– Tak! Gangsterów. Powiem ci, co się zdarzyło przedwczoraj wieczorem. Wpadłem do klubu w Brighton Beach, gdzie bywają ludzie z Odessy, no wiesz, ruska bania, karty, trochę wódki… W łaźni przysiadają się do mnie dwaj faceci, mają wytatuowane smoki, tygrysy, co znaczy, że są zekami z obozu na Syberii, szczycą się tym, rozumiesz. Niekulturni ludzie, absolutne No i pytają mnie, czy znam Jake'a Mishkina. Mówię im, że tak. Jake Mishkin, pierwszorzędny amerykański obywatel, ciężarowiec. A oni na to: To nas nie obchodzi, my chcemy wiedzieć, co robi, jakie ma układy, w jakiej pracuje branży. To ja im: Hej, widuję go na siłowni, nie jestem jego kolegą. Chcieli wiedzieć jeszcze inne rzeczy, różne, nie mogłem zrozumieć, o co im chodzi, o jakąś kobietę, nazwisko, którego nigdy nie słyszałem, brzmi jak nazwa otrębów z rodzynkami, więc im powiedziałem…