– Otrębów?
– Tak, jakieś takie nazwisko jak na pudełku, nie pamiętam dokładnie…
– Kellogg.
– Tak! Kellogg. Mówię: Nie znam żadnej Kellogg, nie znam żadnych prywatnych spraw Jake'a Mishkina i nie chcę znać, a oni powiadają, że mam mieć oczy i uszy otwarte i dowiedzieć się wszystkiego o tej Kellogg i Jake'u Mishkinie. Więc co robię? Mówię do ciebie jak mężczyzna: Jake, co z tobą, skąd nagle ci gangsterzy?
– Nie wiem, Arkady – odparłem. – A chciałbym wiedzieć.
Po czym opowiedziałem mu o napaści na mnie i pannę K. i o kradzieży aktówki, choć nie wyjaśniałem, co miało się w niej znajdować.
Ale Arkady był w końcu Rosjaninem, więc tylko potarł podbródek i pokiwał głową.
– A więc co było w tej aktówce, Jake? Chyba nie dragi, co?
– Chyba nie dragi. Chyba papiery.
– Mogłeś im je dać, żeby cię zostawili w spokoju?
– Nie mogłem. To długa historia, ale chciałbym wiedzieć, dla kogo pracują te twoje zeki, jeśli się tego domyślasz.
– Dobra, ale nie słyszałeś tego ode mnie – zastrzegł Arkady.
Przygryzł wargę, oczy miał rozbiegane. Widok tego siłacza i pewnego siebie człowieka wystraszonego jak zając był niemal tak samo szokujący jak atak zbirów. Po chwili powiedział zachrypniętym głosem:
– Pracują dla Osipa Szwanowa. Dla Organizacji.
– Dla kogo?
– W Brighton Beach. Żydowscy gangsterzy. Kapujesz? Dwadzieścia lat temu Amerykanie mówią Sowietom: Trzymacie Żydów wbrew ich woli, prześladujecie, zupełnie jak naziści, powinniście ich wypuścić. No to Sowieci: Okay, chcecie Żydów, dostaniecie Żydów. Poszli do gułagu, wyszukali wszystkich kryminalistów, którzy mieli w paszporcie „Żyd”, i mówią: Jedźcie do Ameryki, jedźcie do Izraela, szczęśliwej podróży. Oczywiście większość Żydów, którzy wyjechali ze Związku Radzieckiego, to normalni, porządni ludzie, mój księgowy jest jednym z nich, bardzo miły człowiek, ale jest też wielu przestępców i oni wrócili do dawnego fachu: kurwy, porno, prochy, wymuszenia, haracze. To bardzo źli ludzie, jak ci Soprano, co lecą w telewizji, ale Soprano są głupi, a ci są bardzo cwani, bo to Żydzi! A Osip jest najgorszy.
– No dobrze, dzięki za informację, Arkady.
Wstałem, żeby wyjść, ale zatrzymał mnie gestem dłoni.
– Przychodzą też tutaj – dodał – ci ludzie. Wczoraj rano zapytali, czy przyjdziesz dzisiaj, i po prostu siedzą. Nie mogę nawet zjeść lunchu, obserwują mnie jak zwierzęta. A więc, Jake, bardzo mi przykro, ale myślę, że nie powinieneś już tu ćwiczyć. Oddam ci za kartę członkowską, bez urazy.
– Wyrzucasz mnie, Arkady? Bywam tu od prawie dwudziestu lat.
– Wiem, wiem, ale możesz chodzić gdzie indziej, możesz iść do Bodyshop…
– Co? Bodyshop to piękni chłopcy i piękne dziewczęta w szykownych ciuchach i tłuściochy na ruchomych bieżniach, tacy, co czytają „Wall Street Journal”. Bodyshop jest do dupy.
– No to gdzie indziej. Jak będziesz tu przychodził, każą mi cię szpiegować, a jeśli powiem „nie”… Nie chcę, żeby spalili mi siłownię. Mam rodzinę. Mówię poważnie, Jake. Nie znasz tych ludzi. Jeśli masz coś, czego chcą, to radzę ci, oddaj im to.
Wiedziałem, że ma rację. Uścisnęliśmy sobie dłonie i wyszedłem ze swoim sprzętem w worku Nike. Czułem się jak wydalony ze szkoły dlatego, że ktoś inny oszukiwał. Lecz wzmianka o rodzinie trafiła w czuły punkt; przypomniałem sobie, że ja też ją mam.
Pod godziną osiemnastą trzydzieści tego dnia, czyli w pierwszą środę listopada, widnieje w moim dzienniku po prostu „A”, więc tego wieczoru jadłem kolację en familie w domu byłej żony na Wschodniej Siedemdziesiątej Szóstej. Niezupełnie „byłej”, bo oficjalnie, w oczach państwa, Kościoła i jej samej, wciąż jesteśmy małżeństwem. Amalie nie zgodzi się na rozwód, częściowo z powodów religijnych, ale głównie dlatego, że wierzy głęboko, iż jeszcze się zejdziemy, kiedy wyleczę się z choroby umysłowej. Uważa, że byłoby rzeczą haniebną opuszczać mnie w takiej właśnie sytuacji, a fakt, że moja choroba to uganianie się za spódniczkami, nie ma dla niej żadnego znaczenia. Nie znam nikogo, kto żyłby w tego rodzaju związku, choć nawet przez moment nie sądzę, byśmy byli wyjątkiem. Moi trzej wspólnicy w firmie mają, jak myślę, łącznie osiem żon, czy coś koło tego, i w każdym przypadku jestem częstowany całą litanią: psychoza, wredna mściwość, manipulowanie dziećmi, wymuszanie pieniędzy i wtedy stwierdzam, że nie mogę się z nimi wymienić żadną opowieścią o małżeńskim piekle. Też cierpię niewymownie, ale raczej z własnej winy niż z powodu złośliwości żony, bo ta jest wielkoduszna, miła i wyrozumiała, muszę więc dźwigać całe to pieprzone brzemię sam. Bo, widzicie, Jezus miał rację: jeśli chcecie, żeby złoczyńcy naprawdę cierpieli, po prostu bądźcie dla nich mili.
Te kolacje są tu dobrym przykładem. Cóż może być bardziej cywilizowanego? Mała rodzina zasiada do stołu i udowadnia, że pomimo różnic dzielących mamę i tatę wszystkich jej członków wciąż łączy miłość; tato, który odszedł, wciąż bardzo kocha żonę i dzieci albo, inaczej mówiąc (jak słyszałem ostatnio, kiedy moja córeczka wyjaśniała to swojemu braciszkowi), „tatuś woli posuwać panie niż być z nami”. Winien! Winien! Nawet maleńkie dzieci to widzą, nawet Niko, który tylko w minimalnym stopniu interesuje się innymi istotami ludzkimi, może wciągnąć ten fakt do swej olbrzymiej mentalnej biblioteki i odczuć (zakładając, że w ogóle coś czuje) pogardę.
Wiem, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, bo, jak już chyba wspomniałem, Amalie jest w tej dziedzinie prawdziwą mistrzynią rozkoszy. Skąd wie, że jest taka wspaniała, mając tak skromne doświadczenie? Odpowiedź: zaprzyjaźniła się gorąco z moją siostrą, która jest istną encyklopedią pieprzenia, i przekazała jej ze szwajcarską kliniczną szczerością, jak sądzę, wszystkie smakowite szczegóły naszego współżycia seksualnego, Miri zaś zapewniła ją, że niczego jej w tym zakresie nie brakuje i że jestem Naczelnym Dupkiem Zachodu, jeśli oszukuję tak wspaniałą kobietę. Nie mogę tego znieść, a jednak chodzę na te upiorne kolacje, być może traktując je jako pokutę. Nie pomaga.
Zanim pojechałem na kolację, nieco masochistycznie kazałem kierowcy zawieźć się, jak przy wielu takich okazjach, do podejrzanego sklepiku w pobliżu Pierwszej Alei, gdzie można kupić bardzo drogie orchidee, i nabyłem jedną dla Amalie. Kolekcjonuje je i choć za własne pieniądze mogłaby sobie kupić całą Amazonię, uważam, że to jednak miły gest. Tym razem była to Paphiopedilum hanoiensis, z karminowymi cętkami na przypominającym narządy płciowe bladozielonym kwiecie, zagrożona wyginięciem w rodzimym Wietnamie i nielegalna jak diabli. Jestem przekonany, że Amalie zdaje sobie z tego sprawę, mimo to zawsze przyjmuje orchidee. Czerpię perwersyjną przyjemność z widoku mojej świętej zdeprawowanej przez ową żądzę kwiatów.
Rashid podwiózł mnie pod dom. Otworzyła mi Lourdes Muńoz, uchodźczyni z objętego wojną Salwadoru. Amalie jednym ze swoich dobroczynnych gestów na dobrą sprawę uratowała jej życie i jakby wbrew porzekadłu, że żaden dobry uczynek nie pozostanie bez kary – które zawsze sprawdza się w moim przypadku rezultatem tego altruistycznego postępku było pozyskanie idealnej służącej i niańki do dzieci. Lourdes powitała mnie jak zwykle z kamienną twarzą, odebrała płaszcz i odeszła z orchideą w głąb domu mojej żony.