Выбрать главу

Usłyszałem śmiech dochodzący z salonu i skierowałem się w tamtą stronę. Czułem narastającą grozę, bo znałem źródło tego rozbawienia, podobnie jak identyfikowałem najdonośniejszy głos. Rodzinne tableau minus tatuś. Amalie w swoim kostiumie roboczym, złożonym z jasnej jedwabnej koszuli i czarnych, szytych na miarę spodni, z włosami spiętrzonymi w złocistych pierścieniach, zajmuje miejsce w skórzanym fotelu, z nogą podwiniętą pod siebie. Na skórzanej sofie, miękkiej

jak uda, siedzi Miri, moja siostra, a po obu jej stronach – moje dzieci. Miri i Imogen są piękne jak jutrzenka, różowe i jasnowłose, a towarzyszy im nieszczęsny Niko, nasz ciemnowłosy mały Nibelung.

Oboje uwielbiają ciocię Miri. Dla Imogen jest ona skarbnicą historyjek o popularnych osobistościach. Zna wszystkich bogatych i sławnych w Nowym Jorku, a także wielu w Londynie, Rzymie, Paryżu i Hollywood, i czasami wydaje się, że była żoną lub miała romans z co najmniej dziesięcioma procentami tej populacji. Ma też rolodeksa rozmiaru śmigła samolotowego. Niko też ją lubi, bo Miri była krótko żoną najsłynniejszego magika na świecie i nauczyła się w tym czasie sztuczki, która go fascynuje. Utrzymywała, że magik był tak głupi jak królik, którego wyciągał z kapelusza, i jeśli potrafił sprawiać, że przedmioty znikały, to ona też to umie. Na ogół bardzo trudno przykuć czymś uwagę chłopca, a ona jest w tym prawie równie biegła jak Amalie czy Lourdes. I do tego darzy dzieci gorącą miłością; widocznie nie może mieć własnych, więc odgrywanie roli ciotki jest jedną z jej największych radości.

Śmiech zamarł, gdy wszedłem do pokoju. Wszyscy spojrzeli na mnie, każdy w inny sposób, z wyjątkiem Niko, bo on w ogóle rzadko na mnie patrzy. Wciąż spoglądał na ręce mojej siostry, która półświadomie kręciła kilkoma znikającymi kolorowymi piłeczkami. Córka wyzywająco zachęcała mnie wzrokiem, abym był kimś, kim nie jestem, czyli idealnym ojcem, który dopełniałby jej własną doskonałość, a moja siostra patrzyła na mnie jak zwykle z ironią i pobłażaniem. Nie jest już najpiękniejszą kobietą w mieście, ale wciąż przykuwa uwagę i potrafi uwydatnić swą urodę w takim stopniu, w jakim pozwalają na to medycyna i moda. Była ubrana od stóp do głów w kreację od Diora, czarną i połyskującą sporymi klejnotami. I wreszcie Amalie: zawsze uśmiecha się do mnie z miłością w oczach, dopóki nie przypomni sobie, jaka jest sytuacja, a wtedy wycofuje się i chowa za oficjalną maską Szwajcarki. Wciąż jest śliczna, ale to już nie ta sama dziewczyna, w której się zakochałem. Dwójka dzieci i kierat naszego małżeństwa sprawiły, że zwiotczała i przybyło jej zmarszczek na twarzy. Nie mogłem się w tym momencie powstrzymać od myśli o Mirandzie i tak długo poszukiwanej drugiej szansie.

Ucałowałem wszystkich w oba policzki, na modłę europejską, która od dawna stała się naszym rodzinnym zwyczajem (Niko, jak zwykle, cofnął się nieznacznie),

i zaprezentowałem swoją orchideę. Amalie uprzejmie dziękuje, Imogen i Miri przewracają oczami (z tym samym wyrazem rozbawionej pogardy na obu ślicznych twarzach – to wrodzone czy wyuczone?), Niko zaś wypowiada głosem robota krótką recytację o taksonomii kwiatu i szczegółach jego morfologii. Mój syn interesuje się orchideami tak jak niemal wszystkimi złożonymi tematami, które wymagają odeń pamięci i minimum kontaktu z ludźmi.

Zapytałem Miri, z czego się tak wszyscy śmiali, kiedy wszedłem, powtórzyła więc historyjkę o światowej sławy aktorce i drugiej kobiecie, biuściastej celebrytce – o tym, jak nakładały sobie maseczki kosmetyczne w tym samym eleganckim salonie, kiedy ich małe pieski rzuciły się na siebie. Zaczęła się zabawna opowieść o chlapiącym błocie, fruwającej sierści i o piszczących homoseksualistach. Wciąż to relacjonowała, kiedy zeszliśmy do jadalni i zajęliśmy miejsca wokół owalnego stołu z drewna tekowego i szkła. Amalie ugotowała obiad sama, coś w rodzaju cassoulet z drobiowymi kiełbaskami, jagnięcina i białą fasolą, akurat jedno z moich ulubionych dań, do tego sałatka z karczochów i butelka hermitage. Biorąc pod uwagę, jak bardzo cenny jest ostatnio jej czas, był to prawdopodobnie najdroższy obiad na świecie. Niko dostał swoją miseczkę cheerios, które stanowią dziewięćdziesiąt procent jego diety. Podczas obiadu dokładaliśmy z Amalie starań, aby rozmowa nie kulała, i głównie omawialiśmy kwestie praktyczne. Moja żona, pomimo swej wzgardy dla robienia pieniędzy (a może właśnie z tego powodu), jest finansową cudotwórczynią. Publikuje w sieci biuletyn zatytułowany „Mishkin's Arbitrage Letter”, w którym informuje półtora tysiąca subskrybentów, jak będzie wyglądał rynek walut w kolejnym tygodniu. Naturalnie przezorni gracze biorą te informacje pod uwagę, co zmienia rynek, a jeszcze przezorniejsi biorą z kolei to pod uwagę i planują odpowiednio swoje operacje walutowe, co niekiedy czyni z nich miliarderów. Uważam siebie za bezużytecznego pasożyta, porównując się z ludźmi, którzy rzeczywiście pracują, na przykład piszą piosenki, ale w zestawieniu z tamtymi facetami od finansów jestem niemal inżynierem. Jednak Amalie bez skrupułów pobiera dwadzieścia pięć tysięcy rocznie za subskrypcję, jako że jedną trzecią swoich zysków pompuje w dobre uczynki. Od czasu do czasu spotykam ludzi, którzy funkcjonują w tym specyficznym świecie, i ci często mnie pytają, czy

znam tego Mishkina. Odpowiadam zawsze, że nie, lecz mimo to czuję dumę.

Obiad dobiegł końca i ciotka Miri poszła się bawić z dziećmi, jak to jest w zwyczaju. Nie mając własnego potomstwa, szybko nudzi się rozmową dorosłych. Lourdes podaje kawę; Amalie i ja możemy teraz pogadać przyjacielsko o naszych dzieciach. Jesteśmy ludźmi cywilizowanymi. Zapytała mnie o Ingrid. Wie o niej, jesteśmy bardzo otwarci, jeśli chodzi o ten aspekt mojego życia. Odpowiedziałem, że u Ingrid wszystko w porządku, na co ona oświadczyła:

– Biedna Ingrid.

– Dlaczego?

– Bo masz nową kobietę.

Czułem, że krew uderza mi do głowy, ale z przyklejonym do twarzy uśmiechem zapytałem, dlaczego tak sądzi, na co odrzekła z westchnieniem:

– Jake, nie jestem głupia ani ślepa. W latach, gdy ci ufałam, nigdy oczywiście nie wypatrywałam tych oznak ani ich błędnie nie odczytywałam, ale teraz, kiedy nauczyłam się patrzeć, to wszystko jest bardzo przejrzyste. Kim ona jest?

– Nikim – skłamałem. – Słowo daję.

Przyglądała mi się dłuższą chwilę, potem utkwiła wzrok w blacie stołu i łyknęła stygnącej kawy.

– Nieważne – powiedziała. Odstawiła filiżankę, wstała i wyszła z pokoju bez

słowa czy spojrzenia.

Zjawiła się Lourdes i zaczęła sprzątać ze stołu, także mnie ignorując.

Potem do dziecięcego pokoju na górze wszedł Niewidzialny Człowiek. Niko ze słuchawkami na uszach tkwił przy komputerze, a Miri i Imogen oglądały MTV, siedząc blisko siebie na wytartej pluszowej sofie, urzeczone tandetnym blichtrem klipów.

Czując się jeszcze większym palantem niż zwykle, zachowałem się jak idiota, pytając Imogen, czy odrobiła lekcje, a ona, nie odrywając oczu od ekranu, odpowiedziała znudzonym głosem:

– Odrobiłam w szkole.

Pomyślałem, że poproszę, aby mi je pokazała. Pomyślałem też, że wezmę stojący w kącie aluminiowy kij bejsbolowy, rozwalę telewizor i komputer i będę przetrzymywał dzieci jako zakładników, dopóki nie zostaną spełnione moje żądania, to znaczy dopóki wszystko nie zmieni się tak, żebym mógł się cieszyć miłością i podziwem swoich pociech, oddaniem żony i dreszczykiem towarzyszącym romansowi. I żebym nigdy nie musiał dorosnąć, i zawsze mógł latać w zielonych trykotach jak Piotruś Pan…