Była sobota. Crosetti opuścił miasto o świcie i przejechał przez cały stan Pensylwania, pokonując prawie pięćsetkilometrowy odcinek trasy 1-80 i 79, i dotarł do Braddock parę minut po trzeciej. Miasteczko zbudowano wokół pojedynczego
skrzyżowania z dwiema stacjami benzynowymi, McDonaldsem, pizzerią, Domem Weterana, dwoma barami, supermarketem „7-Eleven”, pralnią automatyczną i skupiskiem starszych budynków handlowych z cegły; większość mieszczących się w nich sklepów została wyparta przez domy towarowe i teraz zajmowali je handlarze tandetą, którzy obsługiwali najuboższych klientów. Za tym wąskim pasmem zabudowań stały dziesiątki wielkich domów, wzniesionych zapewne z myślą o kupieckiej i przemysłowej arystokracji, kiedy jeszcze funkcjonowały stalownie i kopalnie. Crosetti nie mógł sobie wyobrazić, kto w nich teraz mieszka.
Tower Road i smutny dom przy tej ulicy nietrudno było znaleźć, wystarczyła mapa z Google'a. Podjechał tam, zapukał do drzwi frontowych, ale nie doczekał się odpowiedzi. Pchnął drzwi i zawołał: „Halo, jest ktoś w domu?!”, intuicyjnie wyczuwając pustkę. Ktoś jednak tu mieszkał; we wnętrzu panował bałagan, ale nie było brudno, na podłodze leżały porozrzucane zabawki, samochodziki i plastikowy pistolet, przed wielkim telewizorem stała taca na nóżkach. Mieli tu satelitę – biały talerz za domem przeszukiwał niebo. Przed odbiornikiem stał fotel pokryty brązowym skajem i sfatygowana kanapa z kordonkowym obiciem. Na wąskiej półce nad kominkiem stały zdjęcia w ramkach, ale Crosetti nie widział ich dokładnie z progu, a głębiej nie odważył się wejść. Wydawało mu się dziwne, że nie słyszy szczekania psów. Czyżby nie było ich w żadnym domu? To kolejna zagadka. Obszedł dom. Podwórze stanowiło plac zabaw; plastikowe urządzenia, sądząc po rozmiarach, były przeznaczone dla bardzo małych dzieci. Na środku podwórka zainstalowano stojak do suszenia bielizny w kształcie odwróconego parasola. Nic na nim nie wisiało, kilka zerwanych sznurków kołysało się na lekkim wietrze. Na tylnej werandzie stała stara pralka bębnowa. Zajrzał do niej, była sucha i zasnuta pajęczyną.
Po tym krótkim rekonesansie usiadł w samochodzie zamyślony. Jaką głupotą było jechać taki kawał drogi z powodu pocztówki znalezionej na ulicy! Nie miał pojęcia, czy Carolyn Rolly w jakikolwiek sposób była związana z tym domem. Mogła podnieść tę kartkę z chodnika albo znaleźć ją w jakiejś książce. Nie, pomyślał, nie kombinuj. Odwagi! To musi się jakoś z nią wiązać, podobnie jak zdjęcie dwóch kobiet z dzieckiem. A tu było dziecko, chłopiec. Wyjął zdjęcie, żeby jeszcze raz na nie popatrzeć. Sądząc po wyraźnie młodszej twarzy Carolyn, zo stało zrobione
jakieś pięć lat wcześniej, a zatem chłopiec miałby teraz około ośmiu, dziewięciu lat. Crosetti przyjrzał się uważnie rowerkowi porzuconemu niedbale na podjeździe. Pasował do chłopca w tym wieku, a walające się po całym domu i podwórzu zabawki dowodziły trafności tego przypuszczenia. Nie było tu zabawek dla dziewczynek ani drugiego rowerka i Crosetti zaczął się zastanawiać, co się stało z dziewczynką ze zdjęcia… nie, chwileczkę, w piaskownicy leżała samotna i spłowiała Barbie bez ubranka. Chyba że lalkę zostawił ktoś, kto przyszedł w odwiedziny. Albo została ukradziona.
Przyjrzał się podwórku. Była sobota, świeciło słońce, a na suszarce, zresztą zepsutej, nic nie wisiało. Nie wypatrzył też w domu elektrycznej suszarki, zmywarka zaś nie wyglądała na używaną zbyt często. Co znaczyło, że w domu prawdopodobnie nie ma kobiety. Facet zapewne mieszkał z dzieckiem (lub z dziećmi), a w sobotę poszedł do miasta i wyprał rzeczy w automacie, bo byłoby hańbą dla mężczyzny robić pranie w domu. Wybierając się zaś do miasta, musiał spotykać kobiety i manifestować swoją wolność, a może wstąpił do Domu Weterana na kilka piw, kiedy pranie kręciło się w bębnie. Dzieci mogły w tym czasie bawić się grami wideo w „7-Eleven” i popijać colę.
Crosetti snuł w myślach tę opowieść, zastanawiając się, skąd ją czerpie, a jednocześnie zdając sobie sprawę, że jest ona tak samo prawdziwa jak film dokumentalny z życia H. Oleruda, który mógłby nakręcić. To, że był synem legendarnego policyjnego detektywa i znanej bibliotekarki, nie nasuwało mu się teraz jako wyjaśnienie, bo przecież zawsze wymyślał historyjki o ludziach, jeszcze jako dziecko. Dlatego między innymi pragnął kręcić filmy i uważał, że potrafiłby to robić. Był przekonany, że ma wrodzony zmysł obserwacji i umiejętność wnioskowania, podobnie jak muzycy, którzy nie musieli uruchamiać żadnego głupiego urządzenia, żeby usłyszeć muzykę rozbrzmiewającą w ich głowach.
Nie jadł od postoju na stacji benzynowej. Teraz była prawie czwarta i poczuł głód, pomyślał więc, że pojedzie coś przekąsić. Już miał ruszyć, gdy zobaczył zbliżający się od strony miasteczka obłok kurzu. Wkrótce wyłonił się z niego zielony pikap, zwolnił, minął go i skręcił na podjazd przed domem numer 161. Crosetti stwierdził z satysfakcją, że w kabinie siedzi mężczyzna i mniej więcej dziewięcioletni chłopiec, którego główka ledwie wystaje ponad tablicę rozdzielczą. Samochód
skręcił zbyt raptownie i zawadził przednim kołem o leżący na podjeździe rowerek chłopca.
Ryk wściekłości mężczyzny, który zahamował gwałtownie, i przenikliwy krzyk dziecka. Drzwi od strony kierowcy otworzyły się z impetem i z szoferki wyskoczył krępawy facet w dżinsach i czystym białym T-shircie, kilka lat starszy od Crosettiego. Miał wydatny brzuch, krótko ostrzyżone rudawe włosy i płaską czerwoną twarz, z rodzaju tych, które zawsze wydają się zagniewane. Wybiegł przed samochód, zaklął znowu, kopnął rowerek i szarpnięciem otworzył drzwi po stronie pasażera. Z szoferki dobiegły przeraźliwe krzyki i Crosetti uświadomił sobie, że w środku siedzi jeszcze jedno, młodsze dziecko i że kierowca nie zabezpieczył żadnego z nich pasami. Mężczyzna wyciągnął brutalnie chłopca za ramię i zaczął go okładać z całej siły po głowie – do Crosettiego docierały okropne, tępe odgłosy uderzeń – dopytując się z wściekłością, ile razy ma mu powtarzać, żeby nie zostawiał tego pieprzonego roweru na tym pieprzonym podjeździe, i czy gówniarz wyobraża sobie, że wciąż będzie dostawał nowe rowerki.
Crosetti rozważał bezradnie, czy powinien podjąć jakieś działania, gdy mężczyzna przestał bić chłopca i znów sięgnął do kabiny, żeby wyciągnąć mniej więcej czteroletnią dziewczynkę. Twarz dziecka była jaskrawoczerwona, wykrzywiona w paroksyzmie bólu i strachu, po części dlatego, że ze skaleczonej wargi ciekła krew. Dziewczynka wiła się jak jaszczurka w żelaznym uchwycie, plecy miała wygięte w łuk. Mężczyzna warknął do niej, żeby się zamknęła, że nic jej nie jest i że jeśli się natychmiast nie uspokoi, to naprawdę przyłoży jej tak, że będzie miała powód do łez. Płacz przeobraził się w straszny, chrapliwy szloch i mężczyzna ruszył w stronę domu, ciągnąc dziecko za rękę.
Po chwili Crosetti usłyszał dźwięk telewizora nastawionego na cały regulator. Wysiadł z samochodu i podszedł do chłopca, który leżał skulony na ziemi, tam gdzie cisnął go mężczyzna. Mały płakał w dziwny sposób, wciągając ze świstem powietrze i wydobywając z siebie zduszone, prawie bezdźwięczne łkanie. Crosetti minął malca i kucnął, żeby obejrzeć rowerek. Potem podszedł do remontowanego sedana, wybrał spośród rozrzuconych narzędzi kilka kluczy i kombinerek i pochylił się nad rozbitym rowerkiem. Zdjął przednie koło, wyprostował kierownicę,