– Więc co to jest? – zapytał ostro Crosetti.
– Myślę, że to klucz zmienny odparł Klim. – Wzięty z jakiejś książki. Rozumiesz, na czym to polega? Klucz jest bardzo długi w zestawieniu z jawnym tekstem, a więc metoda Kasiskiego-Kerckhoffa na nic się tu nie przyda.
– Coś w rodzaju kodu książkowego?
– Nie, to nie to samo. Kod książkowy jest kodem. Tekst kodowy to, powiedz my, czternaście, siedem, sześć, a to oznacza, że trzeba zajrzeć do „World Almanach” albo czegoś podobnego i odszukać stronę czternastą, wers siódmy, szóste słowo. Albo jeśli chcesz, możesz posłużyć się literami, czwarta litera, dziesiąta litera i tak dalej. Klucz zmienny też posługuje się książkami, ale w tym wypadku tekst książki pełni rolę stałego klucza. Ale nie jest to tak bezpieczne, jak się ludziom wydaje.
– Dlaczego? Przecież to podobne do klucza jednorazowego.
Klim potrząsnął głową.
– Wcale nie. Klucz jednorazowy ma bardzo wysoką entropię, bo litery są generowane losowo. Innymi słowy, mając jedną literę swojego klucza, nie wiesz, która z dwudziestu sześciu pozostałych będzie następna. Natomiast przy kluczu zmiennym, który jest oparty na dowolnym angielskim tekście, zgadniesz bez trudu, jaka litera następuje, dajmy na to, po „Q”.
– „U”.
– Otóż to. Niska entropia, jak powiedziałem. Rozwiązujemy to w ten sposób, że zestawiamy prawdopodobny tekst jawny z tekstem zaszyfrowanym tak długo, aż znajdziemy coś zrozumiałego.
– A co pan ma na myśli, mówiąc „prawdopodobny tekst jawny”?
– Ach, słowa, które zawsze pojawiają się w tekście angielskim. The, and, this i tak dalej. Analizujemy tekst zaszyfrowany i przypuśćmy, że w jednym miejscu the po przepuszczeniu przez tableau daje nam ing lub shi. Jest to wskazówka, dzięki której odkrywamy więcej angielskich słów w kluczu. W końcu rozpoznajemy prawdziwe źródło zmiennego klucza. To znaczy książkę, z której klucz pochodzi, co oznacza złamanie całego szyfru. Nie jest to bardzo skomplikowane, ale potrzeba do tego komputera albo kilku zespołów inteligentnych pań.
Uśmiechnął się, pokazując małe, poplamione zęby, błysnęły mu okulary. Crosetti odniósł wrażenie, że Klim musiał kiedyś kierować pracą takich zespołów.
– Czy mój wystarczy? – zapytał Crosetti. – Mam na myśli komputer, nie zespół pań.
– Owszem, jeśli się go połączy z innymi, co da się zrobić. Jest na świecie kilku ludzi, którzy lubią łamać szyfry dla rozrywki; na pewno udostępnią swój sprzęt, kiedy go nie używają, na przykład późno w nocy, a gdzieś zawsze musi być późna noc. Mogę to załatwić, jeśli chcesz. Mamy też szczęście, że to szyfr z tysiąc sześćset dziesiątego roku.
– Dlaczego?
– Bo jest znacznie mniej drukowanych tekstów, których można było wtedy użyć jako źródła zmiennego klucza. Właściwie, biorąc pod uwagę to, co mówiła mi twoja matka na temat charakteru tych ludzi, zaryzykowałbym tezę, że tekstem tym jest prawie na pewno angielska wersja Biblii. No więc jak, zaczynamy?
– Teraz?
– Teraz. Masz coś przeciwko temu?
– Hm, jest trochę późno – zauważył Crosetti.
– Nie szkodzi. Mało sypiam.
– Zaproponowałam Radosławowi pokój Patty – powiedziała Mary Peg.
Crosetti dopił swoją wódkę, tłumiąc odruch wstrętu, i wstał.
– Wygląda na to, że o wszystko zadbałaś, mamo. Myślę, że się położę.
Rano obudził Crosettiego nie dzwonek budzika, lecz energiczne pukanie do drzwi, a następnie gwałtowne szarpnięcie za ramię. Spojrzał nieprzytomnie na matkę.
– Co się stało?
– Musisz to przeczytać. Potrząsnęła egzemplarzem „New York Timesa”, otwartym na stronie poświęconej przestępstwom, aferom i osobistościom życia publicznego.
W Hotelu Asystenckim Uniwersytetu Columbia
znaleziono zwłoki zamordowanego angielskiego profesora
Na widok nagłówka oprzytomniał błyskawicznie. Przetarł oczy i przeczytał artykuł, potem jeszcze raz. Informacja była zwięzła, policja zachowywała zwykłą powściągliwość, ale dziennikarz użył słowa tortury i to wystarczyło, by żołądek podjechał Crosettiemu do gardła.
– Zadzwoń do Patty – poprosił.
– Już to zrobiłam – odparła Mary Peg. – Zostawiłam wiadomość w poczcie głosowej. Patty oddzwoni. Co o tym myślisz?
– Nie wygląda to dobrze. Profesor znika zaraz po kupieniu ode mnie manuskryptu, wyjeżdża prawdopodobnie do Anglii na kilka miesięcy, potem wraca i ktoś go torturuje na śmierć. Może rękopis sztuki rzeczywiście istnieje, profesor odgadł, gdzie się znajduje, ktoś odkrywa, że on wie, i torturuje go, żeby to z niego wydobyć.
– Albercie, to nie jest kino! Takie rzeczy nie przytrafiają się angielskim profesorom w prawdziwym życiu.
– A więc dlaczego go torturowali i zabili? Chyba nie chodziło im o hasło w komputerze.
– Może to zemsta matki jakiegoś innego głuptasa, którego oszukał. Z tego, co wiemy o jego charakterze, można wnioskować, że mógł być zamieszany w mnóstwo takich brudnych szwindli.
– Mamo, wierz mi, kino nie kino, tak to właśnie wygląda. Chciałbym wstać.
Był to sygnał dla matki, żeby wyszła z jego pokoju, co też uczyniła.
Biorąc prysznic, Crosetti przyłapał się na tym, że jego myśli płyną znów ku Rolly i fabule fikcyjnego filmu oraz możliwości, że Carolyn mogłaby właściwie należeć do czarnych charakterów, jak Brigid O'Shaughnessy grana przez Mary Astor w Sokole maltańskim. Matka się myliła. Życie nie tylko było jak film; to z powodu filmów życie było takie, jakie było. Ludzie się z nich uczyli, jak się zachowywać, jak być mężczyzną, jak być kobietą, co jest zabawne, a co nie. Ci, którzy je kręcili, nie mieli o tym pojęcia, usiłowali tylko zarobić, ale tak to wyglądało.
To wszystko było w Sokole… jego drugim po Chinatown ulubionym filmie, właściwie pierwowzorze tego ostatniego obrazu, przeznaczonego już dla widowni lat siedemdziesiątych. Dlaczego tak mu się podobały filmy o złych dziewczynach? Oczywiście Bonnie i Clyde, Nikita i dziesiątki innych. Zastanawiał się, jaką on gra rolę, martwego Milesa Archera czy martwego kapitana marynarki z drugiego planu, a może Sama Spade'a? Zabiłaś Milesa i odpowiesz za to. I mam nadzieję, że cię nie powieszą, kotku, za twoją słodką szyję. Tak, aniołku, wyślę cię za kratki. Znał niemal cały scenariusz na pamięć i teraz wygłaszał te kwestie do sitka prysznica, sepleniąc i świszcząc jak Bogart i zastanawiając się przy tym, czy mógłby wysłać Carolyn za kratki, gdyby naprawdę pomogła zabić Bulstrode'a. A może by ją osłaniał. Już sama myśl, że to możliwe, przyprawiła go o żywsze bicie serca. Zmniejszył temperaturę wody i zaczął sobie chłodzić rozpaloną twarz.
Pierwszy zaszyfrowany list
Panie, minęły dwa tygodnie z okładem, odkąd pożegnałem Twe domostwo, a już odniosłem niejaki sukces, jak za chwilę opowiem. W piątek opuściłem swą kwaterę w Vine w Bishopsgate w towarzystwie pana Walesa, który przebywał ze mną przez cały ten czas i ciężka to była próba, jako że był z niego fircyk i opój i często narażał nasze przedsięwzięcie na szwank swoimi aluzyjami i przechwałkami w gospodzie. Nieraz musiałem zanosić go do naszej izby, szarpiąc się z nim i grożąc mu, ale gdy jest trzeźwy, staje się tchórzem i zachowuje się, jakby mu coś groziło. Gdy nie był pijany, pouczał mnie, jakie są rozmaite papistowskie sztuczki i gadki podczas ich mszy i w guślarskich widowiskach, tak bym w razie potrzeby mógł udać jednego z nich.
Z mieszkańców gospody większa część to woźnice i różni aktorowie, połowa z tych drugich to półpapiści, a reszta przeklęci ateiści, rzadko najdziesz wśród nich krześcianina. A więc przechadzamy się po Bishopsgate, on blady i zlany potem od pijaństwa co chwila chce przystawać, żeby się jeszcze napić, ale nie dopuszczam do tego, powiadając: Zważ, waćpan, na naszą misyję, i widzę strach na jego twarzy. I tak trafiliśmy do gospody Pod Łabędziem na Leadenhalle Street, gdzie, jako mi rzecze pan Wales, W.S. często bywa. Pan Wales mówi, że ma on w zwyczaju brać tu izbę, kiedy nie jest goszczony w którymś z wielkich domów. Kiedyś pomieszkiwał w pobliżu Silver Street, ale już tam nie przebywa, i jeszcze wcześniej chodził codziennie do Globe albo teatru Blackfriars, lecz teraz, kiedy się na nich wzbogacił, wycofał się z tych spelun, rozpustnik. Pod Łabędziem nędzna kompania, hazardziści, naciągacze i szulerzy i inne szelmy i Wales, wypytując oberżystę, dowiedział się, że pan W.S. jest na górze w wynajętej izbie i ma w zwyczaju od rana siedzieć nad swoimi papierami. A więc Wales posłał do niego dziewkę, żeby powiedziała, że krewniak, to znaczy ja, chciałby się z nim widzieć. Po chwili schodzi do izby mąż z rzadką bródką, wzrostu