Выбрать главу

średniego, z łysinką, grubawy, w porządnym kubraku koloru tabaczkowego i wyglądający na kupca bławatnego. Pan Wales poznaje nas, mówiąc: Willu Shaxpure, oto twój kuzyn z Warwick, Dick Bracegirdle.

Na co on mówi, że musimy być kuzynami ze strony matki, bo w Warwickshire nigdy nie było takiego nazwiska, i ja mówię, że tak, bo moja matka rodem z Arden. Na to on się uśmiecha, klepie mnie w plecy, prowadzi do stołu i zamawia napitek, a chłopiec przynosi nam ale, na co pan Wales woła wina z Wysp Kanaryjskich, choć nikt go nie zapraszał, i przyzywa kilku znajomych hultajów i dziewek, częstując ich winem z dzbana. W.S. rzecze coś do mnie, ale nie mogę wyrozumieć co trzeciego słowa z tego, co gada, tak dziwną ma wymowę. Widząc to, urywa i powiada: Nie wyrastałeś w Warwick, a ja na to, że nie, żem się urodził w Londynie, młodość zaś spędziłem w Titchfield, na co on, że często bywał w Titchfield w gościnie u lorda Southamptona, i to rzecze już zwykłą mową z Hampshire, jak mógłby mówić mój wuj Matthew, co mię bardzo zdumiało. Alem sobie pomyślał, że pisze sztuki i że jest jego rzemiosłem małpować język każdego człeka.

Potem rozmawialiśmy o naszych rodzinach i odkryliśmy, że jego matka pochodzi ze starodawnego rodu, od sir Waltera Ardena z Park Hall, i moja także, ale jego pochodziła od Thomasa, najstarszego syna tego dżentelmena, a nie od Richarda jak moja matka, i to go wielce kontentuje. Opowiadam mu, jak mój dziad został powieszony za sprzyjanie papistom, ale powiadali, że za zdradę, i on zasmucił się i rzecze, że taki sam był los jego wuja jeszcze za panowania starej Królowej. I tak rozmawiamy dalej i on wyciąga ode mnie moją historię. Mówię mu, a dużo w tym prawdy, o moim życiu jako czeladnika w odlewni, o wielkich działach i o wojnach z Holendrami; nigdym nie spotkał człowieka tak ukontentowanego słuchaniem wynurzeń innego, bo ludzie lubią rozprawiać o sobie i przedstawiać siebie w lepszych terminach, niż są w życiu, ale on nie z tych. Tutaj mówię samą prawdę, bo pan Piggott dowodził, że jeśli chcę powiedzieć jakieś wielkie kłamstwo, muszę je obłożyć tysiącem prawdziwych opowieści, tak by je

przemycić pośród wielu innych. Tymczasem pan Wales wypił już pintę albo i więcej najlepszego kanaryjskiego wina i urżnął się, i zaczął złorzeczyć W.S., mówiąc, że nie ma zatrudnienia od tylu tygodni wśród aktorów mniej utalentowanych, i W.S. powiada: Czyż pan Burbage nie ostrzegał waści tylekroć, że jeśli przyjdziesz do teatru tak ożłopany winem, będziesz się potykał i zapominał kwestii, to stracisz posadę, a pan tak zrobiłeś i straciłeś miejsce, jakie ci przyrzeczno, i nie mogę nic dla ciebie zrobić, ale oto złota moneta dla ciebie, bo dobrze kiedyś grałeś Porcję w „Kupcu weneckim”. Ale pan Wales odrzucił monetę ze wzgardą i powiada: Ty zadufany bydlaku, już ja zadbam, żeby cię powiesili i złamali, i nawet teraz już zastawiają sidła na ciebie, i tu kopnąłem go w kostkę, on zaś wrzasnął i zaczął się podnosić, a przynajmniej próbował, więc walnąłem go w głowę dzbanem kamiennym i runął zalany krwią. Teraz ci kompani, których raczył winem, ruszyli na mnie i stanąłem do walki, ale W.S. zawołał, by podali gorzałki i szafranowych ciastek, i przemówił tak słodko i żartobliwie do tych nędzników, że się udobruchali, i kazał dziewce i pachołkowi położyć pana Walesa na skrzyni, zapłacił wszystkim, a potem wyprowadził mnie stamtąd, mówiąc: Chodźmy do jakiejś spokojniejszej gospody, bo chciałbym jeszcze z tobą pogadać.

A więc poszliśmy w głąb Bishopsgate, a potem przez Cornhill i West Cheap w stronę Świętego Pawła, i znów zaczął mnie wypytywać o moje życie. Starałem się, jak mogłem, przypominając sobie mnóstwo rzeczy, których zapomniałem, i kiedy mu powiedziałem, jak byłem ostatnio szmuglerem, przystanął i kazał mi powtórzyć to słowo, którego, jak przysięgał, nigdy dotąd nie słyszał, i zapisał je sobie z miejsca ołóweczkiem w małym kajeciku, który miał przy sobie. Wyglądał przy tym na tak zadowolonego, jakby znalazł szylinga w błocie na gościńcu. Doszliśmy do szyldu z Syreną na Friday Street, tuż przy Pawle, i było tam wielu, którzy znali W.S. i pozdrawiali go serdecznie, a on, odpowiadając im jak najuprzejmiej, zaprowadził mnie w kąt izby blisko ognia, gdzie było, jak myślę, jego ulubione miejsce, bo chłopiec, który tam usługiwał, przyniósł mu nieproszony małe piwo i dzbanek dla mnie i W.S. znów zaczął nalegać, żebym mówił o swoim

życiu, zwłaszcza tym na morzu, a kiedy się dowiedział, że byłem na statku „Sea Adventure” i że rozbiliśmy się na wyspach Bermudach, bardzo się podekscytował i twarz mu aż jaśniała z zadowolenia. Wyjął znów swoją książeczkę i zapisywał wiele z tego, co mówiłem. Chciał się dowiedzieć o mieszkańcach Karaibów, ich naturze i obyczajach i czy jedzą ludzkie mięso, ja zaś przysięgałem mu, żem nigdy wżyciu nie spotkał Karaibczyka, bo nie było ich na Bermudach, za to mówiłem dużo o tym, jak budowaliśmy łodzie i wydostaliśmy się z więzienia, jakim była ta wyspa, i jak bezpiecznie dopłynęliśmy do Wirginii, i o Indianach, o których żyjący tam Anglicy powiadają, że w istocie jedzą ludzkie mięso i że są bardzo dzicy i groźni dla rozbitków. Powiedział, że czytał już wcześniej różne relacje, ale najlepiej usłyszeć to z ust tego, kto tam był, i znów wypytywał mnie o katastrofę, już to jak zachowywali się marynarze, już to o możnych pasażerów, czy zawodzili i płakali ze strachu w obliczu niebezpieczeństwa, i opowiedziałem mu, jak nasz bosman przeklinał gubernatora Thom. Gatesa, kiedy ten odważył się wyjść na pokład w samym środku burzy, i jak gonił go do luku z kawałkiem liny na co admirał zakrzyknął, że należałoby go za to wybatożyć, ale do tego nie doszło, bo zaraz potem okręt roztrzaskał się o skały.

Kiedym tak opowiadał, W.S. zawołał do kogoś, kto wszedł lub był tam już wcześniej: Chodź, posłuchaj tej opowieści, oto mój kuzyn, który odbył rejs do Nowego Świata, gdzie ich okręt rozbił się o skały etc. Wkrótce zebrała się wokół nas spora kompania, jedni siedzieli, inni stali. Niektórzy nie wierzyli mi, sądząc, że moja opowieść to zwykły stek łgarstw, jakie to zwykle opowiadają marynarze, ale W.S. przemówił do nich: Nie, ten człowiek mówi prawdę, bo nie ma w tym smoków ani potworów, ani trąb wodnych, ani żadnych fantastycznych rzeczy tylko takie niebezpieczeństwa, jakie spotykają okręty na swej drodze; i jeszcze dodał, że czytał opis katastrofy, o której opowiadam, i wszystko się zgadza w najdrobniejszych szczegółach.

Tak więc zostałem wytłumaczony przed całą kompanią. Kiedym skończył, obsiedli nas i zaczęli rozmawiać i takiej gadki nigdym nie słyszał i trudno to