Выбрать главу

powtórzyć, bo była to mowa żartobliwa, która nie trzyma się głowy. A w każdym razie nie mojej. Było to wszystko sprośne, z kutasami i cipami, ale przebranymi w niewinne słowa, nie wypowiadali jednak samych słów, ale je przekręcali, przerabiali na jakieś podobne i tak ciągle, tak żem w końcu nie wiedział, co mają na myśli. Zwali to konceptem i jeden z nich, Mr Jonson, umiał go przedstawić po łacinie i grecku, ale niewielu tylko go zrozumiało, mimo to się śmiali i uznali go za nudnego pedanta. Jest to jeszcze jeden autor niegodziwych sztuk, uznawany za wielkiego przez tych nikczemników, i ustępuje tylko W.S., choć we własnym mniemaniu jest pierwszym. Dumny, zarozumiały człowiek i, jak sądzę, zaciekły papista, szydzi sobie ze zreformowanej wiary i jej głosicieli. W.S. zaczął mnie wychwalać, żem walczył we Flandryi z Ispanami, a pan Jonson na to, że on takoż, i wypytuje, w jakich brałem udział bitwach i oblężeniach, pod jakim dowódcą i kiedy. A więc mu odpowiedziałem, a gdy się dowiedział, żem jest artylerzysta, rzekł: Phi, to nie wojaczka, jeno przenoszenie żelastwa, i opowiedział, jak to walczył ze swą piką pod Flusingą i Zutfen. Było jasne, że to opowieść, którą już nieraz słyszeli, i zaczęli się z niego naigrawać i żartować sobie z jego piki, mówiąc, że nadział na nią więcej flandryjskich dziewek niż Ispanów, przez co chyba rozumieli jego przyrodzenie. W.S najwięcej słuchał, ale gdy się odzywał, wszyscy baczyli z uwagą. A więc pan Jonson, chełpiąc się głównie łacińskimi słówkami i tęgo przy tym popijając, a do tego zjadłszy potężną porcyję mięsiwa w cieście, uniósł w końcu pośladki i wypuścił wiatry z takim hukiem, na co W.S. powiedział: Tako rzecze magister sztuki, uczony mąż, i wszyscy się roześmiali, nawet sam pan Jonson. Ale ja nie zrozumiałem tego żartu.

Tak upłynęły całe godziny, jak myślę, bo zrobiło się prawie ciemno, i W.S. powiedział do mnie: Dick, mam sprawę do załatwienia w teatrze Blackfriars, może pójdziesz ze mną, bo chciałbym z tobą porozmawiać na osobności. Poszedłem więc z nim, a po drodze pyta, czym się teraz zajmuję i czy znów wyruszę na morze. Ja na to, że nie, skończyłem z tym po naszej katastrofie, skończyłem z podróżami, nie mam też zapału do wojaczki, ale muszę znaleźć miejsce, gdzie będę miał co wsadzić do gęby i przyłożyć głowę, i gdzie będzie grzał ogień i

sprzyjała fortuna. Bo myślałem o tym, żeby się pewnego dnia ożenić. A on pyta: Jak zarobisz na chleb, Dick, jeśli nie wojując, nie szmuglując i nie robiąc harmat? Mówię mu, że jestem bystry w rachowaniu, przeto mógłbym znaleźć pracę jako kartograf i że poszukam sobie mistrza. Ale doszliśmy do teatru, gdzie właśnie skończyła się sztuka i wychodziła jeszcze publika, niektórzy bogato odziani w futra i brokaty, ale też pospolici, i musieliśmy się przeciskać przez tłum śmieciarzy, wśród koni, tragarzy, sług, stajennych etc, którzy czekali. I dalej przez wielką salę, rzęsiście oświetloną świecami, które już gaszono, przeszliśmy do małej izdebki za sceną, gdzie było kilku ludzi, jeden cały w pięknych czarnych aksamitach, z farbą jeszcze na twarzy, i dwóch innych, chyba kupców, i jeden mały, wyglądający na skrybę, i dwóch krzepkich jegomościów uzbrojonych w haki; jeden z nich był bez uszu, drugi miał tylko jedno oko. Po nazwisku, jak się dowiedziałem, pierwszy Dick Burbage, był aktorem, John Heminges udziałowcem w aktorskiej kompanii, Henry Watkins udziałowcem w utrzymującej teatr kompanii, Nicholas Pusey trzymał sakiewkę ludzi z kompanii królewskiej i prowadził księgi rachunkowe. Spade i Wyatt to dwaj zbrojni, Spade jednooki. Oprócz dwóch ostatnich wszyscy stali i wiedli spór, wyzywając się od szelmów, oszustów etc.

W.S. chodził między nimi wszystkimi, pytając: Co zaszło, panowie, skąd ta awantura? A oto co się stało: z pieniędzy zarobionych każdego wieczora aktorzy mieli otrzymać swoją porcyję, gospodarze teatru swoją, a reszta rozniesie dzieliła. Pan Pusey miał księgę, w której wszystkie pieniądze były zapisywane, a ja, rzuciwszy na nią okiem, stwierdziłem, że źle jest prowadzona, na starą modłę, jakby to był mały kram z rybami, a nie wielkie przedsięwzięcie, czyli teatr; przebiegli czerpali największe profity. W.S. powiedział: Dobry panie Pusey przynieś mi pan swoje liczydła i żetony i zobaczymy na własne oczy jakeś pan to liczył, bo czyż nie jesteśmy wszyscy uczciwymi ludźmi, którzy potrafią liczyć jak na scenie. Ten koncept sprawił, że wszyscy się uśmiechnęli, a pan Pusey poszedł jak zmyty. Pytam ja pana W.S., jakie są udziały każdego i jak są obliczane, i studiuję rozłożone księgi rachunkowe, przyglądam się uważnie bazgrołom, jakie sporządzają ludzie, kiedy używają liczydeł, żeby potwierdzić swoje bajki, i widzę błąd w

odejmowaniu. Pan Pusey nie wraca, pan Burbage wrzeszczy do Spodea, żeby go przywiódł, i kiedy Spode wychodzi, biorę swój ołówek i sumuję i dzielę, co trzeba. Wraca Spade, za nim wlecze się pan Pusey, niosąc swoje liczydła, sypią się kamyki, zdążył wypić i teraz jest zbyt zamroczony, żeby mógł się rozeznać w swoich papierach, w których nikt się zresztą w żaden sposób nie rozezna, nawet kiedy trzeźwy. Omawiam więc sprawę i pokazuję, do czego doszedłem, i objaśniam swoją metodę. Co jest dla nich istnym cudem i widzę, że W.S. uśmiecha się do mnie, bo uwielbia widzieć czyjąś biegłość w czymkolwiek. Potem mówię: Szlachetni panowie, próżne kłótnie, komu należy się jaka suma, bo przy tym sposobie liczenia nie ma sposobu na świecie, żeby obliczyć, jaki kto ma zysk. I choć nie mogę nic powiedzieć przeciw temu tu szlachetnemu panu, którego w ogóle nie znam, to jednak w tym stanie rzeczy jaki jest, każdy może was wszystkich ograbić do woli i nawet nie będziecie o nim wiedzieć. To jest tak, jakbyście szli z zawiązanymi oczami po Shoreditch o północy z pełnymi sakiewkami w obu rękach i liczyli na to, że nikt wam ich nie wyrwie. Jeszcze trochę takiej gadki i zostało uzgodnione, że powinienem zostać najęty do przepisania i uporządkowania rachunków we włoskim stylu, z dwiema kolumnami, i decydować o podziale zysków; tu W.S. rzekł, że on poręczy za mnie, jako żem jego kuzyn.

Po tym wszystkim W.S. zabrał mnie na wieczerzą pod Syrenę i bardzo wesoło było z jego druhami, jak już mówiłem wcześniej, a potem poszedłem do łóżka w kwaterze bliskiej jego własnej, wynajętej koło Blackfriars, i tam się śmiałem w głos, a gdy mnie zapytał dlaczego, odpowiedziałem, że chce chyba zostać magistrem w pierdzeniu, takie puszczał wiatry. Uśmiechnął się i rzekł: Zrobimy z ciebie bystrego człowieka, Dick, kiedyś będziesz chwytał koncept w lot, a nie dopiero po tygodniu. Potem do łóżka i myślę sobie, że dobrze się sprawiłem, bo znalazłem się w samym sercu tych podłych nikczemników, co było niejakim postępem w naszym śmiałym przedsięwzięciu. Z wielkim uszanowaniem i pokornie wedle obowiązku Waszej Lordowskiej Mości, niech Bóg ma w opiece Lordowską Mość i błogosławi naszemu przedsięwzięciu, z Londynu, tego piątku, 10 januara 1610, Richard Bracegirdle.

11

Ktoś, chyba Paul Goodman, powiedział kiedyś, że głupota jest formą obrony charakteru i niewiele ma wspólnego z posiadaniem lub brakiem inteligencji; między innymi dlatego tak zwane elity, ludzie najlepsi i najbardziej światli, wpakowały nas w wojnę wietnamską, a ci, którzy potrafią zgromadzić ogromne bogactwa, upierają się przy robieniu rzeczy kończących się długoletnim więzieniem. Mit der Dummheit kämpfen Götter selbst vergebens, jak podobno mawiała moja babka ze strony matki, cytując Schillera: „Z głupotą nawet bogowie walczą daremnie”. W każdym razie głupotą było opowiadanie mojemu synowi o gangsterach, a potem żonie… nie, chwileczkę, głupotą było przede wszystkim to, że nie oddałem manuskryptu Bracegirdle'a od razu, bo gdybym to zrobił, żaden gangster nie interesowałby się więcej ani mną, ani moją rodziną.