Выбрать главу

Jak już powiedziałem, Amalie odznacza się zazwyczaj świętym spokojem, ale w obliczu hipokryzji czy niesprawiedliwości potrafi, wzorem Pana Boga, wykrzesać z siebie gniew zdolny osuszyć drzewa figowe. Kiedy już wydobyła ze mnie całą historię w postaci przerażających okruchów prawdy wymieszanych z bezowocnymi kłamstwami, doświadczyłem pełnego impetu jej gniewu, i to takiego, że zasób jej

idealnie płynnej angielszczyzny został wyczerpany i chcąc dotkliwiej obrazić moją inteligencję, musiała się przerzucić na niemiecki: saudumm, schwachsinning, verblödet, verkorkst, vertrottelt, voll abgedreht i dumm wie die Nacht finster sein, by przywołać tylko kilka. Niemiecki obfituje w takie określenia i często wypełniały one dom mego dzieciństwa. „Tak głupi, jak ciemna jest noc” było wręcz jednym z ulubionych przekleństw Mutti. W końcu padło: du kotzt mich an, wulgarne i oznaczające w wolnym przekładzie „chce mi się rzygać, kiedy cię słucham”. Po tym ostatnim znalazłem się na ulicy. Odebrałem całą tę porcję niemal w milczeniu, czerpiąc perwersyjną przyjemność z tego, że w końcu naruszyłem świętą cierpliwość mej małżonki. Zadzwoniłem do Rashida, przyjechał natychmiast, wysiadł, żeby otworzyć mi drzwi (coś, czego Omar na moją prośbę nie robił), i zauważyłem, że patrzy w górę, a kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem jak Paphiopedilum hanoiensis sfruwa z najwyższego piętra domu Amalie i nowa doniczka roztrzaskuje się na jezdni tuż obok samochodu. Rozwścieczyłem ją i skłoniłem do działań gwałtownych – dobre zakończenie dnia i kolejna rata za moje mieszkanie poszła w diabły.

Ale było to, jak się okazało, najlepszą częścią wieczoru. Kiedy Rashid odstawił mnie do domu i próbowałem wetknąć klucz do zamka na dole, drzwi otworzyły się, zanim zdążyłem przekręcić. Ktoś zakleił dziurkę kawałkiem taśmy. Z sercem w gardle popędziłem na górę. Drzwi do mieszkania były szeroko otwarte. W środku, w wąskim korytarzu prowadzącym do sypialni, znalazłem Omara. Tkwił w miejscu na czworaka i jęczał, wyglądając, jakby przypatrywał się jaskrawoczerwonej owalnej plamie na gładkim dębowym parkiecie. Po skroniach spływała mu krew z rany na wygolonej potylicy. Podniosłem go i posadziłem w fotelu, a potem przyniosłem z kuchni miednicę z wodą, czystą szmatkę i woreczek lodu. Kiedy obmyłem ranę i zatamowałem krew, zapytałem go, co się stało. Przypominam sobie, że kiedy tak siedziałem i słuchałem jego chaotycznego bełkotu w dodatku po arabsku – opanowało mnie uczucie nienaturalnego spokoju, jaki pamiętałem z wojska, kiedy po ataku ogniowym wynoszono z helikopterów dziesiątki rannych. W pierwszej chwili człowiek chciał uciekać z krzykiem, a potem ogarniał go ten nienaturalny spokój, który pozwalał zająć się zmasakrowanymi chłopcami. Teraz chciałem właśnie biec z krzykiem przez loft, żeby sprawdzić, co się stało z Mirandą, ale siłą woli usiadłem,

zadawałem pytania i słuchałem. Niewiele się dowiedziałem. Omar usłyszał krzyk i głuche uderzenie, wybiegł więc z sałonu, gdzie oglądał telewizję. To wszystko, co zapamiętał. Nikogo nie widział. Miranda oczywiście zniknęła. Zniknął też oryginał manuskryptu Bracegirdle'a.

Odszukałem w portfelu wizytówkę detektywa Murraya, zadzwoniłem do niego, nagrałem pilny komunikat i wybrałem numer 911. Nastąpiła chaotyczna wymiana informacji pomiędzy wieloma obcymi sobie ludźmi, którą zawsze wycinają w telewizyjnych widowiskach kryminalnych, a która w rzeczywistości pochłania mnóstwo frustrujących minut. Sanitariusze zabrali Omara, choć upierał się, że zejdzie o własnych siłach, a ja podejmowałem policjantów, najpierw dwóch umundurowanych funkcjonariuszy, następnie dwóch detektywów, Simoniego i Harrisa. Obejrzeli uważnie frontowe drzwi mojego loftu i oświadczyli, że zamek nosi ślady włamania, a to znaczy, że sprawa jest poważniejsza i nie ogranicza się do awantury domowej, co, jak sądziłem, było ich pierwszą hipotezą krwawiący mężczyzna, zniknięcie kobiety, zamożni ludzie, grzeszne romanse… A jednak wyczuwało się w ich głosach drwinę. Myślę, że oczekiwali ode mnie jakiejś dowcipnej, ironicznej kwestii w stylu tych, które scenarzyści wkładali w usta Jerry'ego Orbacha z klasycznej wersji Prawa i porządku. Chcieli wiedzieć, kim jest Omar, skąd się wziął i jaki ma związek z zaginioną kobietą. Należało jeszcze wyjaśnić sprawę jego pistoletu, moje domysły na temat zagrożenia pani Kellogg i to, co się zdarzyło na ulicy, kiedy napadły nas prawdopodobnie rosyjskie zbiry. Pani Kellogg mieszka tu z panem? Dlaczego nie zatrzymała się w hotelu? Czy to pańska przyjaciółka, panie Mishkin?

Nie, to nie jest moja przyjaciółka; nie, nie wiem, dlaczego ktoś miałby ją uprowadzić, oni chcieli tylko rękopisu. Dlaczego im na nim zależało, panie Mishkin? Czy był bardzo cenny? Właściwie nie, ale niektórzy ludzie uważają, że może doprowadzić ich do czegoś bardzo cennego. Ach, to coś w rodzaju mapy ze skarbem? Przewracanie oczami, drwiące uśmieszki. I wtedy powiedziałem mniej więcej coś takiego: „Możecie się panowie uśmiechać, jeśli chcecie, ale zamęczono człowieka na śmierć, żeby coś z niego wyciągnąć w tej kwestii, teraz jeszcze uprowadzono kobietę, a wy wciąż traktujecie to wszystko jak żart”. No a potem zaczęła się dyskusja o profesorze Bulstrodzie.

Trzeba uczciwie przyznać, że była to sprawa, z jakimi detektywi z wielkich miast rzadko mają do czynienia. Pragnęli, by była to jakaś afera rodzinna z elementami szaleństwa bogatego faceta. Funkcjonariusze posypali wszystkie możliwe powierzchnie czarnym proszkiem, żeby pobrać odciski palców, zrobili masę zdjęć, zabezpieczyli broń Omara, pobrali próbki krwi, jaką przelał w mojej służbie, i poszli sobie, obiecując, że będą ze mną w kontakcie. Kiedy tylko zniknęli, też wyszedłem i udałem się do garażu, w którym Rashid parkował lincolna. Pojechałem do szpitala St. Vincent, żeby sprawdzić, co z Omarem. Nie zaskoczył mnie specjalnie widok dwóch detektywów przy jego łóżku; nie mogłem z nim porozmawiać, dopóki nie wyciągnęli z biedaka owego „nic”, które wiedział. W szpitalu chcieli go zatrzymać do rana na obserwacji z powodu wstrząśnienia mózgu, zadzwoniłem więc do niego, zapewniając, że skontaktuję się z jego rodziną i pokryję koszty leczenia.

Już miałem schować komórkę do kieszeni, kiedy rozległa się melodyjka. Dzwoniła Miranda.

– Gdzie jesteś? Wszystko w porządku? – padło odruchowo (i głupio) z moich ust, choć wiedziałem, że na pierwsze pytanie odpowiedzieć nie może, odpowiedź zaś na drugie była przerażająco oczywista.

– Nic mi nie jest.

Powiedziała to głosem, który świadczył o czymś wręcz przeciwnym.

– Gdzie jesteś?

Co za głupota!

– Nie wiem. Założyli mi worek na głowę. Słuchaj, Jake, nie wolno ci zawiadamiać policji. Kazali mi do ciebie zadzwonić, żeby ci to powiedzieć.

– W porządku, nie będę zawiadamiał – skłamałem.

– Co z Omarem? Uderzyli go…

– Nic mu nie jest. Czego od ciebie chcą? Mają przecież ten przeklęty list, po co cię uprowadzali?

– Chcą mieć pozostałe listy, te zaszyfrowane.

– Nie rozumiem; dałem ci wszystko, co dostałem od twojego wuja. Zaszyfrowane? Nic o tym nie wiem.

– Nie, te listy były w tym rękopisie. Jest tu pewna kobieta, Carolyn, myślę, że ją też przetrzymują…

– Rosjanka?

– Nie, Amerykanka. Mówi, że były tam zakodowane listy, ale ktoś ich nie dostarczył, tak jak miał to zrobić.

– Kto?

– Nieważne. Ci ludzie mówią, że mają dokumenty, że zapłacili za nie mojemu wujkowi mnóstwo pieniędzy, a on próbował ich oszukać. Jake, oni zamierzają…