Выбрать главу

Właściwie to dla mnie zbyt bolesne, ta próba odtworzenia naszej rozmowy. Oboje wrzeszczeliśmy do słuchawki (choć zwykle zważam, żeby nie podnosić głosu, kiedy rozmawiam przez komórkę, w przeciwieństwie do wielu współobywateli, przez co ulica wygląda tak, jakby opanowali ją wariaci, i często się zastanawiam, co o tym myślą prawdziwi szaleńcy) i ktoś wyłączył jej telefon w połowie zdania. Przesłanie tej rozmowy było jasne: jeśli nie dostarczę wspomnianych przez Bracegirdle'a zaszyfrowanych listów, potraktują ją tak jak jej wuja. A jeśli się dowiedzą, że powiadomiłem policję, zlikwidują ją natychmiast.

Odgłosy strzałów we mgle, trzy płaskie, zakłócające ciszę dźwięki od strony jeziora, a potem wyraźny warkot silnika, owadzie brzęczenie, które dociera jakby z bardzo daleka. Myśliwi? Czy to sezon polowań na kaczki? Nie mam pojęcia. Na wypadek gdyby chodziło o coś innego, naładowałem i odbezpieczyłem pistolet, co, jak stwierdzam, jest czynnością, która przynosi ulgę. Powinienem był wcześniej powiedzieć, że chata Mickeya stoi na najbardziej wysuniętym na południe krańcu jeziora Henry. Na ścianie salonu wisi oprawiona w ramki szczegółowa mapa hydrograficzna, z której wynika, że kiedyś były to dwa jeziora. Około roku 1900 odpoczywający tu latem plutokraci, do których należała ta ziemia, zamknęli odpływ tamą, woda się podniosła i powstał łańcuch wysepek ciągnący się od wschodniego brzegu, doskonałe miejsce do zabawy w piratów, jak poinformował mnie Mickey, ale nie dawało się pływać między nimi łodzią ze względu na ukryte skały. Do jego domu można było dotrzeć albo przez New Weimar, decydując się na długą, powolną jazdę trzeciorzędną drogą, a potem żwirowym traktem (jak to zrobiłem ja), albo zjechać z trasy szybkiego ruchu koło Underwood i pokonać krótki odcinek dobrej drogi do miasteczka Lake Henry, wokół najbardziej wysuniętego na

północ skrawka jeziora, następnie wsiąść do swego mahoniowego ścigacza i po niespełna dwudziestokilometrowej przejażdżce dotrzeć tu bardziej stylowo. To trasa, którą prawie zawsze podróżował Mickey z rodziną. Trasa lądowa jest w gruncie rzeczy krótsza o nieco ponad godzinę, ale znacznie mniej wygodna. Gdybym był bandziorem, który lubi szpan, wynająłbym lub kupił motorówkę, podpłynął od południa, stuknął swoją ofiarę, a potem, w drodze powrotnej, wyrzucił obciążone ciało do jeziora, sięgającego w najgłębszym miejscu dwudziestu metrów. Nie „głębiej, niż sonda kiedy bądź dosięgła”, ale dostatecznie głęboko.

Sprawdzając w moim notesie, co działo się następnego dnia, stwierdzam, że umówione poranne spotkania zostały skreślone, przypominam też sobie, że po nieprzespanej nocy zadzwoniłem do pani Maldonado. Poprosiłem ją, żeby odwołała spotkania i ustaliła nowe terminy. Potem zadałem jej jedno ważne pytanie, na które odpowiedziała twierdząco. Pani Maldonado sporządza po dwie kopie absolutnie wszystkiego, jest księżniczką Xeroxa, i okazało się, że istotnie odbiła dwie kopie manuskryptu Bracegirdle'a. Potem zadzwonił Omar, błagając, żeby wydostać go ze szpitala, spełniłem więc jego prośbę. Z zadowoleniem usiadł za kierownicą; w białym czepku szpitalnym przypominał swoich pustynnych przodków jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Jak mnie z dumą poinformował, miał już nowy pistolet; nie chciałem wnikać, skąd go wziął.

Po drodze odebraliśmy z biura kopie rękopisu Bracegirdle'a i przez East River Drive pojechaliśmy do Harlemu. Choć zacząłem go znów wypytywać o zdarzenia poprzedniego wieczoru, nie potrafił nic dodać, przeprosił tylko, że pozwolił się uderzyć i że zawiódł. Nie mógł pojąć, jak napastnicy dostali się do loftu i jak im się udało go zaskoczyć; ja też nie mogłem tego zrozumieć – pozostało to jeszcze jedną tajemnicą.

Celem naszej podróży owego ranka był kompleks budynków na Sto Pięćdziesiątej Pierwszej Ulicy przy Frederick Douglass Boulevard. Ich właścicielem, a raczej zarządcą (bo oficjalnie nic nie posiada), jest mój brat Paul. Kupił je, doszczętnie wypalone, wiele lat temu na licytacji i wyremontował, przekształcając w coś, co nazywał wielkomiejskim klasztorem. Paul jest księdzem, jezuitą. Może to

być zaskakujące, bo kiedy wspominałem o nim ostatnio, był przestępcą i siedział w więzieniu. W pewnym sensie nadal jest przestępcą i dlatego właśnie pojechałem do niego po zniknięciu Mirandy. Paul doskonale rozumie przemoc i zło.

Był to dla mnie wstrząs, gdy uświadomiłem sobie, że Paul jest bystry, prawdopodobnie pod niejednym względem bystrzejszy ode mnie. Wiele rodzin wyznacza swoim członkom role i w naszej Miriam była głupiutką ślicznotką, ja mądralą, a Paul twardzielem, czarną owcą. Nigdy nie odrabiał lekcji, wyleciał ze szkoły, kiedy miał siedemnaście lat, a później, jak już wspominałem, odsiedział dwa lata i dwa miesiące w Auburn za napad z bronią w ręku. Możecie sobie wyobrazić los przystojnego, jasnowłosego, białego chłopaka w Auburn. Zwykle ma się do wyboru: być gwałconym przez wszystkich albo być gwałconym wyłącznie przez jednego z potężnych byków. Paul wybrał to drugie, jako zdrowsze i bezpieczniejsze, i ulegał zalotom tego gościa do chwili, gdy zdobył gdzieś kosę, po czym pewnej nocy, gdy tamten spał, rzucił się na niego i ugodził go wielokrotnie (choć na szczęście nie zadźgał na śmierć). Odsiedział resztę wyroku w pojedynce, sąsiadując ze skazanymi za molestowanie dzieci i informatorami mafii. Tam nabrał chęci do czytania, a wiem to stąd, że co miesiąc przygotowywałem na jego prośbę paczkę książek. W ciągu dwóch lat zaobserwowałem zdumiewającą przemianę z pożeracza literackiej tandety w miłośnika ambitnej beletrystyki, następnie dzieł filozoficznych i historycznych, a w końcu teologicznych. Kiedy go zwalniali, miał za sobą lekturę Künga i Rahnera.

Po zwolnieniu, nie mając innych perspektyw i czując potrzebę dalszej edukacji, natychmiast wstąpił do wojska. Było to apogeum wojny w Wietnamie i komisja poborowa nie przebierała specjalnie w kandydatach. Myślę, że musiały odezwać się geny po dziadku Stieffie, bo Paul okazał się wzorowym żołnierzem: oddziały powietrzno-desantowe, rangersi, jednostki specjalne, medal za odwagę. Odsłużył dwie tury, głównie w spornym regionie, gdzie graniczyły ze sobą Laos, Wietnam i Kambodża, a rządziły bandy samozwańczych watażków, takich jak Marlon Brando w Czasie apokalipsy. Tak właśnie brzmiał jedyny komentarz do tych wojennych doświadczeń: było całkiem jak w filmie.

Co dziwne, groza tamtego czasu nie zrobiła z niego potwora, ale coś w rodzaju świętego. Poszedł do St. Johns na prawach weterana, a potem wstąpił do jezuitów.

Kiedy mi to powiedział, pomyślałem, że żartuje, bo nie wyobrażałem sobie Paula jako kapłana, a już tym bardziej jako jezuity. Ale to dowodzi, że najtrudniej powiedzieć coś o swoich bliskich i drogich sercu. Wiadomość wprawiła mnie w absolutne osłupienie.

W każdym razie mój brat wrócił do Nowego Jorku z ideą zbudowania czegoś w rodzaju domu opieki w zaniedbanej dzielnicy miasta. I zrealizował swój pomysł, ale ponieważ chodziło o Paula i żywą w Towarzystwie Jezusowym tradycję eksperymentu społecznego, w całym tym przedsięwzięciu zawierał się pewien paradoks: Paula łatwo było odróżnić od Jane Addams. Uważam go za świętego, ale był też draniem. Jest sporo takich osobników w kalendarzu świętych, chociażby założyciel zakonu Paula. Mój brat ma teorię, że nasza cywilizacja pogrąża się w epoce mroku, której zwiastuny widoczne są w wielkomiejskich gettach. Mówi, że ta epoka to całkowity upadek cywilizacji i sztuki, a także rosnący opór klas rządzących przed finansowaniem życia społecznego. Taka postawa przypieczętowała los starożytnego Rzymu, twierdzi. Nie uważa jednak, aby getta potrzebowały wsparcia, twierdzi natomiast, że kiedy nadejdzie krach, biedota przeżyje łatwiej niż panujący. Biedacy potrzebują mniej, mówi, są bardziej skłonni do aktów miłosierdzia i nie muszą się od wielu rzeczy odzwyczajać. To dlatego Jezus wolał ich od bogatych. Owszem, zwariowana teoria, ale kiedy widzę absolutną bezradność współobywateli z klasy średniej i tych wyższych, naszą całkowitą zależność od elektryczności, taniej benzyny i usług anonimowych milionów, a także naszą niechęć do uczciwego płacenia swojego udziału, nasze absurdalnie strzeżone enklawy, nasze „dobre domy” i naszą niekompetencję we wszystkich dziedzinach oprócz manipulowania symbolami, często myślę, że Paul ma rację.