Выбрать главу

A więc mój brat stworzył pod postacią kościoła misyjnego i szkoły coś w rodzaju wczesnośredniowiecznego opactwa. Składa się ono z trzech budynków, a raczej dwóch, i pustej przestrzeni między nimi, zajmowanej kiedyś przez kamienice doszczętnie strawioną przez ogień, a potem zdemolowaną. Przestrzeń ta ograniczona jest od ulicy murem z bramą, przez którą weszliśmy tego dnia z Omarem. Jest ona zawsze otwarta. (Limuzynę zostawiliśmy na ulicy. Majestat tego miejsca jest tak wielki, że nie mam odwagi go zakłócać). Śladem po dawnej kamienicy jest

teraz coś w rodzaju dziedzińca klasztornego z ogrodem warzywnym, niewielkim tarasem z fontanną oraz boiskiem. Jeden z budynków to szkoła z przedszkolem i częścią mieszkalną, drugi to biura, dormitoria i warsztaty Jest tu też siedziba Fundacji Arka, zajmującej się niepełnosprawnymi, przychodnia i prowadzona przez działaczy katolickich kuchnia, która wydaje zupę dla bezdomnych. Panował tu zwykły chaos; kulawi, obłąkani i kalecy załatwiali swoje sprawy, grupki nawróconych gangsterów w habitach wykonywały różne prace, wszędzie biegały dzieci w szkolnych mundurkach scena jak ze średniowiecza. Omar zawsze czuje się tu jak u siebie.

Przyjechałem do Paula, bo jego umysł jest pokrętny, podobnie jak umysł naszego ojca. W porównaniu z nim jestem dzieciakiem i choć często irytuje mnie tego rodzaju zależność od brata, od czasu do czasu jej ulegam. Paul mówi, że to dobre dla mojej duszy.

Znaleźliśmy go w piwnicy, rozmawiał akurat z jakimiś fachowcami o bojlerze. Miał na sobie niebieski kombinezon, bardzo brudny, ale na Paulu nawet brud wygląda dobrze. Jest trochę niższy ode mnie, ale ma zgrabniejszą sylwetkę. W moich oczach nie zmienił się bardzo od tego dnia, kiedy czekałem na niego na lotnisku, gdy wracał z wojska przed dwudziestu pięciu laty. Tylko włosy ma dłuższe. Wciąż przypomina Rutgera Hauera z Łowcy androidów albo faceta z plakatów werbunkowych SS. Uśmiechnął się do nas szeroko, a jego białe zęby zalśniły w półmroku piwnicy? uściskał nas obu. Udzieliwszy fachowcom paru wskazówek, zostawił ich przy robocie, a nas zabrał na górę, do swego gabinetu, zagraconego pokoiku z oknami wychodzącymi na klasztorny taras, ogród i boisko, i oczywiście zaczął się dopytywać, co się stało z głową Omara. Myślę, że w pewnym sensie lubi go bardziej ode mnie. Nie, to nieprawda, ale pozostawmy to na papierze. Paul mnie kocha, co przyprawia mnie o wściekłość. Nie jestem dla niego miły. I nic nie mogę na to poradzić.

Kiedy już wyciągnął wszystko z Omara i wysłuchał masy nudnych szczegółów dotyczących cierpień jego krewnych na Zachodnim Brzegu, mój kierowca przeprosił nas, bo zbliżała się dlań pora południowych modłów. Kiedy zniknął, do pokoju wbiegł drobnym kroczkiem piękny śniady chłopiec z wiadomością dla Paula; wyglądał wprost wspaniale w swoim mundurku złożonym z granatowej marynarki,

szarych spodni, białej koszuli i krawata w czarno-białe prążki. Kiedy wyszedł, spytałem, przewracając wymownie oczami:

– Bawisz się teraz w takie rzeczy? Brzoskwiniowe pośladki w przyćmionych światłach zakrystii…

– Resztki mojej żądzy zaspokajają zaawansowane wiekiem zakonnice, dziękuję odparł, wciąż się uśmiechając. A skoro mowa o ekscesach seksualnych, to mam wrażenie, że znów wpakowałeś się w historię z kobietą. Kim jest ta Miranda?

– Nikim szczególnym, po prostu klientką. Zamieszkała u mnie, bo wydawało się, że ktoś ją prześladuje.

– Aha. Dzwoniła dziś do mnie rano Amalie. Robiła wrażenie bardzo zdenerwowanej.

– O rany, Paul, bardzo mi przykro, że Amalie się zdenerwowała. Wiem o tym! Dlaczego się z nią nie ożenisz? Tworzylibyście idealną parę, a ja mógłbym grzęznąć dalej w bagnie rozwiązłości. Ja i Miri…

– Miri też się o ciebie martwi. Co to za historia z tymi rosyjskimi gangsterami?

Jeszcze jedną rzeczą, która doprowadza mnie do pasji, jest to, że rodzinka obgaduje mnie za plecami. Powodem, dla którego staram się prowadzić wzorowy tryb życia (pomijając sprawy seksu), jest ograniczenie tych plotek, ale najwyraźniej mi się to nie udaje. Stłumiłem jednak odruch niechęci, bo jedynym celem mojej wizyty było szukanie u Paula rady w całej tej aferze. Żadna ze znanych mi osób nie miała bardziej rozległych kontaktów wśród nowojorczyków wszelkich warstw społecznych i środowisk, począwszy od bezdomnych, a skończywszy na burmistrzu. Opowiedziałem mu więc o wszystkim o profesorze, manuskrypcie Bracegirdle'a, morderstwie, prześladowaniach, rozmowie z Miri (choć o tym wiedział już od niej samej), o Mirandzie, jej uprowadzeniu i telefonie od porywaczy.

Słuchał w milczeniu, a kiedy skończyłem, zatoczył rękami koło w powietrzu i powiedział:

– No i…?

– Co „no i”?

– Zrobiłeś to? Z panią Kellogg? Tylko nie kłam, widzę to po twojej minie.

– I to jest dla ciebie najważniejsze? Ze wypieprzyłem tę kobietę? Morderstwo, uprowadzenie, nic nie ma znaczenia, ważne jest tylko to, gdzie wsadziłem fiuta?

– Nie, ale to, gdzie go wsadzasz, zdaje się kierować twoim postępowaniem w życiu i komplikuje sprawy wielu ludzi, których kocham. Stąd moje zainteresowanie.

– Ach, a mnie się zdawało, że pieprzenie to jedyna rzecz, którą interesuje się Kościół. Nie wypowiadasz się teraz ex cathedra!

– Tak, trwasz w przekonaniu, że żądza to twój problem. A tymczasem wcale tak nie jest, mówiąc ex cathedra, i za kilkanaście lat ta kwestia rozwiąże się sama. W końcu to żałosny, mały grzeszek. Nie, twoim problemem jest i zawsze było lenistwo. Odmowa koniecznej pracy nad swoim życiem duchowym. Zawsze brałeś na siebie odpowiedzialność za wszystkie nieszczęścia, jakie się przydarzyły naszej rodzinie, prawdopodobnie z drugą wojną światową włącznie…

– Ty siedziałeś.

– Tak, ale to nie ma nic do rzeczy. Bóg nie siedział, lecz nie poprosiłeś go o jakąkolwiek pomoc w tym względzie. Nie, brałeś to wszystko na swoje barki i ponosiłeś porażkę. I nigdy sobie nie wybaczyłeś, a zatem uważasz, że ciebie wybaczenie nie obejmuje, a to uprawnia cię do ranienia tych wszystkich, którzy cię kochają, no bo w końcu biedny Jake Mishkin tak dalece się nie liczy, jest tak wyzbyty wszelkiej nadziei na raj, że każdy, kto go kocha, musi być ofiarą urojeń, a zatem niewart jest tego, by wziąć go pod uwagę. I czego szczerzysz zęby, gnojku? Bo zmuszasz mnie do powtarzania tego samego, co mówię zawsze, kiedy tu przychodzisz, i teraz też możesz to zignorować, choć wiesz, że to prawda. Lenistwo. Grzech przeciw nadziei. Sam wiesz, że cię to kiedyś zabije.

– Podobnie jak Mutti?. Naprawdę tak sądzisz?

Z warsztatu na dole, gdzie naprawiali rowery, dobiegł wysoki, zgrzytliwy dźwięk. Paul odczekał, aż ucichnie, i powiedział:

– Owszem, tak sądzę. Wiesz o tym. Jak powiedział pewien człowiek: Bóg, który nas stworzył bez naszej pomocy, nie zbawi nas bez naszej zgody. Albo będziesz błagał o zmiłowanie, wybaczysz sam i dostąpisz wybaczenia, albo umrzesz na wieki.

– Tak, ojcze powiedziałem, wznosząc nabożnie oczy.

Westchnął, znużony tą żałosną odwieczną grą, jaką z nim prowadziłem. Ja też byłem nią zmęczony, ale nie mogłem się powstrzymać, aby nie podrapać diabelskimi szponami miejsca, w którym czułem nieznośny świąd.