Выбрать главу

– Tak, sprowokowałeś mnie do wygłoszenia kazania, a więc znów wygrałeś – powiedział Paul. Gratulacje. Ale tymczasem co zrobimy z twoim problemem?

– Nie wiem. Właśnie dlatego do ciebie przyszedłem.

– Uważasz, że jest w to zamieszany ten Rosjanin Szwanow?

– Jako wykonawca. Ale nie mogę dociec, kto za nim stoi.

– Jakie to ma znaczenie? Manuskryptu nie ma, a zniknięcie tej kobiety to moim zdaniem sprawa dla policji.

– Mam w to nie mieszać policji. Powiedziała, że ją zabiją.

– A ty uważasz, że odpowiadasz za jej życie, i chcesz ją ratować.

– Obiecałem jej, że będę ją chronił, i nie ochroniłem. Zgadza się, chcę ją ratować.

– Chcesz ciągnąć ten romans. Jesteś zakochany.

– A co to, u diabła, ma do rzeczy?! Jest istotą ludzką, której grozi śmiertelne niebezpieczeństwo!

Podparł podbródek złożonymi rękami i przeszył mnie nieprzyjemnym spojrzeniem. To właśnie robi zawsze, zamiast kopnąć mnie w dupę. W końcu powiedział:

– No dobrze, oczywiście zrobię, co będę mógł, żeby ci pomóc. Mam pewne kontakty w policji. Wykonam parę telefonów, popytam o tego Szwanowa i zorientuję się, czy to jakaś poważna…

– Nie rób tego! Nie mieszaj w to policji. Masz inne kontakty.

– Owszem, mam. No dobrze, zobaczę, co powie ulica.

– Dziękuję. Najbardziej martwię się o Amalie i dzieci. Jeśli będą chcieli mnie naprawdę przycisnąć…

– Tym też się zajmę – obiecał Paul po chwili zastanowienia.

Po to oczywiście przyszedłem. Mój brat zna mnóstwo młodych twardzieli, miejscowych gangsterów, jak ich nazywają, z którymi łączą go dziwne stosunki. Uważa, że są oni dokładnie tacy jak germańscy lub słowiańscy barbarzyńcy,

nawracani przez misjonarzy w wiekach ciemnych – dumni, gwałtowni, złaknieni Bóg wie czego. W pierwszym okresie swojej działalności misyjnej Paul musiał dosłownie walczyć na ulicy, aby pokazać, że jest twardszy niż oni, co było zresztą prawdą. To, że miał określoną reputację, że, jak wszyscy wiedzieli, atakował nożem współwięźniów, działało na jego korzyść. Fakt, że osobiście zabił więcej ludzi niż oni wszyscy, był jeszcze jednym atutem.

Paul twierdził ponadto, że w porównaniu z partyzantami wietnamskimi ludzie z gangów ulicznych nie są aż tak twardzi. Żaden z nich nie zrezygnował nigdy z posiłku, a kiedy ich zamykali, to w warunkach przypominających luksusowy kurort w porównaniu z przeciętnym więzieniem w prowincji Hmong. Mawiał, że jego tamtejsi kumple zjedliby wszystkich tych Crips, Bloods i Gangster Disciples na śniadanie. A ich żałosna brawura budziła w nim raczej współczucie niż grozę, powszechną w sferach wyższych. (Paul nie boi się niczego, co śmiertelne; nie bał się niczego, mając dziesięć lat). Ale traktował ich poważnie jako wspólnoty plemienne i podobnie jak jezuici w dawnych czasach skupiał się głównie na przywódcach, na najbrutalniejszych z brutalnych; po jakimś czasie zawarł z nimi swoisty konkordat, który gwarantował, że na obszarze otaczającym jego budynki nie będzie handlu prochami i stręczycielstwa i że ludzie uciekający przed zemstą ulicy będą nietykalni w obrębie jego azylu. Kilku szefów wręcz się nawróciło. Inni posłali swoje dzieci i młodsze rodzeństwo do jego szkoły. Była to umowa w stylu wczesnego średniowiecza, absolutnie naturalna dla człowieka, jakim był mój brat.

Teraz widziałem, że Paul, podjąwszy decyzję o udzieleniu mi pomocy, nie może się doczekać, kiedy sobie pójdę. Nie jest zbyt przystępnym facetem ten mój brat, tak jak Jezus w Ewangelii Mateusza, ciągle w ruchu, niecierpliwy w stosunku do apostołów, świadom uciekającego czasu i potrzeby wyznaczenia następców, gdy przyjdzie mu opuścić scenę. Paul po prostu się odwrócił i zaczął rozmawiać z jakimiś chłopcami, zabrałem więc Omara i przepełniony wdzięcznością wyszedłem z kancelarii.

Skierowaliśmy się na zachód, a potem na południe; po pewnym czasie ukazał się naszym oczom kampus Columbii. Znałem całkiem nieźle rozkład zajęć Mickeya

Haasa, wiedziałem więc, że w czwartki dyżuruje w swoim gabinecie przez cały ranek. Zadzwoniłem do niego i rzeczywiście miał dyżur tak, z chęcią zje ze mną lunch, dla odmiany w klubie uniwersyteckim. Zawsze uważałem restaurację na trzecim piętrze jego wydziału w Columbii za jedno z przyjemniejszych miejsc w Nowym Jorku: pięknie zaprojektowana, przestronna sala ze wspaniałą panoramą miasta za wielkimi oknami i idealnie zharmonizowanym bufetem prix fixe, ale Mickey preferuje nasze zwykłe „Sorrentino”. Pewnie dlatego, że lubi się upijać przy okazji naszych spotkań i woli to robić poza zasięgiem wzroku kolegów z uczelni. Być może lubi też, kiedy posyłam po niego swoją limuzynę.

Zanim zdążyliśmy dotrzeć do klubu, odezwała się moja komórka: dzwoniła Miri.

– Miałeś rację powiedziała. Osip rzeczywiście chciałby cię poznać.

– Szybko to załatwiłaś zauważyłem. Pewnie jest ci winien przysługę.

– Osip nie jest nikomu winien żadnych przysług, on je kolekcjonuje. Prawdę mówiąc, Jake, sam zadzwonił i poprosił mnie o zaaranżowanie spotkania. To zły znak.

– Jestem pewien, że wszystko pójdzie dobrze – odparłem, wcale nie będąc tego pewny. – Gdzie i kiedy?

– Znasz „Rasputina”? Na Lafayette?

– Nie żartuj. To tak, jakby spotkać się z Johnem Gottim w „Godfather's Pizza”.

– Co na to poradzę? Osip ma poczucie humoru. Tak czy inaczej powiedział, że będzie tam dzisiaj po dziesiątej wieczorem. Dodałabym jeszcze: „Uważaj na siebie”, gdyby nie było to takie banalne. Ale będziesz uważał, co? Bo w przeciwnym razie uznam, że chcesz spocząć obok Mutti na Green Wood. Poślę ci najpaskudniejszy wieniec, jaki znajdę.

Pamiętam, że zamówiliśmy z Mickeyem pieczeń wołową i butelkę melville cabernet, stosowną dla profesora anglistyki, jak zauważył żartobliwie. Mickey był naprawdę w dobrym humorze, a kiedy go zapytałem, czy jego pozycja materialna uległa poprawie, odpowiedział, że owszem: tu nastąpiła lawina informacji o

funduszach małego ryzyka, powiernictwie inwestycyjnym nieruchomości, transakcjach wymiennych wszystko to wpuszczałem jednym uchem i wypuszczałem drugim. Wyczuwając mój brak zainteresowania, zmienił uprzejmie temat i zapytał, co nowego u mnie. W odpowiedzi wyciągnąłem kopię listu Bracegirdle'a, którą wziąłem rano od pani M., i przesunąłem po obrusie w jego stronę.

– Tylko to – powiedziałem.

– Ach, więc to są te papiery Bulstrode'a? Dobry Boże!

Oczywiście czytał ten tekst równie swobodnie, jakby był on wydrukowany czcionką Times New Roman, i natychmiast przystąpił do lektury, która tak go pochłonęła, że zignorował kelnera pytającego o deser absolutna rzadkość przy okazji naszych spotkań. Przez jakieś dwadzieścia minut przewracał kartki, wykrzykując od czasu do czasu „o cholera!” i temu podobne, a tymczasem ja piłem kawę, rozglądałem się po sali i uwodziłem wzrokiem atrakcyjną brunetkę przy sąsiednim stoliku. W moim wewnętrznym teatrze rozgrywało się swoiste widowisko, jak zwykle po spotkaniu z Paulem: proces doszczętnego oczerniania jego osoby i dzieła. Za kogo się uważał, za wspaniałego niebieskookiego białego boga, który zstępuje, nieproszony, do getta, by nieść zbawienie czarnuchom?! Było to absurdalne, niemal obsceniczne, niemal nazistowskie w swej kolosalnej arogancji. Smutna satysfakcja czerpana z tej gry cieni przygasła dopiero wtedy, gdy Mickey zakrzyknął: „Niesamowite!”, na tyle głośno, by przyciągnąć uwagę brunetki i kilku innych gości.

Postukał swoim krótkim palcem w papiery.

– Masz pojęcie, co to jest?