– Mniej więcej. Miranda to przeczytała i wyjaśniła mi, na czym polega wartość tego manuskryptu, choć oczywiście nie oceniam tego jako naukowiec.
– Miranda Kellogg? Widziała to? – Robił wrażenie nieco zdenerwowanego.
– No tak. Jest prawowitą właścicielką oryginału.
– Ale w tej chwili znajduje się on w twoim posiadaniu.
Zrelacjonowałem mu wydarzenia ostatnich dwudziestu czterech godzin.
Mickey był zaszokowany.
– To straszne – powiedział. Prawdziwa katastrofa!
– Tak, bardzo się o nią niepokoję.
– Nie, miałem na myśli manuskrypt, ten oryginalny oznajmił z bezwzględnością godną prawnika. – Bez oryginału to jest bezwartościowe – dodał, znów poklepując plik kopii. Chryste, musimy to odzyskać! Czy ty pojmujesz, o jaką stawkę toczy się ta gra?
– Wciąż mnie o to pytają, a ja odpowiadam „nie bardzo”. To armata w jakimś literackim sporze?
Mówiłem chłodnym tonem, ale Mickey to ignorował, bo był to nowy Mickey, już nie zrelaksowany naukowiec dżentelmen, przyglądający się z rozbawieniem i wzgardą, jak jego współbracia wspinają się po śliskiej drabinie kariery akademickiej. Oczy mu płonęły. Nowy Mickey rozwodził się nad niebywałą wartością naukową elaboratu pana B. Słuchałem go jak specjalisty opisującego szczegóły skomplikowanej operacji.
W końcu udało mi się wtrącić:
– Więc to takie istotne, czy Szekspir był katolikiem?
– Istotne jest w ogóle to, kim był. Wyjaśniałem ci to już wcześniej. Nie wiemy prawie nic o życiu wewnętrznym największego pisarza w dziejach ludzkości. Słuchaj… dam ci tylko jeden przykład z tysięcy, które mają związek z tą sprawą. Pewna kobieta napisała książkę… to amatorka, ale z pewnością wykonała solidną robotę… w której stara się dowieść, że prawie cały korpus dzieła Szekspira, zwłaszcza jego dramaty, to misternie zakodowana apologia katolicyzmu i usilna prośba do monarchy o ulżenie niedoli, jaką cierpieli wówczas katolicy. Na poparcie swej teorii autorka przytacza dosłownie setki rozmaitych przykładów zaczerpniętych ze wszystkich sztuk, a także wymienia współczesnych Szekspirowi wpływowych ludzi Kościoła, którzy go chronili, co wyjaśnia, dlaczego nie został on pociągnięty do odpowiedzialności za pisanie tak łatwych do rozszyfrowania sztuk dla publicznej sceny. Jest to kompletny i oryginalny obraz, objaśniający niemal całą twórczość Szekspira. Co ty na to?
Wzruszyłem ramionami.
– No… czy autorka ma rację?
– Nie wiem! Nikt tego nie wie! – Ten niemal krzyk znów przyciągnął spojrzenia klientów restauracji. Teraz zrozumiałem, dlaczego Mickey mógł się wahać, czy umówić się ze mną właśnie tutaj. – O to, kurwa, właśnie chodzi, Jake! Ona może
mieć rację. Niewykluczone też, że ktoś inny, opierając się na równie gruntownej analizie tych samych sztuk, wykaże, że Szekspir był gejem, dobrym protestanckim pedałem. Lub monarchistą. Albo lewakiem. Kobietą. Albo lordem Oksfordu. To podstawowy problem ze wszystkimi studiami nad Szekspirem, które dążą do potwierdzenia jakiejś tezy, a teraz jeszcze to! – Postukał w papiery. Jeśli to autentyk… Podkreślam: jeśli, będzie to największy przełom w studiach szekspirowskich od czasu… nie wiem, od zawsze. Od chwili gdy w osiemnastym wieku ta dziedzina badań narodziła się jako pełnoprawny, odrębny przedmiot nauki.
– I ten list jest tak ważny?
– Nie sam w sobie. To tylko przedsmak, przedsionek raju. Ale, Jake… – tu Mickey zniżył głos i przysunął usta do mojego ucha, co wyglądało tak, jakby parodiował kogoś, kto pragnie zachować tajemnicę. – Jake, jeśli ten gość szpiegował Williama Szekspira, jeśli sporządzał raporty, jeśli opisywał jego życie tak jak swój własny nędzny żywot… Chryste, to będzie naprawdę coś! Nie spekulacja posiłkująca się obrazami z drugiego aktu pieprzonego Króla Leara, ale oparta na faktach rekonstrukcja. Kogo spotykał, co powiedział, jakim językiem posługiwał się na co dzień, w co wierzył, co jadł i pił, czy był birbantem, jak długiego miał fiuta… Jake, nie masz, kurwa, pojęcia…!
– No, domyślam się, ile może być wart rękopis sztuki.
Przewrócił oczami i demonstracyjnie zaczął sobie wachlować twarz.
– Ach, sztuki! O tym nawet nie myślę. Dostanę orgazmu, jeśli dorwiemy choćby te zaszyfrowane listy, o których tu wspomina. Nic dziwnego, że stary Bulstrode tak się z tym krył, biedny sukinsyn. Nie wypada mówić źle o zmarłych, ale mogłem oczekiwać, że po tym wszystkim, co dla niego zrobiłem, pozwoli mi chociaż spojrzeć na te papiery, kiedy wpadły mu w ręce.
– Musiało go to przyprawiać o obłęd. Swojej siostrzenicy też o tym nie powiedział.
– No tak. Biedna kobieta. Nie domyślasz się, gdzie mogą być te listy?
– Nie, ale teraz chcę wiedzieć, a ty może mi powiesz, dlaczego rosyjski gangster jest nimi aż tak zainteresowany, że popełnia morderstwo. Nie należy chyba do Towarzystwa Filologicznego.
– Czyli organizacji, w której roi się od gangsterów i jeszcze gorszych typów. -
Mickey się uśmiechnął. – Ale rozumiem, o co ci chodzi.
Umilkł i na jego twarzy pojawił się na chwilę dziwny wyraz rozmarzenia, jakby się właśnie zaciągnął głęboko opium. Oczy miał przymknięte, zdawało się, że kontempluje obraz raju znajdującego się poza jego zasięgiem. Powrócił jednak do rzeczywistości i powiedział:
– Chyba że…
Wiedziałem, co ma na myśli.
– Tak, chyba że Bulstrode podczas podróży do Anglii odkrył coś, co potwierdziło istnienie… tego najważniejszego. Rzecz, tak to nazwijmy, istnieje naprawdę i ci faceci lub ktoś, kto ich wynajął – wiedzą o niej i chcą ją zdobyć. Ale okazuje się, że zaszyfrowane listy są częścią tropu, który do niej prowadzi. Wiemy przynajmniej, czy były razem z tym listem?
– Mnie o to pytasz?
– No cóż, owszem. Wiesz o tych papierach więcej niż ktokolwiek inny prócz samego Bulstrode'a i być może Mirandy, ale oni są w tej chwili nieosiągalni. Bez wątpienia ktoś zaoferował Bulstrode'owi manuskrypt. A jeśli były też inne rękopisy i on odmówił ich kupna?
– To niemożliwe! Sprzedałby rodzinę za taki komplet.
– Zgoda, ale zważywszy na to, że nie ma popytu na rodziny, ile musiałby zapłacić, powiedzmy, za sam manuskrypt Bracegirdle'a?
– Nie wiem, może jakieś pięćdziesiąt tysięcy, jeśli sprzedający żądał gotówki na rękę. W przypadku aukcji nie wiadomo, do jakiej ceny by doszło. Może ktoś zaoferowałby dwa, trzy razy tyle…
– I Bulstrode miał taką forsę?
– Nie, do diabła! Został oskubany przez prawników, wiesz, ta afera z podróbką Hamleta. Kiedy tu przyjechał, musiałem mu wypłacić zaliczkę na poczet przyszłych zarobków. Czekaj, czekaj…!
– No właśnie. Jeśli nie miał dużych pieniędzy, to w jaki sposób nabył manuskrypt? Są dwie możliwości. Albo zapłacił znacznie mniej właścicielowi, który nie zdawał sobie sprawy z tego, co posiada, i pewnie dał sobie wmówić, że listy Bracegirdle'a nie są aż tak cenne, a jeśli miał szyfry, to w ogóle nie zaproponował ich
Bulstrode'owi. Albo Bulstrode zobaczył cały komplet, a sprzedający znał jego realną wartość i zażądał dużych pieniędzy. Więc dlaczego Bulstrode nie poszedł do Folgera? Ani na przykład do swojego starego kumpla, czyli do ciebie? Mickey parsknął ironicznym śmiechem.
– Bo wiedział, że też jestem spłukany?
– Powiedzmy, że stało się tak dlatego, że pochodzenie tych papierów było niepewne. Sprzedający sam jest oszustem, ale zna wartość tych listów jako klucza do czegoś znacznie bardziej sensacyjnego. A więc Bulstrode idzie do jakiegoś ważniaka i zawiera z nim układ: pomóż mi kupić pakiet, a odnajdziemy najcenniejszą rzecz na świecie i…
– Nie bądź śmieszny! Jasne, że Andrew mógł zapłacić psie pieniądze naiwnemu właścicielowi, ale prawdopodobnie nie znał żadnego ważniaka. Nie znał w Nowym Jorku prawie nikogo.