Zastanowiłem się nad tym i uznałem, że Mickey ma rację. Miranda mówiła to samo. Pomyślałem chwilę i oznajmiłem:
– A więc musi być tertium quid.
– Mówisz o kimś, kto znał wartość tego, co zdobył Bulstrode, i jednocześnie znał gangsterów? I chciał za to wielkich pieniędzy? Czy w ogóle istnieją tacy ludzie?
– Owszem – odparłem. – Ja jestem kimś takim. Znam wybitnego profesora literatury angielskiej, to znaczy ciebie, i znam też paru twardzieli. To prawdopodobnie wcale nie takie rzadkie, jak byśmy chcieli wierzyć. Typki z giełdy najwyraźniej nigdy nie mają problemów ze znalezieniem oprycha, który na zlecenie sprzątnie im żonę. W każdym razie Bulstrode mógł się udać do kogoś takiego i wyjawić, że Rzecz jest w zasięgu ręki. I ta osoba, z rozmaitych powodów, mogła zawiadomić o tym gangsterów. Bulstrode jedzie do Anglii i wraca. Wie, że jest śledzony, a więc oddaje mi pakiet na przechowanie. Gangsterzy dopadają go i torturują, aż podaje im moje nazwisko, i dlatego mafia bierze mnie na oko, dlatego uprowadzają Mirandę i dlatego chcą położyć łapę na zaszyfrowanych listach.
– Których nie ma ani ona, ani ty, bo nie miał ich Bulstrode. Czy wiemy na pewno, że w ogóle istniały?
– Pan Tertium wie to na pewno. Powiedz mi, czy Bulstrode wymienił kiedykolwiek nazwisko osoby, która sprzedała mu manuskrypt?
– Nigdy. Chryste! Dlaczego nie przyszedł z tym do mnie? Byłoby rzeczą najłatwiejszą w świecie zaaranżować zakup za rozsądne pieniądze.
W tym momencie powtórzyłem mu, co mówiła Miranda o wstydzie Bulstrode'a po aferze z podróbką Hamleta i o rozmiarach jego paranoi.
Mickey potrząsnął głową.
– Co za nieszczęsny osioł! Gdyby przyszedł do mnie, teraz by żył. Ale, wiesz, nie będzie wcale tak trudno poznać nazwisko tego, który mu sprzedał rękopis. Andrew prowadził notatnik, gdzie zapisywał spotkania. Mógł też wystawić facetowi czek. Problem w tym, że notatnik i książeczkę czekową wciąż ma policja.
– Owszem. Ale może da się to jakoś załatwić.
Przyszło mi do głowy, że przecież zarządzam mieniem Bulstrode'a, jestem też prawnikiem jego spadkobierczyni. Zobaczę, czy policja pozwoli mi obejrzeć te materiały.
I tak dalej, i tak dalej. Jestem absolutnie pewien, że tak właśnie wpadliśmy na pomysł, by sprawdzić, kto sprzedał te papiery. Kiedy rozstałem się z Mickeyem, zadzwoniła moja komórka: telefonował detektyw Murray w związku z pozostawioną przeze mnie dzień wcześniej wiadomością. Słyszał oczywiście o włamaniu, kradzieży i uprowadzeniu i chciał ze mną porozmawiać. Spreparowałem dla niego historyjkę. Nie było uprowadzenia, powiedziałem. Pani Kellogg dzwoniła do mnie i zapewniła, że nic się jej nie stało, że wyszła z mieszkania przed napadem i ma papiery przy sobie. W sensie formalnym stanowiły jej własność i nie było powodów do niepokoju tylko dlatego, że dorosła kobieta postanowiła sobie gdzieś pojechać. Murray odpowiedział, że to właściwe podejście, bo najwyraźniej nie ma żadnego związku między zamieszaniem wokół moich starych papierzysk a śmiercią profesora Bulstrode'a, w której to sprawie właśnie zakończono dochodzenie. Profesor został zamordowany przez dziewiętnastoletniego homoseksualistę, męską prostytutkę nazwiskiem Chico Garza, którego aresztowano i który przyznał się do wszystkiego. Okazało się, że było dokładnie tak, jak przypuszczali seksualna gra,
która wymknęła się spod kontroli. Chłopaka złapano, gdy próbował posłużyć się kartą kredytową Bulstrode'a. A więc miał pan rację, przyznałem z udawaną ulgą w głosie. Atak na ulicy, włamanie, czynna napaść i zniknięcie kobiety to wszystko zwykłe zbiegi okoliczności. Przeprosiłem go za swoje wątpliwości, on zaś łaskawie odpowiedział, że obywatele, którzy naoglądali się thrillerów, próbują na ogół komplikować sprawy, gdy tymczasem prawdziwe przestępstwa są głupie i proste, tak jak w tym przypadku. Podobne rzeczy są na porządku dziennym.
Zgodziłem się z nim i wyraziłem przypuszczenie, że skoro dochodzenie zostało zakończone, nie będzie żadnych przeszkód, żebym ja, prawnik zaangażowany w sprawę, zajrzał do dokumentów dotyczących mienia i spadku. Nie ma najmniejszych przeszkód, powiedział.
Drugi zaszyfrowany list
Panie mój, zapewniam Cię, żem został ostro skarcony Twoim zaszyfrowanym listem z 16 januara i będę próbował zadowolić Cię bardziej, pisząc krócej: jako że dopiero zaczynam tę szpiegowską robotę, nie wiedziałem, co zamieścić, a co jest niewarte uwagi Waszej Wysokości. Nasz plan wygląda tak: w dniu imienin księżniczki Elżbiety, jak Pan przepowiedział, odbyła się zaplanowana celebracja i festyn w White Hall. Nakazano nam wystawić „ Wiele hałasu o nic” i trochę masek pana Jonsona. Od czasu, jak pisałem ostatnio, zostałem przyjęty do kompanii, nie tylko do prowadzenia ksiąg rachunkowych, ale jak wszyscy inni, także jako faktotum: dźwigam i noszę, maluję i buduję, a poza tymi wszystkimi mechanicznymi robotami także służę do zaludniania sceny, jako żołnierz, sługa etc, w błyskotkach i przebraniach, hełmach i z blaszanymi mieczami, co groźne, jak mniemam, dla mojej duszy, ale Bóg to zrozumie i mi wybaczy, bo nie przemawiam ze sceny. W tych tygodniach przebywam wiele z W.S., bo faworyzuje mnie i trzyma w swoim domu przy Blackfriars. W dniu, o którym wcześniej wspomniałem, mam być wśród straży i takoż służby Don Pedra; ale bardzo blisko godziny przedstawienia pan Ussher spadł ze sceny niefortunnie i nie może ustać na nogach, więc muszę zagrać i pazia, a to jest rola mówiona, chociaż tylko dwie linijki, i klnę się, wolałbym stawić czoło pełnej flaszy wina i stoczyć z nią bitwę, niż przemówić przed publiką i jeszcze królewską, alem się wywiązał dobrze, chociażem cały czas dygotał.
Król zasnął w akcie trzecim, co, jak mi powiedziano, czyni zawżdy, ale Królowa i Księżniczka biły brawo z wielkim zapałem i potem wszystkich nas uraczono ciastkami i winem małmazyją w bocznej izbie. I oto wszedł szlachetny pan, sir Robert Veney, ubrany bardzo wytwornie, i jest on jednym z ludzi mego pana. Odbył rozmowę z W.S. i panem Burbage’em, i potem W.S. przyzwał mnie
zmieszany i przyszedłem, jak mi kazano, i ten Veney zaprowadził mnie w kąt izby i zapytał, czy wiem, co tu się kroi. Tak, sir, odparłem, bo pan powiedział mi to w swoim szyfrowanym liście, a on wyświadczył mi łaskę (ale tylko pozorną), wręczył zapieczętowany list i rzekł: Chłopcze, widzę na twojej twarzy strach, jakbyś obaczył ducha. I odszedł, a ja wetknąłem list za pazuchę i nie potrzebowałem już aktorskich zdolności, aby udatnie odgrywać drżączkę i pokazywać przestrach na twarzy.
Potem wszyscy chcieli wiedzieć, co powiedział mi lord Veney, ale ja nie zdradziłem, mówiąc, że to prywatna sprawa, i wszyscy zaczęli ze mnie drwić, jaką prywatną sprawę mógł mieć lord z takim jak ja oprócz wstydliwej przypadłości, i używali sobie na mnie, chwytając się za przyrodzenia, podskakując i nazywając mnie kochasiem lorda Veneryka, co było aluzją do lorda Veneya. Ale widziałem, że W.S. nie przyłączył się do reszty, a jeśli tak, to tylko trochę, i patrzył na mnie z powagą.
Nazajutrz w Blackfriars przyszedł do kantorka, gdzie ślęczałem sam nad swoimi księgami rachunkowymi, i usiadł. I mówi: Dick, jesteś człek odważny, ale nie myślę tak dobrze o wzbudzaniu żądzy sir Roberta Veneya, a poza tym zostałeś stworzony, aby chędożyć dziewki. Słuchaj, zali nie jestem twoim dobrym kuzynem? Powiedz mi więc, co zaszło pomiędzy tobą i tym dżentelmenem, a jeśli honor ci nie pozwala mówić o tym szczerze, to czy nie mógłbyś nakreślić całej sprawy lekko, tak bym mógł się zorientować ogólnie i upewnić, że sprawa nie dotyczy mnie ani tej kompanii. A dlaczego myślisz, że może dotyczyć ciebie, pytam ja, na co on dotyka królewskiego znaku na swoim płaszczu i powiada: Nie brakuje ci bystrości. My jesteśmy ludzie Króla i ten Veney jest serdecznym przyjacielem lorda Rochestera, lord zasię, jak wszyscy wiedzą, rządzi Królem. Jeśli lord chce rozmawiać z naszą kompanią, niechże przyśle po mnie, po pana Burbage’a lub pana Hemingesa, lub któregokolwiek z członków trupy. Muszę więc spytać, czemu wzywa chłopca, który przystał do nas dopiero niedawno, opowiadając, że jest moim kuzynem, chłopca, który siadając do stołu, czyni znak krzyża. A więc, mój kuzynie, nie oszukuj mnie. I spojrzał na mnie bardzo uważnie