Выбрать главу

Klim wstał i wyciągnął rękę; przywitali się bardzo formalnie. Crosetti czuł się, jakby grał w filmie, nie takim, jaki sam by chciał nakręcić czy choćby obejrzeć, ale w jednej z tych rodzinnych fars, gdzie samotna mama durzy się w nieodpowiednim mężczyźnie, dzieci zaś konspirują, żeby położyć temu kres, a na końcu się okazuje…

Zanim jednak zdołał zapanować nad zakłopotaniem, Mary Peg oznajmiła nienaturalnie szczebiotliwym głosem gospodyni podejmującej gości:

– Właśnie opowiadałam Radiemu, jak bardzo się interesujesz polskim kinem. On się w tym doskonale orientuje.

– Ach, tak – odparł Crosetti uprzejmie.

Podszedł do karafki z czerwonym winem i nalał sobie dużą szklankę.

– Wcale nie – zaprzeczył Klim. Jestem tylko fanem polskiego kina. Oczywiście nie potrzebuję napisów u dołu ekranu, żeby rozumieć dialog.

– Uhm. Ma pan na myśli jakieś konkretne filmy?

– Och, ostatnio podobało mi się Życie jako śmiertelna choroba Zanussiego. Bardzo piękny, choć jego katolickie… brakuje mi słowa… kaznodziejstwo?

– Prozelityzm.

– No właśnie. To trochę dla mnie zbyt toporne, zbyt oczywiste. Kieślowski robił to samo znacznie subtelniej. Często mawiał: „My nie walimy religią po głowie, byłoby to tak samo złe jak walenie po głowie komunizmem. Wystarczy, że mamy kino moralnego niepokoju, pozbawione ostentacji”. Jak na przykład Trzy kolory i naturalnie Dekalog.

– Chwileczkę, znał pan Kieślowskiego?

– O tak. Polska to bardzo mały kraj, mieszkaliśmy w Warszawie w tej samej dzielnicy, a ja byłem tylko o kilka lat od niego starszy. Kopaliśmy piłkę na ulicy i tak dalej. Później mogłem mu oddać pewne przysługi.

– Przy filmach?

– Nie bezpośrednio. Wyznaczyli mnie, żebym go śledził. Znałem go już wcześniej. Widzę, że jesteś zaszokowany. No cóż, to prawda. Wszystkich inwigilowano i wszyscy inwigilowali. Sam Lech Wałęsa był w pewnym okresie agentem. Najlepiej było mieć takiego, który się z człowiekiem solidaryzował i przekazywał władzy tylko to, co ten chciał. Byłem dla Krzysztofa takim agentem.

Przez jakieś dwadzieścia minut rozmawiali o polskim kinie, jednej z niezmiennych miłości Crosettiego, który teraz nauczył się właściwej wymowy nazwisk polskich reżyserów i tytułów filmów, od lat otaczanych przez niego kultem.

Wrócili do osoby wielkiego Kieślowskiego i Klim zauważył:

– Występuję nawet w jednym z jego filmów.

– Żartuje pan!

– Wcale nie. W Robotnikach 1971 jestem jednym z młodych policjantów na drugim planie, tych, którzy tłumią sprzeciw robotników. To były szalone czasy, myślę, że bardzo podobne do tych, w których żył ten twój Bracegirdle. A przy okazji: poczyniłem pewne postępy w łamaniu szyfru.

– Udało się panu?

– Niestety, nie. Ale zidentyfikowałem jego rodzaj. Niezwykle interesujący jak na klasyczny szyfr, myślę, że wyjątkowy. Mam ci pokazać? Czy najpierw zjemy tę wspaniałą kolację, którą szykuje twoja mama?

– Och, pokaż nam, proszę – powiedziała Mary Peg. – Muszę jeszcze zrobić sałatę, a główne danie możemy zjeść potem.

Skłoniwszy się z charakterystyczną dla siebie nieśmiałością, Klim wyszedł z kuchni.

Crosetti zauważył spojrzenie matki i przewrócił wymownie oczami.

– Co jest? – spytała zaczepnie.

– Nic. Nie nadążam. Żyjemy tu sobie spokojnie od lat i nagle znaleźliśmy się w polskim filmie.

Mary Peg machnęła lekceważąco ręką.

– Ach, dajże spokój! To kochany człowiek i naprawdę wiele w życiu wycierpiał zmarła mu żona, siedział w więzieniu. Fanny od lat zależało, żeby mnie z nim poznać. Przecież go lubisz, prawda?

– Owszem, lubię. Oczywiście nie tak bardzo jak ty. A więc… czy wy…? – Zatarł ręce, jakby smarował je kremem.

Mary Peg chwyciła drewnianą kopyść i stuknęła go żartobliwie w ciemię.

– Uważaj, koleś. Mogę i dziś wyszorować ci buzię mydłem.

Tu oboje wybuchnęli śmiechem.

W tym momencie do kuchni wszedł Klim, niosąc gruby plik pokrytych gęstym tekstem kartek i bloczek z mnóstwem notatek. Usiadł obok Crosettiego i uśmiechnął się łagodnie.

– Jest nam wesoło? To dobrze. Może i to cię rozbawi. Widzisz po moich czerwonych oczach, że niewiele spałem dziś w nocy, komunikując się z kolegami z całego świata. Doczekałem się licznych komentarzy dotyczących tego fascynującego kryptogramu. Najpierw wypróbujemy oczywiście metody Friedmana, czyli nadpisywania. To sprawa podstawowa, prawda? Musimy wyszczególnić wiele różnych alfabetów wykorzystanych w szyfrze polialfabetycznym, byśmy mogli znaleźć rozwiązanie metodą Kerckhoffa, czyli na drodze analizy częstotliwościowej. A dokonamy tego przez nadpisanie jednego ciągu zaszyfrowanego tekstu na drugim, aby odnaleźć punkty zbieżne, i jeśli zrobimy to prawidłowo, liczba zbieżnych liter

osiągnie wartość kappa sub p, czyli w przybliżeniu siedem procent. To chyba jasne, prawda?

– Nie. Może przejdzie pan od razu do sedna.

Klim, speszony, zaczął wertować kartki.

– Do sedna? Ale sedno jest zaszyfrowane, podobnie jak…

– Nie, to tylko taka przenośnia. Chodziło mi o to, żeby podsumował pan swoje ustalenia bez tego całego technicznego żargonu.

– Ach, o to chodzi. No więc sprawa wygląda tak, że nie możemy niczego nadpisać na tym zaszyfrowanym tekście, bo klucz nie powtarza się w ogóle w obrębie tej liczby liter, jaką dysponujemy, to znaczy czterdziestu paru tysięcy. Odkryliśmy też, że klucz ma wysoki stopień entropii znacznie wyższy, niż można by się spodziewać po zmiennym kluczu wziętym z książki a więc nie możemy przeprowadzić prostej analizy, posługując się zwykłymi angielskimi słowami. A więc albo twój Bracegirdle nie posługiwał się tabula recta, ca wydaje mi się wysoce nieprawdopodobne, albo wynalazł system klucza jednorazowego na trzysta lat przed Josephem Mauborgne, który dokonał tego około tysiąc dziewięćset osiemnastego roku. W co też mi trudno uwierzyć. Nie ma przekazów o takim odkryciu. Właściwie nawet tablica Vigenere'a nie była powszechnie stosowana. Zanim pojawił się telegraf, a nawet i później, większość wywiadów europejskich korzystała z prostych nomenklatorów. Nie było potrzeby zachowywania tak daleko posuniętej ostrożności.

– Więc jeśli to nie jednorazowy system, to w takim razie co?

– Och, mam pewną teorię. Myślę, że Bracegirdle zaczął od prostego klucza zmiennego wziętego z książki, tak jak od początku podejrzewaliśmy. Ale myślę też, że był bardzo mądrym człowiekiem i szybko się zorientował, jak łatwo jest taki klucz złamać metodą podstawiania. Teraz moglibyśmy zastąpić jego tabliczkę jakimś mieszanym alfabetem, aby zastąpić często występujące angielskie dwuznaki, jak tt, gg, in, th i tak dalej, ale nie wydaje mi się, by na tym polegał jego system. Sądzę raczej, że połączył po prostu dwie metody dobrze znane w tamtych czasach, mianowicie klucz zmienny z książki z siatką. To sposób na łatwe generowanie pseudolosowego klucza dowolnej długości.

– Co to oznacza? Jeśli chodzi o szansę złamania szyfru.

– Niestety, tylko to, że utknęliśmy. Jak wiesz, systemy jednorazowe są nie do złamania. Co prawda, nie mamy tu klasycznego systemu jednorazowego. Gdybyśmy dysponowali dziesięcioma tysiącami czy choćby tysiącem takich listów, to pewnie ruszylibyśmy z miejsca. Ale te kilka kryptogramów jest absolutnie hermetyczne.

– Nawet gdybyśmy użyli komputerów?

– Nawet wtedy. Mogę ci pokazać na wzorach matematycznych…

– Nie, zawsze byłem słaby z algebry.

– Naprawdę? Ale jesteś inteligentny, a to takie łatwe! Zrozumiesz więc, jeśli ci powiem, że to jak równanie z dwiema niewiadomymi: te niewiadome to tekst- klucz i tekst zaszyfrowany. Przykład: jak rozwiążesz równanie x dodać y równa się dziesięć?